sobota, 25 września 2010

Czas burz, Charlotte Link




Cudna przecudna. I choć bliźniaczo podobna do "Domu sióstr" - zachwyca, a nawet: zachwyca tym bardziej.

"Czas burz" to nic innego jak kolejna, z rozmachem napisana, urzekająca saga rodzinna, z wartką akcją osadzoną w czasie I wojny światowej, z namiętną i niezapomnianą bohaterką główną i barwną galerią innych postaci, pełnokrwistych i budzących prawdziwe emocje. Ich losy się przeżywa, ich poczynaniom kibicuje, tęskni się, gdy nagle odchodzą (a odchodzą, niestety, masowo).

Uwielbiam takie książki: wielostronicowe, pięknie i ciekawie napisane, pełne zwrotów akcji, pochłaniające bez reszty. A do tego: z wielką historią w tle. Charlotte, moja (już ulubiona, śmiało napiszę) autorka, serwuje właśnie takie. Dlatego namawiam i polecam: oprócz 'Domu sióstr', poszukajcie i tej książki: niech Wam wypełni długie jesienne wieczory, niech Was porwie i zachwyci.

Tytułowy "Czas burz" to okres I wojny światowej: akcja powieści rozpoczyna się tuż przed jej wybuchem, a kończy kilka lat po niej, gdy na scenę polityczną wkracza już Hitler z rzeszą swych wyznawców.
To cudowna lekcja historii: znane nazwiska, carski dwór w Rosji, rewolucje, fronty I wojny światowej, nawet Ameryka: a wszystko z perspektywy niemieckiej rodziny, żyjącej spokojnie i w miarę dostatnio w cudownej wiejskiej posiadłości. Wojna zmienia jednak wszystko i wszystkich dotyka: nie oszczędzi również Felicji, głównej bohaterki, trawionej niespełnioną miłością  do pół-Rosjanina, pół-Niemca Maksyma Marakowa. Śledzimy jej losy (i losy wszystkich członków rodziny Felicji) z zapartym tchem:powieść jest żywa i absolutnie nienużąca, sprawnie napisana, z wątkami romansowymi, z sufrażystkami walczącymi o prawa kobiet, pełna niechcianych ciąż, samobójstw, siostrzanej zazdrości i nienawiści, wypełniona po brzegi namiętnością i krwią poległych na frontach I wojny światowej. Och, to się czyta, zapewniam Was! Dla takich książek z przyjemnością zarywa się noce.

Jedyną wadą jest jedyne (niestety), niestaranne i trudne do zdobycia wydanie tej książki. Ta powieść, podobnież jak "Dom sióstr", wymaga natychmiastowego wznowienia. Ja swój egzemplarz nabyłam rok temu na Allegro, za symboliczną złotówkę - odkąd przeczytałam "Czas burz", regularnie śledzę aukcje, ale tej powieści to naprawdę: ze świecą szukać. Bardzo szkoda.
Ale postarajcie się zdobyć: dla tych, których oczarował "Dom sióstr", to pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych: ciekawa i godna uwagi pozycja, przyjemność w czystej książkowej postaci. Polecam.

poniedziałek, 6 września 2010

Klub Matek Swatek, Ewa Stec




Ach, świetna książka! Lekka, łatwa i przyjemna, bez pretensji do bycia czymś więcej niż tylko czytadłem. Wymarzona lektura na urlop! Wątek romansowy, wątek kryminalny, sprawne i dowcipne pióro Ewy Stec i fantastyczna okładka: czego chcieć więcej?
Mój egzemplarz "Klubu Matek Swatek" już powędrował do Anglii, do Przyjaciółki, z którą w latach studenckich zaczytywałam się Grocholą (tak, tak, był taki okres w moim życiu - nie dość, że się nie wstydzę, to jeszcze wspominam jak najcieplej, jak najmilej). I jestem pewna, że zauroczy ją ta pogodna historia, i że polubi bohaterów: licznych i wyrazistych (jak Wróżka Klara Widząca i jej fantastyczny kocur).

Tytułowy Klub Matek Swatek to stowarzyszenie kobiet w wieku menopauzalnym, kobiet, które odchowawszy własne dzieci: marzą już o wnukach. A że dzieci nie spieszą się z zakładaniem własnej rodziny - Matki Swatki próbują im ułatwić sprawę, dobierając idealnych kandydatów na przyszłych zięciów i synowe i w oryginalny sposób usiłując ich wyswatać, zwykle z pozytywnym skutkiem, oczywiście.
Tymczasem do Klubu Matek Swatek zgłasza się Beata, której 30-letnia córka Ania, nauczycielka, wciąż jest samotna. Beata nie wie jednak, że Ania właśnie kogoś poznała... i to nie jednego, ale dwóch mężczyzn, którzy gwałtownie rywalizują o jej względy. Jeden z nich ukrywa jednak mroczną tajemnicę, ale który? I jaką? Och, o tym przeczytacie sami, oczywiście.

Akcja w książce świetnie poprowadzona, z trudem odrywałam się od lektury (głównie za sprawą wątku kryminalnego), pióro Ewy Stec jest lekkie i dowcipne (śmiałam się i chichotałam bezustannie), i chociaż nie gustuję już w tego typu literaturze: dałam się porwać i pochłonąć na trzy sierpniowe noce. Książka dla każdego, idealna na urlop i na niezobowiązujący prezent. Ja z pewnością sięgnę jeszcze po książki tej autorki. Przy "Matkach Swatkach" bawiłam się przednio. Polecam. Przyjemna rzecz.

czwartek, 2 września 2010

Errata do stosika i inne przyjemności

Wkrótce po opublikowaniu zdjęcia ostatnich książkowych nabytków - zaczęły do mnie napływać kolejne: a to wygrana "Brzytwa Ockhama" Dariusza Matuszaka od maioofki (jeszcze raz ślicznie dziękuję!), a to Wydawnictwo Otwarte podesłało książkę Ewy Stec (również dziękuję, recenzja już zaraz), a to kuszące ceny w Matrasie ("Makabryczna gra" i 'Taniec czarownic"), a to wreszcie moje zamówienie z Allegro ('Mroki dnia" i "Tajemnica Abigel" - kolejny biały kruk, upolowany za - bagatela - 7 zł!). I nazbierało się:





Poza tym... byłam na kolejnym cudownie beztroskim urlopie, tym razem na wsi: sprzyjające okoliczności przyrody, całkowite i dobrowolne beznecie oraz przyjemna pogoda pozwoliły mi w ostatnich dniach sierpnia porządnie wypocząć i przeczytać dwie książki (autorstwa Stec i Axellson). Poza tym nowa, doskonalsza karta graficzna w komputerze umożliwiła mi grę w The Sims 3, więc tnę po nocach, aż miło ;)

Tymczasem nastał wrzesień i jesień, synka powrót do przedszkola, a mój do pracy, oraz kolejny męczący remont. Przykurzona zatem, lecz absurdalnie szczęśliwa: wracam na łono blogowe po kolejnym urlopie. Wkrótce recenzje, bo zaległości takie, że wstyd.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Z cyklu: napatrzeć się nie mogę. Stosik.


Nowe na półce. Aż się oczy śmieją.


1. Królowa słodyczy, Sarah Addison Allen - wystarczyło kilka pochlebnych zdań Marpil i jeden wybrany przez nią cytat, bym poczuła nieopanowaną chęć przeczytania tej książki. Mam ostatnio ochotę na coś słodkiego i przyjemnego. Naturalnie zerknęłam już na pierwszą stronę i nabrałam pewności, że spodoba się bardzo. Powieść zaczyna się rozkosznie.

2. Ostatni ślad, Charlotte Link - nie mogłam inaczej, zachwycona "Domem sióstr", "Echem winy" i czytanym obecnie "Czasem burz".

3. Przerwane milczenie, Charlotte Link - jak wyżej, oczywiście.

4. Ogród wiecznej wiosny, Cristina Lopez Barrio - zewsząd tak ciepłe i entuzjastyczne recenzje, że zakup był tylko kwestią czasu.

5. Lód i woda, woda i lód, Majgull Axellson - nazwisko tej autorki jest już marką. Kiedyś zachwycił mnie "Dom Augusty". Czuję, że i ta opasła, przepięknie wydana powieść nie zawiedzie mnie.

6. Kobieta na krańcu świata, Martyna Wojciechowska - oglądałam w tv i bardzo chętnie przeczytam. To może być bardzo inspirująca i ważna książka.

7. Dom duchów, Isabel Allende - chciałam od bardzo bardzo dawna. Nie czytałam dotąd żadnej książki tej autorki, czas to zmienić. A po lekturze fantastycznej recenzji ultramaryny wiem, że to powieść dla mnie.

I jeszcze...


Wygrana u Skarletki, wygrana u Kaś (dzięki dziewczyny!), nowyBluszcz.

