wtorek, 26 stycznia 2010

Zejście, reż. Neil Marshall (2005)



Ach, jakiś czas temu obiecałam sobie, że skoro już zaczęłam pisywać o filmach, to będę - choćby wspominać - o wszystkich. Dobrych i złych.
Ten, który obejrzałam w pierwszy dzień minionych świąt, jest po prostu średni, a nawet (bądźmy ze sobą szczerzy) - zupełnie słaby. W swoim gatunku jednak - wcale niezły. Dlatego rzecz polecam amatorom horrorów wszelkiej maści. I nikomu więcej. O.

Zacznę od tego, że ... mnie się podobało. "Zejście" spełnia wszystkie wymogi gatunku, a rozlew krwi jest tutaj w pełni uzasadniony - nie psychopata zabija, ale człekopodobne stwory żyjące w jaskini.


Do tejże jaskini trafiają całą grupą: Sarah, która rok wcześniej straciła ukochaną córeczkę i faceta (ich dramatyczny wypadek rozpoczyna film), oraz kilka jej przyjaciółek. To, co miało być świetną zabawą, szybko zamienia się w piekło. Bla, bla, bla. Dziewczyny, jak można się domyślić, giną jedna po drugiej. Rozpoczyna się krwawa jatka i dramatyczna walka o przetrwanie. Nihil novi, czyli.




I następuje ciemność - niemal dosłownie. Oczywiście, że w jaskiniach panują ciemności, ale żeby nie pozwolić widzowi przedrzeć się przez tę czerń zalewającą ekran?? To niestety najsłabszy punkt "Zejścia". Sceny przesiąknięte ciemnością, tak typowe dla filmów grozy, w tym  konkretnym przypadku zamiast budować napięcie - tylko irytują. 

Generalnie: horror, jakich wiele, z mało wyszukaną fabułą i powielający utarte schematy.

Co jednak przesądza o tym, że mnie się podobało? Hmm. Na pewno dość niejasne i dyskutowane (sprawdzałam) na forach filmowych zakończenie (które, nota bene, zakończeniem definitywnym jednak nie było - oto do kin amerykańskich wchodzi właśnie / (lub) weszła właśnie druga część "The Descent") oraz pewne, powiedzmy, prawdopodobieństwo psychologiczne postaci (rozpacz matki po śmierci dziecka, granicząca z obłędem, przedziwne koleżeńskie układy). Powiedzmy, bo film ten to przede wszystkim horror, rzecz zorientowana na mroczną rozrywkę i straszenie widza. Ale jeśli reżyserowi udało się przez cały czas trwania filmu i utrzymać nastrój grozy i stworzyć choćby iluzję prawdopodobieństwa psychologicznego bohaterek - to film zdecydowanie warto obejrzeć.

Dość interesujące są również człekopodobne istoty pomieszkujące w jaskiniach. Zupełnie ślepe i nieskończenie głupie, ale nieprawdopodobnie wyczulone na dźwięki i rejestrujące najlżejsze nawet drgnienie powietrza. Żądne krwi. Udane. Co stwierdzam ja, która dzięki uwielbieniu dla gatunku naoglądałam się już całkiem, całkiem sporo przedziwnych stworzeń, które miast strach budziły tylko śmiech i pogardę. A te w "Zejściu" - nie. Te w "Zejściu" są całkiem fajne.

Podsumowując: chętnie obejrzę część drugą. To o czymś świadczy, prawda? I jeszcze ostatnie słówko, do wciąż nieprzekonanych: dla zakończenia - warto.

niedziela, 24 stycznia 2010

Przemiana, Jodi Picoult




Cóż za rozczarowanie.