Napatrzeć, nacieszyć się nie mogę.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Echo winy, Charlotte Link





"Dom sióstr" zachwycił mnie tak bardzo (o tym szerzej i entuzjastyczniej tutaj), że bezzwłocznie i z wielką ochotą sięgnęłam po od dłuższego czasu zalegające na półce "Echo winy" tej samej autorki. I stało się. Zakochanam.
Charlotte Link, moja nowa literacka miłość.

Na wstępie zaznaczam jednak, że "Echo winy" jest książką zupełnie inną od "Domu sióstr": to nie jest opasła saga rodzinna z wielką historią w tle, to raczej powieść psychologiczna z wątkiem kryminalnym.
Pamiętam swoje początkowe tym rozczarowanie, które szybko ustąpiło miejsca zachwytowi. Czytałam "Echo winy" w Niemczech, w cudownie przytulnej kuchni na poddaszu, zwykle nocami, podjadając batoniki i popijając kawę, popalając papierosy.

Słowem: rozkosznie niezdrowe warunki, które ewidentnie sprzyjały lekturze - zmuszałam się o 2 w nocy, by pójść wreszcie do łóżka. A uwierzcie mi: nie było łatwo. "Echo winy" to szalenie wciągająca książka, w sam raz do czytania na urlopie. Zwłaszcza, że akcja powieści osadzona została w tak malowniczych miejscach jak skalista wyspa Skye. Mmm, aż chce się pojechać do Anglii, najlepiej natychmiast!

Tymczasem, co by za dużo nie zdradzić, nota wydawcy:

W pobliżu skalistej wyspy Skye tonie jacht niemieckiego małżeństwa, Livii i Nathana Moore. Rozbitkowie uchodzą z życiem, ale tracą cały dobytek. Ocalałym z katastrofy oferują gościnę angielski bankier Frederic Quentin i jego żona Virginia, zabierając gości do małego miasteczka w Norfolk, na skraju którego mają posiadłość. Wraz z pojawieniem się tajemniczej pary cudzoziemców z miasteczka zaczynają nagle znikać małe dziewczynki, które policja odnajduje po czasie martwe i zgwałcone. Na mieszkańców pada strach. Ale do Virginii, matki kilkuletniej dziewczynki, wydaje się nie docierać groza sytuacji i niebezpieczeństwo czyhające na jej córeczkę. Całą jej uwagę pochłania Nathan, którym jest coraz to bardziej zafascynowana... 

Wątek kryminalny: taki sobie (i czytelników żądnych mocnych wrażeń ma prawo rozczarować), choć muszę przyznać, że rozwiązanie zagadki zwaliło mnie z nóg... No, tego to się nie spodziewałam...
Ważniejsza w "Echu winy", ba: najważniejsza, jest warstwa obyczajowo - psychologiczna. 

Czytałam kilka recenzji książki Charlotte Link, w których zwracano szczególną uwagę na postać Virginii Quentin, przykładnej matki i żony, którą dościgną wreszcie demony przeszłości i poczucie winy. To rzeczywiście ciekawy wątek, ale.
Ale jest też ważniejszy, który sprawił, że książkę dosłownie chłonęłam.
Motyw stary jak świat, o którym jednak nie chce myśleć żaden rodzic: utrata dziecka. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak wiarygodnymi opisami oszalałych z rozpaczy rodziców, których dzieci zginęły: nadzieja, niepewność, strach, zwątpienie, a potem już czarna bezbrzeżna rozpacz, którą każdy przeżywa na swój własny sposób. Mistrzostwo świata.Charlotte Link opisuje losy kilku (bardzo różnych) rodzin, który przeżyły podobną tragedię: kilkuletnie dziewczynki, ich ukochane córeczki, zostały porwane, zgwałcone i zamordowane. Autorka pozwala nam spojrzeć na te wydarzenia z kilku perspektyw, co tylko potęguje realizm doznań literackich postaci. Płakałam z nimi.

Większość bohaterów "Echa winy" (jak na przykład Liz Alby, młodą samotną matkę, która swoje dziecko traktuje jak kulę u nogi, a która siłę macierzyńskich uczuć pozna i zrozumie w obliczu nagłego zaginięcia córeczki) uznałam za niezwykle, boleśnie wręcz wiarygodnych, ich losy za emocjonujące, a odczucia i myśli za nierzadko zbieżne z moimi.

Nie wiem, czy to dlatego, że sama jestem matką.
Nie wiem, czy to dlatego, że zwyczajnie lubię pisarski styl Charlotte Link: sposób prowadzenia narracji, mistrzowskie budowanie napięcia, sugestywność opisów.
Nie wiem, czy to dlatego, że czytałam na wakacjach, w cudownych warunkach, z poczuciem kompletnej beztroski.
Wiem jednak, że to dla mnie ważna książka. Bardzo się podobała. Bardzo. Polecam.

piątek, 30 lipca 2010

Dom sióstr, Charlotte Link




Co za książka...
Słuchajcie: REWELACJA. Wciąga jak bagno i w zasadzie czyta się sama. No mówię Wam, nie sposób się odeń oderwać, to jedna z książek z gatunku: "jest druga w nocy, a Ty czytasz iprzestać nie możesz".
Napisana przepięknym językiem, z wartką akcją, pełnokrwistymi bohaterami, pełna zagadek i z zaskakującym zakończeniem. Boska. Już dodałam do najulubieńszych swoich lektur i na pewno doń kiedyś powrócę .
"Dom sióstr" porwał mnie tak, jak w zeszłym roku "Szkarłatny płatek i biały" Fabera: znów czułam się uczestniczką opisywanych wydarzeń i chciałam czytać bez końca.
Charlotte Link tak cudownie wykreowała świat przedstawiony, że tuż po lekturze gotowa byłam na stałe (lub choćby na chwilę) przenieść się do Yorkshire, krainy wyżynnych torfowisk w północnej Anglii...
Cudowna, pochłaniająca i szalenie emocjonująca lektura.

Zaczyna się mniej więcej tak:
"Świat za oknem tonął w śniegu. Jak daleko wzrok sięgał, śnieg, nic, tylko śnieg. Nie było różnicy między łąkami, drogami, podjazdem przed domem, ogrodem. Wszystko zniknęło, przykryte grubą warstwą śniegu. (...) Wichura powaliła dwa drzewa, ich olbrzymie korzenie sterczały w górę, będąc świadectwem siły żywiołu, który nawiedził okolicę w nocy. Wiatr ustał, ale śnieg padał bez przerwy. Nad samotnym domem zaległa głęboka, tajemnicza cisza" *.
W tym odciętym od świata domostwie w północnej Anglii rozgrywa się małżeński dramat: Barbara i Ralph przyjechali z Niemiec aż tutaj, by spędzić razem Boże Narodzenie - to dla nich ostatnia próba ratowania rozpadającego się od dawna małżeństwa, tymczasem nic nie układa się tak, jak planowali. Śnieg zasypuje wynajętą na dwa tygodnie posiadłość i odcina drogę do miasteczka i kontakt ze światem zewnętrznym: pozbawieni prądu i żywności, skazani wyłącznie na siebie i wyładowujący frustracje na sobie nawzajem, czują się jak więźniowie. By wypełnić sobie czas, Barbara oddaje się lekturze znalezionych przypadkiem zapisków byłej właścicielki domu w Yorkshire, zwanym "domem sióstr"... Wraz z nią przenosimy się w czasie...

Akcja powieści toczy się więc równolegle dwóch płaszczyznach czasowych: a to w 1996 roku, kiedy Barbara i Ralph zmagają się z małżeńskimi problemami i szalejącym za oknem żywiołem, brakiem prądu i kurczącymi się zapasami żywności, a to u schyłku epoki edwardiańskiej w Anglii, przez cały niemal wiek XX (gdy wraz z Barbarą czytamy dziennik Frances Grey, byłej właścicielki posiadłości).
Obie historie (ta, dziejąca się "teraz", i ta, która wydarzyła się przed laty) są, zaręczam, równie pasjonujące. Nierzadko złościłam się, gdy współczesna Barbara wracała do lektury starego pamiętnika Frances Grey, potem zaś odwrotnie: nie chciałam znowu przenosić się do zasypanego śniegiem domu, wynajętego 'teraz' przez Barbarę i Ralpha.

Czegóż nie ma w tej powieści... Mam wrażenie, że jest wszystko. I tło historyczne (począwszy od schyłku epoki edwardiańskiej, przez obie wojny światowe aż do lat 80-tych XX wieku), odmalowane tak, że najlepszy nauczyciel historii nie opowiedziałby tego ciekawiej (swoją drogą, to interesujące: popatrzeć na działania wojenne w wieku XX z perspektywy Anglików), i mnóstwo zagadnień związanych z feminizmem, i lazaret we Francji, i mnóstwo krwi, i romansów, i zdrad, miłości platonicznej i fizycznej, zazdrości, nienawiści wreszcie. To cudowna saga rodzinna, w której nie sposób nie przywiązać się do bohaterów (bardzo wiarygodnie sportretowanych), a którzy nierzadko muszą odejść, zniknąć, a ja czułam się wtedy tak, jakbym traciła kogoś niezwykle bliskiego.