Czy pamiętacie może ten cudowny film? Swego czasu zrobił na mnie ogromne wrażenie: jako licealistka jeszcze obejrzałam "Zieloną Milę" w kinie (a potem wielokrotnie w tv) i pamiętam, że po seansie (który skończył się o północy) wracałam do domu taksówką. I już w tej taksówce nie mogłam powstrzymać się od płaczu. A w domu szlochałam jeszcze dobre pół godziny. Bo najbardziej wzruszyła mnie mysz (kto widział - zrozumie). I tak, tak - ja głównie przez tę mysz płakałam. W każdym razie: film spodobał mi się bardzo i długo figurował w mojej czołówce najukochańszych: zarówno mysz, jak i kreacje aktorskie, jak i fabuła - urzekło mnie w tym filmie wszystko. Wiedziałam oczywiście, że scenariusz powstał w oparciu o książkę Stephena Kinga, której jednak nigdy nie zdecydowałam się przeczytać (bo raz, że z twórczości mistrza grozy zaczęłam w tamtym czasie już wyrastać, a dwa - nie chciałam psuć sobie przyjemności - film uznałam za dzieło skończone i wartościowe, więc - paradoksalnie- założyłam, że książka wyda mi się zbyt wtórna).
W każdym razie: film pamiętam do dziś. I grę aktorską, i wybrane sceny. I mysz.

Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie: Jodi Picoult decyduje się osadzić akcję swej powieści w więzieniu, w bloku o zaostrzonym rygorze. Na bohatera wybiera sobie niepozornego analfabetę, sierotę o niewiadomej przeszłości, skazanego na śmierć za podwójne morderstwo z premedytacją (od kuli zginęła 7-letnia dziewczynka i jej ojczym, oficer policji). Więzień ów nie umie co prawda czytać i z trudem składa pojedyncze zdania, ale za to przemienia wodę w wino, wskrzesza martwego ptaka (nie, na szczęście nie mysz, ale i tak podobieństwo uderzające), leczy chorego na AIDS.

Matko świata! Czytając kolejne strony "Przemiany" miałam wrażenie, że oglądam film: bohaterowie jawili mi się jako aktorzy z "Zielonej Mili" i czułam, że Picoult tym razem nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Sam fakt, że tak śmiało powiela schematy znane z filmu Darabonta / książki Kinga (jeden z więźniów w jej powieści nazywa Zieloną Milą tego skazańca-cudotwórcę) sprawił, że do książki podchodziłam jak do jeża: nieufnie i niechętnie. Czytanie pierwszych 300 stron zajęło mi aż 8 dni! Ale potem w dwie doby uwinęłam się z resztą. Nie mogłam się doczekać zakończenia (które do pewnego stopnia przeczuwałam od początku).

Tym, co trzeba oddać Jodi Picoult, jest fakt, że pisze ona szalenie zajmujące książki. W przypadku 'Przemiany" moje zainteresowanie pojawiło się dość późno, ale jednak - pojawiło. Nie wiem, co powodowało Autorką, że zdecydowała się powielać znane już motywy, ale z całą pewnością nie wyszło jej to na korzyść. Fabuła robi się niezamierzenie śmieszna i nieprawdopodobna, bohaterom ciężko uwierzyć: a przecież temat, jak to u Picoult, ważny i trudny. Tym razem są to zagadnienia dotyczące religii i wiary (kilka bardzo trafnych spostrzeżeń i przydatnych informacji, ale tym razem nie pozaznaczałam owych fragmentów - z lenistwa), a w tle wątek matki (cóż za nieprawdopodobna kreacja! Najmniej autentyczna i najmniej sympatyczna postać w "Przemianie") borykającej się ze śmiercią dwóch mężów (!) i dziecka, drżącej o życie drugiej, chorej na serce córki. Przytłaczająca ilość cierpienia - nawet jak na Picoult: to za wiele. Ach, i jeszcze kwestia zasadności kary śmierci, której Autorka poświęca chyba najwięcej miejsca, oczywiście nie udzielając jedynej poprawnej i słusznej odpowiedzi.

Ja się rozczarowałam. Naprawdę. I absolutnie nie polecam "Przemiany" początkującym - tym, którzy Picoult dopiero poznają lub chcą poznać. Książka zbyt patetyczna, przez to również zbyt śmieszna. Aspirująca do rozważań nad naturą Boga i zasadnością wiary, a przy tym chyba zbyt powierzchowna i ocierająca się o banał. Przeczytałam, oczywiście, drugą połowę błyskawicznie nawet i z zajęciem, ale w ogólnej ocenie: jest słabo.
Szkoda.

czwartek, 21 stycznia 2010

Literatura na peryferiach - podsumowanie wyzwania (czyli że lepiej późno, niż wcale)


Wyzwaniu sprostałam. Zgodnie ze swoimi założeniami odwiedziłam (w terminie!) Maroko, Egipt oraz Afganistan. Każda z tych literackich podróży nie tylko wzbogaciła moją wiedzę, ale też dostarczyła niesamowitych przeżyć. Każdy tytuł okazał się książką wartościową. Dlatego dziękuję Padmie za organizację wyzwania. Czytało się świetnie. Nie zdążyłam z recenzjami, ale już nadgoniłam zaległości i mogę wyzwanie podsumować. 
Przeczytałam i z czystym sumieniem polecam:

1) To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun (MAROKO)
2) Wyjście z Egiptu, Andre Aciman (EGIPT)
3) Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini (AFGANISTAN)

środa, 20 stycznia 2010

Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini




To jak? Napisać o "Chłopcu z latawcem" czy nie pisać wcale? Zniesiecie kolejną recenzję książki, którą w swoim czasie czytali i recenzowali niemal wszyscy? Dacie radę? Hmm... Obawiam się, że nie macie innego wyjścia. Nie mogę nie napisać o tak dobrej książce. Chociaż... w przypadku tej powieści przymiotnik "dobra" nie jest określeniem rozstrzygającym i bezdyskusyjnym. Ad rem.

O "Chłopcu z latawcem" pisano już bardzo różnie, z większym lub mniejszym entuzjazmem, jednak jak refren powtarzały się słowa o emocjonalnym gwałcie na czytelniku: jedni podczas lektury wzruszali się szczerze, książka Hosseiniego "poruszała ich do głębi", inni, nastawieni, hmm, dość sceptycznie, zarzucali Autorowi świadome zastosowanie wszelkich możliwych literackich sztuczek pobudzających czytelnika do płaczu.
Osobiście zgadzam się i z entuzjastami "Chłopca z latawcem", i z jego krytykami.

Czy płakałam? No ba! Ja płaczę często i gęsto: na filmach, przy muzyce, przy czytaniu właśnie, cóż, niemal na zawołanie. Więc i teraz musiałam, bo "Chłopiec z latawcem" jest nieprzyzwoicie smutną książką, co daje się zauważyć (a może raczej wyczuć) już od pierwszych zdań. I nawet kiedy Autor próbuje pisać o rzeczach pozytywnych, prawie wesołych, jego słowa brzmią nieodmiennie smutno i melancholijnie.

Do pewnego stopnia "Chłopiec z latawcem" przypomina mi"Wyjście z Egiptu" Acimana (naszła mnie właśnie ochota, zasadna, jak sądzę, na porównania). Obie te książki czytałam w ramach wyzwania peryferyjnego, więc i tu, i tam poruszałam się po terytoriach (w sensie geograficznym) wcześniej mi nieznanych. Afganistan - Aleksandria. I losy rodzin - w "Chłopcu z latawcem" niepełnej, nielicznej, w powieści Acimana - wielodzietnej, wielopokoleniowej, na tle ważnych wydarzeń w dziejach historii ich państw. To podobieństwa. Jednakże klimat obu powieści jest diametralnie różny: "Wyjście z Egiptu" jest ciepłe, barwne, pełne pozytywnych emocji, "Chłopiec z latawcem" wprost ocieka smutkiem. A przecież i tu, i tam pojawiające się wydarzenia nierzadko mają dość dramatyczny, niewesoły przebieg. Aciman jednak pochyla się nad nimi z czułością i zaraźliwym uśmiechem, spod pióra Hosseiniego spływają łzy.

A' propos. Język powieści Hosseiniego jest nad wyraz urokliwy. Żadnych językowych udziwnień, od czasu do czasu celnie rzucona myśl, zgrabnie ujęta w miękkie, proste słowa, od czasu do czasu przykuwająca uwagę metafora. No i ten smutek... Książkę czytałam z wielką przyjemnością, bo jest napisana dobrze, po prostu dobrze. Taki język w powieściach lubię.
Narracja prowadzona jest z perspektywy pierwszej osoby, zawiera liczne retrospekcje (choć w chronologicznym porządku). Narrator używa czasu przeszłego, ale (to bardzo ważne i wielki aplauz za to!) w momentach najbardziej dramtycznych, kulminacyjnych, zmienia narrację na czas teraźniejszy, co stwarza iluzję aktywnego uczestnictwa czytelnika w opisywanych wydarzeniach.