Tę powieść natychmiast należałoby wznowić, gdyż na rynku książki należy aktualnie do białych kruków, na Allegro osiąga niebotyczne ceny, a jest tak bardzo warta przeczytania! 
Wciąż nieprzekonanym (są tacy?) polecam krótką, acz wymowną opinię atram_78, z którą zgadzam się w każdym słowie.
A ja natychmiast po lekturze "Domu sióstr" zabrałam się za inną powieść Charlotte Link pt. "Echo winy", w nadziei na podobne wrażenia. Co z tego wynikło? O tym innym razem...
Tymczasem Was namawiam na polowanie na "Dom sióstr". Warto, ach, warto!

* Charlotte Link, Dom sióstr, przeł. Ryszard Wojnakowski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2005, s. 38

wtorek, 27 lipca 2010

Hop, hop! (czyli że już po urlopie)



Było...cudownie, bosko! Urlop spędziłam ponad 800 km stąd, w małym niemieckim miasteczku koło Koln (Kolonii). Nie działo się absolutnie nic: kilka szczęśliwych, beztroskich dni przepuszczanych przez rozleniwione palce. Zakupy, leżak, papierosowy dym, szampan, noce z Charlotte Link (tym razem "Echo winy"). Ech, wypoczęłam.

Naturalnie, nie omieszkałam zajrzeć do niemieckiej księgarni, skąd wyniosłam śliczne zakładki do książek i zapas samoprzylepnych karteczek w różnych kolorach i kształtach. 

Wróciłam wczoraj bladym świtem po 15-godzinnej podróży. Walizki rozpakowane, prezenty rozdane, pranie rozwieszone, w pracy już też dzisiaj byłam, ale duchem wciąż błądzę po wąskich niemieckich chodnikach. Fajnie było, naprawdę. I czyż to nie cudowne: rozkochałam się niedawno we współczesnych niemieckich pisarzach (Sebastian Fitzek, Charlotte Link) i tych kilka wakacyjnych dni spędziłam w ich ojczystych stronach. Miło. 

Tymczasem zbieram się w sobie: czeka mnie nadrabianie recenzyjnych i blogowych zaległości. Dzięki za ciepłe myśli i dobre życzenia. Wróciłam cała i zdrowa. Wypoczęta i zadowolona. Witam po urlopie :)

piątek, 23 lipca 2010

Hop, hop! (czyli wpis porządkowy i wiele wyjaśniający)


Hop, hop! Wróciłam!!! Ku swej niezmiernej i wszechogarniającej radości!!!

Wyobraźcie to sobie: przez blisko 2 tygodnie odcięta byłam od sieci, od komputera w ogóle! Spalił mi się, nieszczęśnik, calusieńki: dysk twardy, procesor, wsio! Została tylko obudowa... Wszystko przez te upały afrykańskie, kosmiczne, niewyobrażalne. Pierwsze trzy dni bez Internetu były koszmarem, straszliwą traumą. A potem, gdy już czekałam na naprawę (i pewna, że naprawią, i spokojniejsza o tę słodką pewność) - spokojnie opalałam nogi, wylegiwałam nad jeziorem, męczyłam w pracy, zajadałam truskawki i co noc, do poduszki, podczytywałam "Dom sióstr" (zostało mi 20 stron do końca...) - cudowna, wspaniała wielowątkowa powieść, warta każdej ceny (ale o tym w recenzji, niebawem).
Tymczasem przed chwilą dosłownie odzyskałam swój "raj utracony", czyli sieć, i pospieszyłam do Was - czeka mnie wielogodzinne, może wręcz: kilkudniowe cudowne nadrabianie blogowych zaległości, czyli: czytanie Waszych recenzji i wakacyjnych zwierzeń, podglądanie nowych stosików i wzajemne komentowanie kolejnych notek. Mrr, jestem w siódmym niebie!!!

Poza tym: od 16 do 25 lipca będę, jak w ubiegłym roku, 800 km stąd. Znów na bezneciu, ale tym razem dobrowolnym ;) (to informacja na wypadek, gdybym nie zdążyła z recenzjami do 16 lipca - wtedy dopiero pojawię się po 25).

Tymczasem - biegnę już do Was, stęskniona!!! 

sobota, 26 czerwca 2010

Odłamek, Sebastian Fitzek




" - Czy coś pan zgubił?
Tak, rozum."  *

Szaleństwo. "Odłamek" to zdecydowanie najbardziej zakręcony thriller mojego ulubionego Fitzka. Co nie oznacza, że najlepszy. Przeciwnie chyba.

Z okładki (bo boję się, że sama napisałabym za dużo):
Marc Lucas doświadcza strasznego cierpienia: w wypadku samochodowym, który sam spowodował, ginie jego żona, a wraz z nią nienarodzone dziecko. Odłamek, który przy zderzeniu wwiercił mu się w tył głowy, sprawia nieustający ból – ale znacznie bardziej bolesna jest rana na duszy. 
Pewnego dnia Marc odkrywa w gazecie anons. Prywatna klinika psychiatryczna poszukuje do udziału w nowatorskim eksperymencie osób, które przeżyły straszliwą traumę. Budzi się w nim nadzieja, że uda się mu uwolnić od dręczącego wspomnienia. Kiedy po pierwszych testach w klinice wraca do domu, zaczyna się prawdziwy horror. Klucz nie pasuje do mieszkania, przy dzwonku istnieje obce nazwisko. Otwierają się drzwi i Marc staje twarzą w twarz ze zjawą. 

Oj namieszał znów Fitzek, namieszał: tym razem nie tylko nie przewidziałam zakończenia (przysłowiowa skrzynka piwa dla tego, komu się uda), ale i przez pierwsze 150 stron męczyło mnie przygnębiające poczucie, że zwyczajnie za Autorem nie nadążam. Wątki gmatwają się niesamowicie, bohaterowie (w tym jeden, którego pamiętam z "Kliniki") wyskakują z kolejnych stron jak króliki z kapelusza, a całość przypomina dziwaczny, nieprawdopodobny sen szalonego naukowca. Nic dziwnego zatem, że początkowo lektura "Odłamka" szła mi bardzo bardzo opornie: bez żalu odkładałam książkę i wracałam do swoich codziennych zajęć, do przyrządzania obiadu, na ten przykład. Czułam się straszliwie zawiedziona, oszukana nawet, aż tu nagle... Tak. W połowie książki akcja dosłownie rusza z kopyta i nie mogłam się odeń oderwać przez pół wczorajszej nocy. Sprawne pióro ma Fitzek (och, uwielbiam to nazwisko!), trzeba przyznać. Szkoda tylko, że tym razem zakończenie ciut rozczarowuje, Autor zdążył mnie przyzwyczaić do innych, bardziej racjonalnych rozwiązań... Ale przyjemność czytania: bez zmian. Wciąga.

Cóż jeszcze mogłabym napisać o "Odłamku"? Chyba tylko tyle, że nie polecałabym tej książki na początek znajomości z Fitzkiem: zbyt schizofreniczna i zupełnie nieprzewidywalna. O wiele lepsze i zdecydowanie subtelniejsze są: "Terapia" i "Śmierć...". Myślę też, że warto czytać thrillery Fitzka chronologicznie, bo Autor nieustannie nawiązuje w nowych powieściach do poprzednich, a w "Odłamku" mimochodem zapowiada kolejną swoją powieść (wyłapałam aluzję dzięki nieocenionej Annie - koniecznie przeczytajcie jej recenzję "Odłamka"). Mam tylko nadzieję, że Fitzek (najpopularniejszy autor thrillerów w Niemczech) nie pójdzie w ilość, ale w jakość, bo ja nadal chcę myśleć o jego uroczym nazwisku jak o pewnej marce. I mimo że "Odłamek" podobał mi się najmniej (ale podobał i tak, oczywiście), nadal gorąco namawiam do lektury jego książek. Warto. Cóż za emocje... :D

* Sebastian Fitzek, Odłamek, przeł. Barbara Tarnas, wyd. G+J KSIĄŻKI, Warszawa 2010, s. 185

czwartek, 24 czerwca 2010

Toksymia, Małgorzata Rejmer




Obrzydliwa to książka. Obrzydliwa w sposób zachwycający, fantastyczny. Niech mówią, że wtórna i durna (bo mówią, czytałam, że mówią, że piszą), ale mnie akurat zachwyca. 

"Wolę brzydotę, jest bliżej krwioobiegu" [1]
Małgorzata Rejmer, Autorka, obecnie lat 25, napisała tę powieść w przeciągu 7 tygodni; w tak zwanym międzyczasie (lub jakąś chwilę wcześniej) broniła pracy magisterskiej i zdawała na studia doktoranckie. Już choćby z tego powodu zasłużyła na moje uznanie. Podziwiam takich ludzi: zdeterminowanych, po brzegi wypełnionych pasją, mądrych. A Rejmer musi być właśnie taka, w każdym razie: na pewno bystra i uważna, inaczej nie stworzyłaby bohaterów przerysowanych, prawie karykaturalnych, a jednak, w sposób cudownie niezrozumiały: wiarygodnych psychologicznie.

Postaci w "Toksymii" to ludzie odpychający, zdziwaczali, uwikłani w trujące (w jednym przypadku wręcz dosłownie) relacje. A mimo to: potrafię myśleć o nich z czułością. Na przykład pan Longin Wąsik, polonista z wykształcenia i powołania, który za namową żony zostaje tramwajarzem. Albo starzejąca się dewotka Lucyna, tak bardzo osamotniona, że próbuje zaprzyjaźnić się z Jezusem, skoro z nikim innym nie potrafi. A już najbardziej zajęły mnie losy Anny, studentki dziennikarstwa i 80-letniego powstańca, który szybko stanie się jej prześladowcą (rozdział IV - polecam najbardziej; gęsia skórka i mdłości gwarantowane). Losy tych, oraz kilku innych bohaterów połączy bardzo zimne lato i pewien nieszczęśliwy wypadek - na tym zasadza się fabuła powieści, skonstruowanej tak, że pierwsze rozdziały stanowią zupełnie odrębne historie, miniaturowe portrety psychologiczne bohaterów, które w drugiej części "Toksymii" zaczynają się scalać, zazębiać.

Charakterystyczny dla "Toksymii" jest jej duszny, gęsty klimat rodem z poezji turpistów. Cielesność z jej najwstydliwszymi aspektami, smród, brud, rozpad, słowo śmierć odmieniane przez wszystkie przypadki. To dość brutalna proza, momentami budziła we mnie obrzydzenie, odpychała - co wrażliwsi mogą przez książkę zwyczajnie nie przebrnąć. Nie przebrną też Ci, którym daleko od zachwytu nad Masłowską, Chutnik, Drotkiewicz nawet - to do ich twórczości porównuje się najczęściej debiut Rejmer, czyniąc z tego (niezrozumiały dla mnie) zarzut: wtórność i pewną językową przypadłość, charakterystyczną dla ostatnich polskich debiutów: eksperymenty słowne i stylistyczne. Jednak zapewniam, że pisarstwo Rejmer nie jest przypadkowym zbiorem językowych figli, nie ma w tej książce nic ponad to, co niezbędne: sposób mówienia bohaterów jest dla mnie absolutnie strawny i wiarygodny, budzący uśmiech, a nawet szczery śmiech, choć oczywiście lekko podrasowany, tak jak same postaci.

Zachęcam do lektury, jestem pewna, że się spodoba lub nie ;) I na zakończenie, i na zachętę powtórzę za jednym z bohaterów "Toksymii": "Wydaje mi się, że warto by było się razem zapoznać"[2].

[1] Z Grochowiaka ( z pamięci)
[2] Małgorzata Rejmer, Toksymia, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010, s. 91

wtorek, 22 czerwca 2010

Kaprysik, Mariusz Szczygieł




I kto by pomyślał, że dla takiej malutkiej, słodziutkiej, rozkosznie różowej książeczki zarwę niedzielną noc! W księgarni nie zaszczyciłabym jej nawet spojrzeniem: wydawnicze dziwactwo, formatem zbliżone do niewielkich terminarzy, okładka sugeruje zbiór pokrzepiających aforyzmów, a autor wciąż kojarzy mi się ze słynnym polsatowskim talk-show "Na każdy temat" (a skojarzenie to raczej niechlubne).
Dlatego: dziękuję Marpil , dziękuję Inblanco. Ich recenzje (przeczytajcie koniecznie!) zaintrygowały mnie tak bardzo, że nad zakupem nie musiałam się zastanawiać. I słusznie.
"Kaprysik" to perełka. Szkoda by było przegapić. (a przegapić nietrudno, bo format, jak już wspomniałam, kieszonkowy) .

Cudowne, wręcz niesłychane historie, ale prawdziwe, udokumentowane fantastycznymi zdjęciami:
oto (Reality) Janina Turek, oto jej spuścizna: ponad 700, ba, blisko 800 zeszytów, a w zeszytach listy: lista odbytych rozmów telefonicznych, zjedzonych posiłków, spotkanych ludzi, otrzymanych i ofiarowanych prezentów, przeczytanych książek, obejrzanych programów w telewizji.
Oto (Kaprysik) Anna z miasta Z., która od lat odwiedza w Szczecinie znajomego fotografa: pozuje do zdjęć w samodzielnie zaprojektowanych strojach, wybiera scenerię, od podstaw wymyśla całą sesję (a pomysły miewa przedziwne). Na co dzień jest zwyczajną matką i żoną.
Oto (Kartka) kartka z nazwiskami i adresami 21 kobiet, którą przez przypadek znajduje w kawiarni Mariusz Szczygieł, i która intryguje go na tyle, by przeprowadzić małe dochodzenie: kto, kiedy i po co stworzył taką listę.
Oto (Dowód) prawdziwy dowód miłości: historia rzeźby zdobiącej hol pewnego uniwersytetu - pomnik żony, który postawił rektor uczelni w imię miłości.
Oto (Rozstanie jest ostre jak miecz) rozmowa z wokalistką Tercetu Egzotycznego: trochę historii zespołu, trochę o powolnym gojeniu się ran po stracie najbliższych.
Oto (Serial na dwa długopisy) Teńcia i Heńcia, dwie przyjaciółki, które od 50 lat prowadzą żywą, regularną korespondencję.

Kobiety i ich małe kaprysy? Możliwe. Jednak wczytując się uważniej w historie opowiadane przez Mariusza Szczygła dostrzeżemy znacznie więcej, mnóstwo uczuć i emocji: poczucie wyobcowania, samotności, chęć podkreślenia własnej indywidualności, potrzeba przyjaźni i akceptacji w oczach innych, ale przede wszystkim: własnych. Te historie, jak sądzę, dotyczą każdej z nas: każda kobieta (ba: człowiek wreszcie) ma własną. Każdy ma w sobie coś, co wyróżnia go na tle innych, każdy skrywa w sobie jakiś sekret, każdy ma jakiś kaprysik. I każda ze skrywanych w nas opowieści jest z pewnością godna opisania. To miłe, że Mariusz Szczygieł zdecydował się przybliżyć niektóre z nich. Miłe i ważne.

Książeczka zdecydowanie do połknięcia w jedno popołudnie / noc. Jednak przemyślenia i emocje pozostają na dłużej. Dlatego warto.

czwartek, 17 czerwca 2010

Stosik




1. Kaprysik, Mariusz Szczygieł - bo Marpil, bo Inblanco... Musiałam.
2. Klinika, Sebastian Fitzek - przeczytana (pochłonięta raczej) izrecenzowana. Ale nie pokazywałam ;)
3. Odłamek, Sebastian Fitzek - mrr... Się doczekać nie mogę.
4. Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja - z antykwariatu, za grosze. Nie znam tej autorki, ale na wakacje będzie, jak sądzę, w sam raz.
5. Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej - biały kruk, rzecz ceniona i chwalona, zdobyty na Allegro w ciepłą czerwcową noc za całe 15 zł ! Radość i duma - bezcenne.

środa, 16 czerwca 2010

Zdążyć przed zmrokiem, Tana French




Fantastyczna! Soczysta, barwna, świetnie napisana! Czyta się toto jak gotowy scenariusz filmowy (hmm, chyba nie bez znaczenia jest fakt, że autorka, Tana French, jest najprawdziwszą aktorką). Czyta się, oj, czyta. Rzecz pochłonęła mnie bez reszty już od pierwszych ślicznych-fantastycznych zdań:

"Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych (...), to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie". *

Cudne, prawdaż? A uwierzcie mi: dalej jest tylko lepiej. "Zdążyć przed zmrokiem" do pewnego stopnia przypomina mi klimat "Eve Green" Susan Fletcher, która tak bardzo oczarowała mnie w zeszłym roku (zobacz). Pierwszoosobowa narracja, wątek kryminalny, częste retrospekcje, wspomnienia z dzieciństwa głównych bohaterów, czuły język i fantastyczny warsztat pisarski. Och, musicie sprawdzić to sami. Świetna lektura!