To teraz króciutko może o treści, którą znają już chyba wszyscy: dwaj chłopcy - półsieroty (co z angielska brzmi zdecydowanie lepiej: motherless), wychowywani w jednym domu przez ojców, z których ojciec  Amira dzierży władzę, drugi (ojciec Hassana) to zaledwie podwładny, sługa, przyjaźnią się - tak, jak tylko mogą przyjaźnić się bracia. Jednak ich przyjaźń zostaje pewnego dnia wystawiona na ciężką próbę (szczegółów zdradzać nie będę, o nie). Egzaminu z przyjaźni i z życia nie zdaje Amir. Powodowany złością na własny egoizm i trawiące go (już do końca życia) poczucie winy doprowadza do całkowitego rozpadu rodziny. Hassan i jego ojciec znikają z życia Amira i jego ojca, a konflikty wewnętrzne w Afganistanie zmuszają wkrótce tych ostatnich do emigracji. Jednak echa przeszłości słychać nawet na końcu świata...

"Chłopiec z latawcem" to powieść, o której można szeroko dyskutować i interpretować dowolnie. Traktuje o przyjaźni i o jej rozpadzie, o wyrzutach sumienia, o wojnie, o emigracji, o poczuciu przynależności do własnego kraju i religii. Ja poza tym wszystkim doszukałam się w powieści Hosseiniego studium psychologicznego kilkuletniego chłopca. To, co wyczynia mały Amir , nie podoba się wielu, dla wielu jest nieakceptowalne i niemoralne. Ale jakże wspaniale zobrazowany jest proces myślowy małego dziecka, które wie, co jest złe, a co dobre i słuszne, ale eksperymentuje z przesuwaniem granic, sprawdza, jak daleko może się posunąć w swoim egoizmie i okrucieństwie, jak szuka akceptacji w większej grupie, jak łaknie autorytetu i jak spragniony jest miłości. Ech, można by rozważać owo zagadnienie jeszcze długo, uwzględniając przy tym wątek dziecka pozbawionego matki, chłopca (chłopców) pozbawionych kobiecej ręki, od niemowlęctwa otoczonych męskim rodem. Myślę, że psychika małego chłopca została tu oddana w sposób wprost mistrzowski (ale wiedzieć na pewno nie będę - jako kobieta).

Wydawałoby się zatem, że książka ta spełnia wszystkie warunki, by móc uchodzić za dobrą. Co przesądza jednak o skrajnie różnych ocenach "Chłopca z latawcem"?

Konstrukcja utworu. W powieści możemy bowiem wyodrębnić trzy części:
1) lata dzieciństwa Amira i Hassana w Afganistanie;
2) emigracja - pobyt w Stanach Zjednoczonych i dojrzewanie głównego bohatera;
3) powrót dorosłego już Amira do Afganistanu.

O ile dwie pierwsze części uważam za doskonałe, o tyle trzecia zasługuje na surową naganę: za szybki rozwój wypadków, spiętrzenie problemów i  zaiste hollywoodzkie rozwiązania. Hosseini poszedł na łatwiznę i zepsuł to, co mogłoby stanowić książkę doskonałą. W jakiejś recenzji wyczytałam, że Autor korzystać musiał z kursu powieściopisarstwa dla amatorów. Cóż, coś w tym jest. W ogólnym rozrachunku jednak: powieść spodobała mi się bardzo bardzo.

Najfantastyczniejszy był dla mnie opis obyczajów i obrzędów związanych z zawieraniem małżeństw w Afganistanie. Najdoskonalszą okazała się kluczowa scena: próba przyjaźni, której nie sprostał Amir. Niczego nie napisał Hosseini wprost, ale to, co przekazał w kilku zdaniach, wystarczy za cały esej.
Och, i niesamowity obraz Afganistanu, który zupełnie otworzył mi oczy i uszy na ten kraj. Najpierw sielski (chociaż...czy na pewno? Dla bogatego chłopca na pewno tak, ale już dla jego przyjaciela, syna służącego - niekoniecznie. On już wtedy cierpiał z powodu prześladowań), a potem niewyobrażalnie okrutny.