Narratorem w "Zdążyć przed zmrokiem" jest detektyw wydziału zabójstw, Rob Ryan. Wraz ze swoją partnerką, Cassie Maddox, prowadzi dochodzenie w sprawie tajemniczego zabójstwa dwunastoletniej Katy Devlin. To trudna i niezwykle ważna sprawa, zwłaszcza dla detektywa Ryana, któremu miejsce i okoliczności morderstwa przypominają o innym wydarzeniu, wydarzeniu sprzed lat dwudziestu, którego był uczestnikiem i jedynym świadkiem. Jako dwunastolatek Adam Ryan (tak, najpierw Adam - po latach zmienił imię na Rob) wraz z dwójką przyjaciół zaginął w lesie przylegającym do miasteczka Knocknaree. Tylko jego udało się odnaleźć (po przyjaciołach słuch zaginął; żadnych śladów, tropów, zwłok - nic, sprawa nigdy nie została rozwiązana) - był wówczas w stanie ekstremalnego szoku, a na nogach miał zaplamione cudzą krwią tenisówki. Tragiczne doświadczenie zresetowało mu pamięć. Teraz, podczas badania sprawy Katy Devlin, detektyw próbuje wrócić do zapomnianych wydarzeń i, być może, rozwiązać starą sprawę. Zwłaszcza, że stara dziwnie przypomina aktualną....

Powieść jest niczym innym jak rekonstrukcją przebiegu śledztwa (to z kolei nasuwa mi myśl o Mankellu): żmudne przepytywanie świadków, trudność związana z wytypowaniem podejrzanego, jeżdżenie z miejsca na miejsce, sekcja zwłok, wielogodzinne badanie dowodów i sporządzanie raportów... A w międzyczasie: rozterki duchowe detektywa Ryana, jego powolne zapadanie się w sobie, pogrążanie w pracy i alkoholu, gdy przeszłość, ta, od której uciekał, znów upomina się o jego uwagę.

Po raz pierwszy przeczytałam o tej książce u dededan. Jej recenzja tak mocno mną zawładnęła (ach, wodząca na pokuszenie moc blogów książkowych!), że tydzień później kupiłam swój egzemplarz (31 lipca 2009 - wiem, bo w książce znalazłam stary paragon, który służył mi teraz jako zakładka). Długo czekała na swoją kolej Tana French, za długo. Cieszę się, że nareszcie przeczytałam. Bawiłam się przednio. Emocjonujący kryminał z podbudową psychologiczną. Sięgnijcie. I niech Was nie zraża drobny maczek na 492 śnieżnobiałych stronach - ta niedogodność przestaje przeszkadzać po pierwszym zdaniu.

A kolejna powieść Tany French "Lustrzane odbicie" to ponoć jeszcze w tym roku, a główną bohaterką będzie partnerka detektywa Ryana - detektyw Cassie. Nie mogę się doczekać.

* Tana French, Zdążyć przed zmrokiem, przeł. Joanna Warchoł, wyd. Albatros, Warszawa 2009, s. 11

wtorek, 15 czerwca 2010

Ondine, reż. Neil Jordan (2009)




Okej, okej. Nie patrzcie tak.
Przyznaję: obejrzałam z czystej ciekawości.
Historia rybaka, który pewnego dnia wyławia z morza przecudnej urody dziewczynę i z miejsca się w niej zadurza, zdecydowanie nie należy do moich ulubionych filmowych motywów.
Takiego filmu nie obejrzałabym za nic w świecie, ale okoliczności łagodzące (w rolę "złotej rybki" tudzież "syrenki" wcieliła się polska aktorka) i zwykła babska ciekawość (o romansie Alicji z Colinem huczało w mediach wszelakich, i choćbym nie wiem jak chciała nic nie wiedzieć - wiedziałam) zwyciężyły nad początkową niechęcią. Obejrzałam. I co? I, szczerze mówiąc, nic. Niczego się po tym filmie nie spodziewałam, więc nie zdołał mnie rozczarować ani tym bardziej zachwycić. Podobał się raczej średnio (5/10), ale nie żałuję poświęconego nań czasu.


Sama opowieść jest nieszczególnie zajmująca, podobnież jak główni bohaterowie. Kreacje aktorskie, na moje oko, pozostawiają wiele do życzenia. Zadaniem Alicji jest pięknie wyglądać i odpowiadać pytaniem na pytanie, jak przystało wiecznie zdziwionym istotom z innego świata. Colin Farrell gra introwertycznego rybaka z problemem alkoholowym (typowe) i chorą córeczką, dlatego głównie milczy. Największa rola przypadła małej Alison Barry (Annie, kilkuletnia córka rybaka), która dodała "Ondine" pewnej lekkości. Film sam w sobie jest bowiem dość nudny i niezmiernie statyczny.

Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie. "Ondine" zdawało się schematyczne i do bólu przewidywalne, ale takiego rozwiązania fabuły zupełnie się nie spodziewałam. Dużym, jeśli nie największym atutem filmu są zdecydowanie: a) zdjęcia, jak to powyższe (mnóstwo mokrej wody, irlandzkie zamglone krajobrazy, b) muzyka (pięknie wkomponowana w piękne zdjęcia). I to wszystko w zasadzie.
Film zdecydowanie nie powala na kolana, obejrzeć można, zachwycić się jednak nie da. Można pominąć.

niedziela, 13 czerwca 2010

Mikołajek, reż. Laurent Tirard (2009)




"Mikołajka" obejrzałam wieki temu (zdaje się, że późną jesienią lub wczesną zimą zeszłego roku), ale wciąż wspominam z uśmiechem i nadal pamiętam kilka wyjątkowo zabawnych scen (Ananiasz u lekarza :D ).
 Sympatyczne, ciepłe kino familijne, czyli: udało się niemożliwe.
 Co prawda z literackim pierwowzorem "Mikołajka" miałam styczność jedynie w pierwszych latach szkoły podstawowej (nowych przygód nie znam), ale i tak nie potrafiłam sobie wyobrazić ekranizacji (chłopaki z książeczek made by Sempe & Goscinny zdawali się dotąd tacy, hmm, "nieprzekładalni"?) . Tymczasem: ekranizacja okazała się zdumiewająco przyzwoita, a młodzi aktorzy z zaangażowaniem wcielili się w charakterystyczne role (moim ulubieńcem stał się Kleofas, czyli Victor Carles - absolutnie uroczy jako nieuk i rozrabiaka, fantastyczna postać i świetnie rokujący młody aktor; Mikołajek (Maxime Godart) okazał się chyba najbardziej mdły i zbyt, jak dla mnie, ugrzeczniony)


(Kleofas to ten w środku, z teczką pod pachą)

Poza godnymi pochwały kreacjami aktorskimi (na marginesie: dubbing też wypadł przekonująco) wielkim atutem filmu jest scenografia i fantastyczne oddanie realiów lat 50-tych, sympatyczne retro klimaty (kolory, mnóstwo kolorowych zdjęć, szkolne teczki i wyprasowane mundurki). Widz przenosi się w czasie, co ważne: również ten najmłodszy widz (a takich w kinie nie brakowało, oczywiście). Okazuje się bowiem, że szkoła może być fajna, czas spędzany z przyjaciółmi: inspirujący i budujący, a brak komputera to nie koniec świata.



Motorem napędzającym akcję w "Mikołajku" jest irracjonalny, lecz właściwy dzieciom strach tytułowego bohatera : chłopiec jest przeświadczony, że jego mama niedługo urodzi mu braciszka, a samego Mikołajka przestanie kochać i wreszcie: porzuci w lesie. Chłopiec podejmuje desperackie próby przypodobania się rodzicom, a z kolegami z klasy obmyśla plany na pozbycie się młodszego rodzeństwa, co implikuje mnóstwo zabawnych sytuacji i prześmiesznych scen. Sala kinowa drżała: śmiały się dzieci, a jeszcze głośniej ich rodzice. Zwłaszcza, że dorosłym bliskie były sceny z życia rodziców Mikołajka: ciągłe kłótnie i frustracje, marzenie o awansie zawodowym i chęć przypodobania się szefowi (ojciec Mikołajka: raz, że świetny aktor, dwa: prawdziwy desperat).

To dobra ekranizacja, więc jestem przekonana, że zachęci do lektury tych, którzy dotąd nie znali książkowej wersji 'Mikołajka". Naturalnie: nie jest lepsza od książki, ale rozbudza ciekawość: po seansie chce się więcej i więcej Mikołajkowych przygód. A więcej jest przecież w książkach.
Polecam: przyjemna rozrywka i mile spędzony czas.

wtorek, 1 czerwca 2010

Bękart ze Stambułu, Elif Safak




Ups. Się rozczarowałam. W skali szkolnej: 4,5 / 6.
Nie zwykłam oceniać książek w swych recenzjach, ale w przypadku mojego subiektywnego odbioru "Bękarta" odniesienia szkolne są wybitnie kluczowe. Dlaczego? Otóż...

Jako uczennica klasy maturalnej (czyli dawno, dawno temu) otrzymałam szóstkę za jedno ze swoich wypracowań. Polonistka, raczej surowa i nieskora do stawiania wysokich ocen, nie mogła się nazachwycać. Skserowała i rozdała moją pracę całemu rocznikowi jako przykład wypracowania niesłychanie przemyślanego, sprawnie i z polotem napisanego, i oczywiście związanego ściśle z tematem. A temat wiązał się (o ile dobrze pamiętam, bo dzisiaj nie mam siły odkurzać pudła z pozostałościami z czasów szkolnych, m.in. ze sprawdzianami z matematyki, ocenianymi najwyżej na dopuszczający...) z poczuciem człowieczeństwa i literaturą obozową, łagrową. Ponieważ praca ta była zadaniem domowym, miałam czas, by na spokojnie ją zaplanować. Wymyśliłam więc, że zamiast wstępu jako takiego przytoczę encyklopedyczną definicję człowieka (no, wiecie, zaczynało się to mniej więcej tak: Kim, czym jest człowiek? I potem notka z encyklopedii: człowiek: istota rozumna, etc.), a w rozwinięciu kolejne akapity rozpoczynały się od krótkich haseł (głowa, oczy, usta, uszy, ręce, nogi itp.), które po primo stanowiły o fizycznym aspekcie człowieczeństwa, po secundo: służyły za punkt wyjścia do rozważań o kolejnych pozycjach literatury obozowej. Czyli pisałam np. (improwizuję teraz): oczy. I dalej: oczy, które widziały mord (i odniesienia do odpowiednich lektur), ręce, które zabijały (i kolejny kontekst literacki). Generalnie: to była zasłużona szóstka, bez dwóch zdań, ale nie cierpię tego wypracowania: obrzydło mi, gdy zostało wyniesione pod szkolne niebiosa. Poza tym, po pewnym czasie, czułam, że mogłam lepiej. A konstrukcja wypracowania, którą można by było uznać za oryginalną, dzisiaj wydaje mi się dość banalna i oczywista.
Ale, ale. Do czego zmierzam?
Otóż: "Bękart ze Stambułu" prawie od razu skojarzył mi się z tamtym pamiętnym wypracowaniem. To powieść tak samo (choć bezsprzecznie lepiej napisana i nie mam się co porównywać, nawet nie próbuję) spójna i drobiazgowo dopracowana, w każdym szczególe. Aż, mówiąc szczerze, do przesady. Tytuły rozdziałów stanowią składniki potrawy bardzo istotnej w finale powieści. I jak można się spodziewać: jeśli tytuł rozdziału to pszenica, to oczywiście w samym tekście, w środku rozdziału znajdziemy odniesienie do tytułowej pszenicy (np. bohaterka ma ziarna pszenicy w kieszeni płaszcza - ponoć przynoszą szczęście). W każdym razie: konstrukcja "Bękarta" jest, w moim odczuciu, dopieszczona do granic możliwości. To może kogoś zachwycić, i ja to rozumiem (patrz: moja polonistka, moje wypracowanie). Ja natomiast czułam się znużona i prawie zażenowana, bo ta przesadna dbałość o szczegóły w którymś momencie wydała mi się zbyt infantylna. Sposób pisania Safak również ma w sobie coś szczenięcego: proste, łatwe w odbiorze zdania, nic, po czym w przyszłości mogłabym tę Autorkę rozpoznać, a jednocześnie nic, do czego mogłabym się przyczepić. Safak pisze dobrze, po prostu dobrze.

No i nie przeczę też, że "Bękarta ze Stambułu" czytało się miło, książka momentami prawdziwie zabawna, prawdziwie intrygująca, prawdziwie też smutna, kilka fajnych, wpadających w oko zdań czy uwag, ale, szczerze: czy ja coś pamiętam z lektury? Głównego wątku fabularnego: nie, bo zwyczajnie mnie wynudził: och, jakaś tam saga rodzinna, kilka zwariowanych ciotek, dwa dżinny (uwielbiam realizm magiczny i wszelkie cuda na kiju w powieściach, zaznaczam jednak: dwa dżinny to jeszcze nie Marquez, a w tym konkretnym przypadku to tylko następna klamra spinająca dwa główne wątki powieści, kolejny chwyt konstrukcyjny) - nic, co zostałoby w głowie na dłużej i nad czym można by się rozpłynąć. Zakończenie przewidywalne i w połowie powieści już wiedziałam co, jak, i do czego to zmierza.

Natomiast jest jedna rzecz w tej powieści, która faktycznie jakoś mnie poruszyła, i z której Safak musiała rozliczać się w sądzie. Lekcja historii. Ponury, mroczny okres w relacjach turecko-ormiańskich. Masakra Ormian dokonana przez Turków, której ci pierwsi nie mogą przeboleć, a drudzy nie chcą się przyznać, że w ogóle miała miejsce. Nieodparcie przychodził mi na myśl nasz Katyń i nasze relacje polsko-rosyjskie (nota bene, czytałam tę książką w czasie żałoby narodowej). Rozdziały jedenasty i dwunasty (z naciskiem na dwunasty) uważam za absolutnie genialne. Dlatego nie żałuję, że "Bękarta" przeczytałam.

Co do bohaterów - nie zżyłam się z żadnym, żadnego nie żałowałam. Wszystkich przyćmił bohater drugoplanowy: Stambuł. Pięknie pisze Elif Safak o Stambule, pięknie, z miłością. Aż zapragnęłam pojechać, zobaczyć, poczuć, posmakować.

Hmm, tak teraz myślę, że jednak więcej w "Bękarcie" plusów niż minusów i bez wątpienia książkę polecam. Rozczarowanie tłumaczę wysokimi oczekiwaniami - naczytałam się tylu dobrych recenzji "Pchlego pałacu" (mam na półce, czeka na swoją kolej i moje zmiłowanie), że pomyślałam, iż "Bękart" też musi zachwycać. I zachwyca widzę, bo zbiera równie dobre recenzje. Ja jednak czuję niedosyt: nie tego się spodziewałam. Zbyt banalnie, zbyt przeciętnie jak dla mnie, niestety.  

piątek, 28 maja 2010

Klinika, Sebastian Fitzek




Nie wytrzymałam, oczywiście.
Nie wytrzymałam i nazajutrz po napisaniu recenzji dwóch książek Sebastiana Fitzka - pobiegłam do księgarni po kolejną. Czekała na mnie, właśnie na mnie, pojedyncza, jedna jedyna. "Klinika".
Z arcyciekawego opisu wydawcy:

Nikt ich nie zgwałcił. Nikt nie torturował. Nie zabił. Przytrafiło im się coś znacznie gorszego... Trzy kobiety, wszystkie młode, piękne i pełne życia, giną bez śladu. Wystarcza tylko tydzień w rękach psychopaty, którego prasa nazywa Łamaczem. Kiedy się odnajdują, są całkowicie załamane psychicznie, w żaden sposób nie można się z nimi porozumieć. Jakby były pochowane w swoich ciałach. 

Klinika psychiatryczna odcięta od świata przez śnieżną zawieruchę. Łamacz znów się uaktywnia. Podczas przerażającej nocy udowadnia, że ucieczka jest niemożliwa. Czy przywiezionego do kliniki młodego mężczyznę cierpiącego na amnezję łączy coś z psychopatycznym mordercą?

Z moich osobistych wrażeń: ja to jednak uwielbiam Fitzka. Jego książki pochłaniam w tempie -jak na mnie- zastraszającym. I czynię rzeczy nieprzyzwoite - przebiegam wzrokiem kolejne strony, nim doczytam jedną: tylko po to, by wiedzieć, co dalej. Z trudem odrywam się od lektury i od zerknięcia na ostatnią stronę.
Mimo to muszę przyznać, że 'Klinika" na tle "Terapii" i "Śmierci" wypada blado. To chyba najbardziej krwawa i dosadna opowieść, a zakończenie nie powaliło mnie na kolana (bo przewidziałam bezbłędnie i w miarę szybko). Mimo to: czytało się toto jak zwykle: arcyprzyjemnie i do późnonocnych godzin. I jak zwykle: serdecznie polecam; Fitzek to autor dla ludzi spragnionych mocnych wrażeń i nieziemskich emocji.

Ważne: konstrukcja "Kliniki" - mistrzostwo świata. Przykład: jeśli bohater powieści czyta akurat jakiś dokument i podaje przy tym numer strony, to my na tej samej stronie w naszym egzemplarzu książki znajdujemy dokładnie to samo. Wydawca zadbał o spotęgowanie wrażeń - na jednej z ostatnich stron pojawia się niebanalna niespodzianka, przyznam, ze byłam zaszokowana (nie piszę co to, co by nie psuć Wam przyjemności). W każdym razie: pierwszy raz spotkałam się w książce z czymś takim.
Thrillery Fitzka to czysta frajda. Bardzo trudno mi potem sięgnąć po cokolwiek innego.