Konkludując (och, przydługa mi wyszła ta recenzja, wybaczcie), polecam "Chłopca z latawcem" z całego serca. To wielowątkowa powieść, wzruszająca, momentami banalna i przewidywalna, ale jej lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. Warto!

wtorek, 19 stycznia 2010

Wyjście z Egiptu, Andre Aciman




Przeczytajcie. To fantastyczna, pełna ciepła, budująca saga rodzinna, wypełniona po brzegi temperamentnymi Żydami poszukującymi własnej narodowej tożsamości, niesionymi przez życie (i bieg historii) z miejsca na miejsce, osiadłymi na dłuższy czas w Egipcie. To głównie nad tym okresem czule pochyla się Autor - Egipt okazał się dla niego i jego rodziny najważniejszym miejscem.

Ile w tej powieści wątków biograficznych, ile prawdy - nie zamierzam dociekać. Dla mnie wszyscy bohaterowie sagi są prawdziwi, autentyczni, przekonujący - i wierzę, że istnieli. To oni stanowią wielką siłę tej powieści - z ich słabostkami, przywarami, urokliwą kłótliwością. Niezwykle sugestywni i zapadający w pamięć, jak wojowniczy wuj Wili czy dumna, głuchoniema matka narratora. Żadna z postaci nie wydaje się sztuczna i na siłę wybielana. Aciman nie ukrywa na przykład jak kruchy był związek jego rodziców; nie idealizuje ojca, tylko pisze wprost o jego rozwiązłości i nieuczciwości względem żony.

Historia, którą snuje Aciman raz toczy się niespiesznie, prawie sennie, raz mknie - jak to w życiu, ale nie sposób się w niej pogubić - postaci i miejsca odmalowane są wzorowo, każde ma swoje charakterystyczne cechy, trudne do przeoczenia. Powieść jest odbiciem lat dziecięcych Autora, zbiorem jego wspomnień - tych z czasów wojny, ale przede wszystkim: wspomnień z kolejnych zwyczajnych dni spędzonych w rodzinnym gronie, zapisem niegdysiejszej codzienności i ówczesnych spostrzeżeń Acimana. Obserwujemy zatem walkę dwóch diametralnie różnych babć, które walczą zaciekle o miłość wnuka, oglądamy sceny z zakupów na aleksandryjskim targu, tradycyjną szkołę z piekła rodem, w której uczył się nasz narrator, rodzinne wyprawy na plażę i kolejkę w sklepie mięsnym, a także wspólne wieczorne czuwanie przy zgaszonym świetle, gdy w latach wojny ogłaszano alarm.
Sceny z życia, po prostu, a w tle tętniąca życiem i ciepłem Aleksandria. Taka, jaką zapamiętał i ukochał Autor. I która uwodzi także czytelnika.

Warto się wybrać w podróż do Egiptu w tak barwnym i wspaniałym towarzystwie. Nie baczcie przy tym na melancholijną (ja bym powiedziała: odpychającą) okładkę, drobny druk i kilka (ale naprawdę tylko kilka) pierwszych stron, z których nic początkowo nie wynika, bo Autor nie zastosował żadnego wprowadzenia, tylko od razu rzuca nas w wir wydarzeń. Nie baczcie na tych kilka drobnych wad i dajcie się porwać czarowi tej książki.

Warto, warto na pewno. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, własnego miejsca w życiu i o sile rodzinnych więzi. Bardzo dobra książka, sprawnie napisana, pełna przekonujących postaci, do których nie sposób się nie przywiązać. Nie zawiedziecie się. A potem, już w swoich recenzjach, użyjecie (zupełnie jak ja) wielu ciepłych słów: bo o takiej powieści, jak "Wyjście z Egiptu", nie można inaczej, niż ciepło.

piątek, 15 stycznia 2010

2009/2010 . Podsumowania, plany, książka roku, cytaty z Drotkiewicz, psie smutki, cuda na kiju.



CYTATY Z DROTKIEWICZ, PSIE SMUTKI

"Coś sobie piszę, bo co innego może robić w niedzielę samotna stara kobieta po dwudziestym piątym roku życia, której ciało już do niczego się nie nadaje? Coś sobie skrobać w notesiku. Jak kura pazurem. Samotna kobieta tylko wtedy, kiedy pisze, nie traci pieniędzy. Tylko wtedy nie wpierdala czekolady (...)" [1].
Jak zimno! Kaloryfer aż parzy, a mimo to... 
Nie wiem co zrobić z tym wieczorem. 
Pod ręką nie ma nikogo, kto zaparzyłby dla mnie Earl Grey'a, kto włączyłby dvd lub pomógł wychować bliźniaki w simowej rodzinie (wspominałam, że znów namiętnie tnę w simsy?). 
Nie wiem co zrobić z tym wieczorem.