Ważne najbardziej: jeśli zdecydujecie się zapoznać z Fitzkiem, zacznijcie od "Terapii" - bohaterowie z tej książki pojawiają się i w "Śmierci" oraz w "Klinice" - nie są to może tak istotne sprawy, ale dużo przyjemniej wiedzieć, o co chodzi. Jeszcze większa frajda.
Tymczasem mnie pozostała jeszcze do kupienia 'Makabryczna gra" oraz "Odłamek" (premiera 2 czerwca!). Zobaczymy, jak długo wytrzymam tym razem... ;)

niedziela, 23 maja 2010

Ból kamieni, Milena Agus




"Tyle w nas kamieni." [1]

Kolejna, po "Póki rekin śpi", prześwietna i warta polecenia książka Mileny Agus. Zachwycam się. I z całą stanowczością, i z pełnym przekonaniem stwierdzam: lubię Milenę Agus. Celuje ona w niedługich opowieściach ("Ból kamieni", dla przykładu, liczy 125 stron, druga powieść - niespełna 200) i krótkich, twardych zdaniach, które w zaprawdę godny pozazdroszczenia sposób (uch, jakże bym chciała tak pisać!) niosą ze sobą całe pokłady emocji i brzmią jak poezja w najczystszej postaci.

"Ból kamieni" to (podobnie jak "Póki rekin śpi") swoista saga rodzinna: bohaterka, o której wiemy w zasadzie niewiele, spisuje pokrętne losy swej włoskiej rodziny. Szczególną uwagę poświęca jednej ze swoich babć - babci od strony ojca, przez otoczenie uważaną za, delikatnie rzecz ujmując, osobę niespełna rozumu. Ale przecież "(...) w rodzinie zawsze musi być ktoś, komu przypadnie zaburzenie; życie na tym polega, że musi być równowaga między dwoma elementami, inaczej świat zesztywniałby i zastygł w bezruchu (...). W każdej rodzinie musi być ktoś, kto zapłaci daninę szaleństwa, żeby została zachowana równowaga między porządkiem a nieporządkiem, i żeby świat się nie zatrzymał" [2].
Babcia narratorki to postać bez imienia, postać absolutnie ciekawa: niedoszła samobójczyni, czarna owca w rodzinie, obwiniająca się za niezdolność wzbudzania w sobie ciepłych uczuć w stosunku do kochającego ją męża, spisująca najskrytsze myśli w pilnie strzeżonym zeszycie ("czarny zeszyt z obwódką bordo(...)" [3] ), zamknięta w sobie, wyizolowana i w gruncie rzeczy nieszczęśliwa. Jedyną radością jej życia jest tak naprawdę wspomnienie przelotnego romansu, który przeżyła podczas pobytu w uzdrowisku i o którym po latach opowie ukochanej wnuczce.
Jej przeciwieństwem jest druga babcia narratorki:
"Prawdziwa opoka, ta pani Lea. Skała z sardyńskiego granitu. I nigdy nie użalała się nad tym swoim życiem, obróconym w popiół (...)" [4].
Obie babcie zostały ciężko doświadczone przez los, lecz ich podejście do życia jest zgoła odmienne. Jedna twardo trzyma się życia, przyjmuje z godnością to, co zsyła jej los i walczy, stale walczy (kto powiedział, że życie jest ciągłą walką?), druga nosi głowę w chmurach i nie docenia tego, co zostało jej dane. Mając szczęście pod nosem, ucieka w marzenia i pielęgnuje jedno jedyne najmilsze wspomnienie: romans. Żyje przeszłością, odrzuca to, jest tu i teraz.
Ogólna wymowa powieści staje się dzięki subtelnemu skonfrontowaniu obu postaci bardzo oczywista: należy się zastanowić nad własnym podejściem do życia. Nie ma na co czekać, nie ma co rozważać minionego: szczęście mamy w zasięgu ręki. Wszystko zależy od nas: wszystko, czyli to, co zrobimy z tymi kamieniami, które walą się nam na głowy - każdemu, bez wyjątku.

Jednak Autorka nie poprzestaje na przekazaniu nam tej prostej prawdy. Jej opowieść, choć tak krótka, jest zadziwiająco wielowarstwowa, a ja, pisząc tę recenzję najzupełniej na gorąco, świeżo po lekturze, obawiam się, że nie wspomnę o wszystkim, o czym powinnam.

A zatem: bardzo dużo w tej książce rozważań nad zawiłą naturą miłości: jak bardzo potrafi być przekorna - nie przychodzi, gdy na nią czekamy, albo pojawia się w takiej postaci, której nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Narratorka, wnuczka swoich babć, jest właśnie na progu wkroczenia w następny etap życia: szykuje się do zamążpójścia. Fascynujące jest to, jak przed tak istotnym wydarzeniem odkrywa mroczne i mniej mroczne karty, rozdane w jej rodzinie. Kto kogo kochał, co się z kim stało: na naszych oczach bohaterka (podobnie jak jedna z babć - również bezimienna) ewoluuje, podpatruje cudzą miłość od kulis i dostrzega, jak potężne i obezwładniające jest to uczucie.

Poza tym: Sardynia. W całej swej niemożliwie kuszącej (!) okazałości. Jako tło, ale i równoprawna bohaterka. Genua, Caligari. Także Mediolan. Kurczę blade, aż chce się tam być. Agus, urodzona w Genui i zamieszkująca obecnie w Caligari pisze o dobrze znanych przez siebie miejscach z ogromną miłością, prawie namiętnie. I zaraźliwie! Cudowne śródziemnomorskie klimaty, opisy apetycznych potraw... W ogóle cała ta powieśc jest jak najbardziej włoska, szalenie klimatyczna. Ukłony dla tłumaczki, która zdecydowała się niektórych słów i zdań nie przekładać (zrobiła to w przypisach), dzięki czemu książka wydaje się jeszcze bardziej włoska, niż jest. I dużo historycznych informacji: ostatecznie każdy kraj i naród ma swoją własną historię i własne dramaty, w dodatku Agus oprócz parania się pisarstwem wykłada w liceum włoski i historię. Pouczająca lekcja, szansa spojrzenia na II wojnę światową z włoskiej perspektywy.

Uff, coś mi się wydaje, że mogłabym tak godzinami. 125 stron, o których mogłabym napisać drugie tyle. Więc może ograniczę się jeszcze do dwóch uwag.
Szalenie podoba mi się bezpruderyjność Autorki. To druga jej książka, w której seks jest bardzo ważny: zwłaszcza w tej najmroczniejszej odsłonie, o której nie zwykło się pisać. Seks dziki i wulgarny, rodem z najtańszych burdeli. Jest sprośnie i prawie obrzydliwie, a jednak nie czuję się zniesmaczona.

I ostatnie (?) moje słowo: do wczoraj żyłam w przekonaniu, że tytuł, czyli "Ból kamieni", jest jakąś subtelną, poetycką metaforą. Nie przyszło mi do głowy, że chodzi o... kamicę nerkową, tę uciążliwą chorobę, na którą cierpiała szalona babka narratorki, kamicę nerkową - przyczynę jej ciągłych poronień. W tym miejscu pozwolę sobie zacytować fragment, który mnie wzruszył, ale pozbawiony kontekstu ma prawo nie wzruszyć Was (chcę go jednak tu mieć, u siebie):
"A kiedy wszyscy poszli przekonywać ją, żeby wróciła, ona powtarzała tylko, że nie może uwierzyć, że wyszło z niej dziecko, a nie kamienie. I cały czas płakała rzewnie (...)" [5].

Krótko mówiąc: polecam.

[1] Milena Agus, Ból kamieni, przeł. Monika Woźniak, wyd. W.A.B., Warszawa 2008, s. 125
[2] Tamże, s. 109-110
[3] Tamże, s. 89
[4] Tamże, s. 113
[5] Tamże, s. 94

piątek, 21 maja 2010

Terapia, Śmierć ma 143 cm wzrostu, Sebastian Fitzek




Wpadłam po uszy. ZaFitzkowanam. 
Podziękowania należą się przede wszystkim Mary, bo to z jej bloga dowiedziałam się o istnieniu Fitzka. Dziękuję także Annie, której recenzje kolejnych książek tego autora tylko zaostrzały mój apetyt. Bo "Terapię" i "Śmierć" nabyłam już wieki temu, bardzo okazyjnie, na Allegro. Jakże żałuję, że tak długo czekały na moje czytelnicze zmiłowanie...

Tymczasem z góry przepraszam, jeśli ta zbiorowa recenzja (zbiorowa, co by nie słodzić Fitzkowi podwójnie) okaże się mało przekonująca i dość chaotyczna. To dlatego, że: a) wyszłam z wprawy w pisaniu recenzji - ostatnią popełniłam blisko 2 miesiące temu (moja wina, moja wina), b) powieści, o których za chwilę napiszę, zachwyciły mnie niemożliwie i obawiam się, że nie jestem w stanie tego wyrazić.