"Kobiecie samotnej czas wolny nie jest do szczęścia potrzebny, dlatego kobieta samotna nie powinna go mieć. Niech samotne pracują bez wytchnienia" [2].

Napiszę coś. U siebie, na bloxie. Niech mnie ktoś przeczyta.
"Niechże ktoś się mną zainteresuje, niech ktoś mnie bezinteresownie poczyta" [3].

PODSUMOWANIA
W roku 2009 (pod każdym niemal względem: udanym) przeczytałam 44 książki (jak dla mnie: w sam raz). O kilku (-nastu?) zdążyłam już zapomnieć - znaczy: słabe były. Albo: nie dość dobre. Od miesiąca zastanawiam się nad wyborem tych najlepszych. Czy za książkę roku uznać tę, z której zapamiętałam najwięcej zdań i fragmentów, tak wiele, że mogłabym recytować je przez sen? Czy tę, której akcja wciągnęła mnie bez reszty, którą nasiąkałam i od której nie mogłam się oderwać? Czy tę, której kunszt językowy i walory stylistyczne (dla mnie to b. ważne kryterium oceny) są niepodważalne i bezsprzecznie olśniewające? Hmm, hmm. Zastanawiałam się długo i wygładzałam w myślach grzbiety tych najcudowniejszych moim zdaniem lektur, aż wreszcie wybrałam. Tymczasem wciąż jeszcze zalegam z trzema recenzjami książek, do odnotowania mam też kilka filmowych tytułów i podsumować muszę peryferyjne wyzwanie. Ale spokojnie. Mamy na to cały nowy rok ;)

KSIĄŻKA ROKU
 (kolejność nieprzypadkowa, wybór absolutnie subiektywny)

 1. Szkarłatny płatek i biały, Michel Faber



O tak, tak. Bezsprzecznie i niepodważalnie. Czytadło, ale napisane z takim rozmachem, swadą, humorem, i w tak niebanalny sposób, i o tak fascynujących czasach i miejscach (wiktoriański Londyn, salony i burdele, teatry i trzeciorzędne knajpy), i z takimi niesympatycznymi bohaterami (których nie mogłam nie pokochać!), że:
a) musiałam kupić, by mieć własny egzemplarz do patrzenia, popatrywania, dotykania, podczytywania, zachwycania,
b) popatrywanie na masywny szkarłatny grzbiet "Płatka" przynosi mi coś w rodzaju trudno wytłumaczalnego ukojenia,
c) ta książka nie spodoba się każdemu - część recenzentów zarzuca Faberowi przegadanie, przesadę (zwłaszcza nadmierne epatowanie wulgaryzmami) i w sumie mało ciekawą fabułę, ale to tylko dodaje smaczku tej niesamowitej (w moim odczuciu) powieści. To książka nie dla wszystkich. Ale dla mnie: tak.
Mój absolutny hicior i number one w roku 2009.

2. Droga, Cormac McCarthy



Przeczytana w marcu, przez wiele miesięcy myślałam, że tylko ona, że nie przeczytam już lepszej książki. Największa konkurencja dla Faberowskiego "Płatka". Z resztą: trudno te książki porównać, są tak diametralnie różne. Faber: rozmach, ponad 800 gęsto zadrukowanych stron, językowa próżność i rozrzutność. W "Drodze" : krótkie, oszczędne, proste zdania, nietypowa konstrukcja. Nie sądziłam, że tak można pisać. Że można pisać tak surowo, tak zwyczajnie, a jednocześnie zachwycać i budzić silne emocje. Tym, co zachwyciło mnie w "Drodze" był przede wszystkim prosty język i niesamowita atmosfera, mistrzowskie budowanie napięcia i pomysł: wizja końca świata tak przerażająco realna, że nic, tylko kłaniać się Autorowi w pas. Genialna rzecz. Drugie miejsce. I taki bonus zwierzeniowy: przez kilka tygodni po przeczytaniu "Drogi" przy każdej wizycie w księgarni miałam ochotę ją kupić - mimo że posiadałam już własny egzemplarz. To książka warta każdych pieniędzy. A przede wszystkim: warta przeczytania.

3. Przypomnij sobie, Elina Hirvonen



Zaskoczeni? Nie przejmujcie się: ja też ;) Prawda jest taka: to właśnie z tej książki zapamiętałam najwięcej zdań i fragmentów, które miesiącami, a właściwie: przez okrągły rok (czytałam Hirvonen w lutym) tłukły mi się po głowie. Toż to czysta poezja. Piękna książka, smutna książka. Niewiele osób zachwyciła, zdaję sobie z tego sprawę, więc tym bardziej zasłużyła na trzecie miejsce w moim prywatnym rankingu najfantastyczniejszych.
"Wyciągamy języki, żeby powstrzymać elfy. Tata trzyma nas za ręce, a my wirujemy razem z płatkami, mamy zimne krople na językach i nagle, jestem tego pewna, zamiast płatka śniegu połykam gwiazdę".
Wow, wow. Wciąż i wciąż zachwycam się językiem Hirvonen. A jej styl pisania ma trochę wspólnego z McCarthy'm. Szacun, jak to się mówi.

To moja pierwsza trójka 2009 roku. Ale byłabym niesprawiedliwa nie wymieniwszy jeszcze kilku tytułów, które także zapadły mi w pamięć:

Wyróżnienia
(kolejność tym razem przypadkowa, powody zachwytów różne)

1. Domofon, Zygmunt Miłoszewski (polski horror (!). znakomity!)
2. Dziewczyna z zapałkami, Anna Janko (piękna, wzruszająca, pełna smutnych, olśniewających zdań)
3. Ostateczne wyjście, Natsuo Kirino (niesamowity japoński thriller psychologiczny, czytałam namiętnie, z napięciem i z niedowierzaniem)
4. Dom Augusty, Majgull Axelsson (ostatnio coraz częściej myślę o tej książce. przypominam sobie pojedyncze zdania. książka doskonale smutna. rozważam zakup własnego egzemplarza, chciałabym przeczytać ponownie)
5. Deszczowa noc, Jodi Picoult (wciągnęła mnie maksymalnie, zapominałam o dziecku i pomidorówce, czytałam przy obiedzie, w pracy i przed snem, rozpoczęła moją owocną znajomość z Picoult, a bohaterów pokochałam i z żalem zamknęłam ostatnią stronę).

Wszystko.

PLANY

To może zacznę tak: marzy mi się, że przeczytam w roku 2010  50 książek. Marzy mi się, ale nie mam w planach. Mój plan na nowy rok: nie mieć planów. Będę czytać i kupować książki pod wpływem chwili. Pożegnam się na jakiś czas z instytucją biblioteki. Wyczytam to, co mam na półkach (cały 2009 rok zbierania! nawet nie chce mi się liczyć ile tego mam!). Jeśli nie mam czegoś na półce - kupuję. Warunek jeden: czytam od razu, a nie, że odkładam na jakieś bardzo odległe i bardzo niepewne"potem".
W wyzwaniach czytelniczych nie wezmę udziału, choć te dwa, w których wzięłam udział (kolorowe i peryferyjne) wspominam bardzo miło. Utwierdziłam się jednak w przekonaniu, że nie lubię żadnych ograniczeń i działania pod presją (chociażby czasu), i wyzwania postanawiam obserwować, podczytywać, ale czynnego udziału brać nie będę. Więcej planów i postanowień nie mam.

CUDA NA KIJU

I proszę: chcieć to móc. Wieczór, o który tak się martwiłam, że zmarnuję, spędziłam całkiem przyjemnie i pożytecznie (nareszcie porządna bloxowa aktualizacja, ha!). I strasznie podoba mi się ten zwrot: cuda na kiju. Codziennie częstuje mnie nim koleżanka z pracy.  A w tytule notki, co przyznać musicie, brzmi niezwykle intrygująco :))


[1] Teraz, Agnieszka Drotkiewicz, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s.92
[2] Tamże, s. 92
[3] Tamże, s. 94
[4] Przypomnij sobie, Elina Hirvonen, przeł. Iwona Kosmowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2008, s. 87.