Książki genialne w swym gatunku.
Zakończenie "Terapii" przeczułam wprawdzie już po pierwszych 48 stronach (z 286), co w przypadku thrillera psychologicznego z elementami kryminału (lub też na odwrót) powinno w zasadzie popsuć całą przyjemność z lektury, a mimo to: czytałam dalej, napięta i czujna jak kot. Fitzek w mistrzowski sposób igra z czytelnikiem: udało mu się (po wielokroć) zbić mnie z od początku właściwego tropu. Rozdziały w jego książkach są króciutkie, ale niemal każdy kończy się tak jak dobra telenowela: w kluczowym momencie. Książki nie sposób odłożyć.
"Śmierć ma 143 cm" podobała mi się jeszcze bardziej. To trzecia napisana przez Fitzka powieść i nie można nie zauważyć, jak bardzo się rozwinął jako pisarz: bohaterowie są dużo bardziej wiarygodni, przeżywałam ich losy do trzeciej nad ranem (!), nie mogąc oderwać się od lektury. Ach, no i nie przewidziałam takiego rozwoju akcji. Znakomicie, mistrzowsko napisany thriller: było i dowcipnie, i straszno, i wzruszająco, i nawet magicznie.

Obie książki są absolutnie godne polecenia: a) miłośnikom mocnych wrażeń, nieoczekiwanych (!) i przelicznych (!) zwrotów akcji, b) spragnionym interesującej fabuły i budzących sympatię bohaterów, c) czytelnikom, którzy najzwyczajniej w świecie pragną zapamiętać się w lekturze. Fitzek jest dla Was stworzony!
Lojalnie jednak ostrzegam: lektura jego książek grozi uzależnieniem. Ja już odkładam grosiki na "Makabryczną grę" i "Klinikę". A 2 czerwca - premiera najnowszej powieści Fitzka pt. "Odłamek". Jakżeż się cieszę! Dzięki tym książkom wróciła moja radość czytania i chęć natychmiastowego powrotu do czytelniczej blogosfery, co by głosić dobrą nowinę: dobre thrillery psychologiczne wciąż powstają. I to nie tylko w Japonii (mam na myśli Natsuo Kirino), ale i u naszych sąsiadów, w Niemczech.

Na zakończenie: króciutkie noty wydawcy, bo sama nie chcę pisać o fabule, by niepotrzebnie nie zdradzić żadnych istotnych szczegółów.



"Nie ma świadków, nie ma żadnych śladów, nie ma zwłok. Dwunastoletnia córka znanego psychiatry Viktora Larenza znika w tajemniczych okolicznościach. Nic nie wiadomo o jej losie. Cztery lata później pogrążony w smutku Viktor zaszywa się w położonym na uboczu domku letniskowym na niewielkiej wyspie. Odnajduje go tam pewna piękna nieznajoma, którą dręczą obłąkańcze wizje. Pojawia się w nich mała dziewczynka, która znika bez śladu. Czy jej halucynacje mają coś wspólnego ze zniknięciem córki psychiatry? Viktor zgadza się poddać tajemniczą kobietę terapii, która stopniowo przekształca się w dramatyczne śledztwo".


"Robert Stern wygląda na człowieka sukcesu, ale w rzeczywistości nie potrafi otrząsnąć się po tragicznej śmierci swojego dziecka Feliksa. Pogrążony w żałobie Stern spotyka ciężko chorego dziesięciolatka Simona, który twierdzi, że w poprzednim wcieleniu był seryjnym mordercą. Chłopiec doprowadza Roberta do zwłok. Daje mu też do zrozumienia, że jego syn żyje. Zrozpaczony ojciec zostaje wciągnięty w perfidną grę. Szantażysta zmusi go do odszukania prawdziwego mordercy kolejnych ofiar".


środa, 31 marca 2010

Wyspa tajemnic, reż. Martin Scorcese (2010)




"Wyspę tajemnic" obejrzałam wczoraj i do teraz noszę ten obraz pod powiekami: jestem pod absolutnie ogromnym wrażeniem! Porażający film. Ba, nawet nie film - toż to szaleństwo w czystej postaci, obłęd emanujący z ekranu, ze wstrząsających scen, obłęd, który udziela się widzowi, obłęd, który przeraża i fascynuje. Nie mogę przestać myśleć o "Wyspie tajemnic", cały dzień dziś myślałam, a w pracy, pełna entuzjazmu, naopowiadać się nie mogłam, że wspaniały, i niebanalny, i że warto. Warto, warto, drodzy moi. Przeraził mnie ten film.


Chcecie historii? Oto historia.
Pewnego dnia pewna kobieta potopiła w jeziorze trójkę swoich dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Kiedy zaalarmowana policja dotarła na miejsce - kobieta siedziała przy stole w towarzystwie małych topielców i spokojnie spożywała obiad, przygotowany dla całej rodziny. Zachowywała się zupełnie normalnie: jakby nic się nie stało. Uznano ją za osobę szaloną i szczególnie niebezpieczną i odesłano do zakładu dla obłąkanych przestępców, usytuowanego na pięknej wyspie Zatoki Bostońskiej, do której dotrzeć można jedynie promem. Będąc już pacjentką tego szczególnego szpitala psychiatrycznego, kobieta nagle znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Okno zakratowane, drzwi zamknięte i zabezpieczone, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, a kobiety nie ma. W celu zbadania sprawy na wyspę przybywa dwóch federalnych szeryfów: Teddy (Leo DiCaprio, ciut przygrubawy jak dla mnie, ale nadal słodki, a w swej roli, co najważniejsze, przekonujący) i Chuck (Mark Ruffalo). Naturalnie rzecz ma się tak, że gdy panowie przypływają na wyspę, zrywa się huragan i sztorm, co oczywiście uniemożliwia drogę powrotną. I oto panowie zostają uwięzieni na wyspie pełnej wariatów i stromych klifów, z podejrzanie nieufnym personelem szpitala i zagadką zniknięcia niebezpiecznej pacjentki do rozwiązania.
Więcej nie zdradzę. Choć chciałabym, oj, jak bym chciała!!!


"Wyspa tajemnic" jest niezwykle mroczną opowieścią, której atmosfery narastającej grozy przydają z pewnością dość przygnębiająca muzyka klasyczna i czas akcji - lata 50-te XX wieku. Tym, co przeraziło mnie najbardziej, jest trudny do udźwignięcia realizm i spore prawdopodobieństwo, że tak mogło być. Albo że: może być. Mnie naprawdę trudno przestraszyć, naoglądałam się w życiu dziesiątek thrillerów i filmów grozy, ale to, co zrobił ze mną Scorcese jest niemożliwe do opisania: bałam się tego filmu, bałam się tego, co mogę odkryć na "Wyspie tajemnic". Ten obraz wwierca się w mózg, to doskonałe studium szaleństwa i pogłębiającej się paranoi, świetnie zrealizowane, świetnie zagrane (och, chociaż w filmie dominują aktorzy płci męskiej, to największe wrażenie zrobiły na mnie panie: Michelle Williams (i kto by pomyślał; to ta niepozorna blondyneczka z "Jeziora marzeń") oraz Emily Mortimer ).

Największym, myślę, atutem "Wyspy tajemnic" jest chyba zakończenie: otwarte i niepewne, obecnie szeroko dyskutowane na filmowych forach. Ja sama nie wiem, co myśleć, a myśleć nie przestaję. Niektóre sceny i zdania zapadły się we mnie, głęboko. Bardzo, bardzo dobry film. Kino rozrywkowe co prawda, ale jakże niegłupie, z gatunku tych, jakie kocham najbardziej.Koniecznie!!!

Ach, zapomniałabym dodać, że scenariusz oparty został na książce Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Nie powiem, że nie czuję się zachęcona. Powiem: czuję się. Bardzo chętnie sięgnę i po książkę.

wtorek, 30 marca 2010

Agora, reż. Alejandro Amenábar (2009)


Wspaniały. Wspaniały. Nie przegapcie!
Ten film to nie tylko efektowne widowisko: to przede wszystkim cudownie podany kawał historii (mnie dotąd prawie nieznanej), która porusza, skłania do głębszej refleksji (a jest o czym myśleć, zapewniam: zwłaszcza, że główna bohaterka "Agory", Hypatia, para się filozofią) i nie daje o sobie zapomnieć. Po stokroć warto!
I, ach, tak: płakałam. Jak zwykle płakałam. Jestem poruszona.

Nie da się ukryć (z resztą: po co?): wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem "Agory" - to jeden z takich obrazów, które zapamiętam najdłużej, do których będę wracać myślami, i które obejrzę jeszcze wielokrotnie.
Pisali już o tym filmie (między innymi oczywiście): milczący krytykmaryanhellisnoopy, i coś mi się wydaje, że nie potrafię dodać niczego nowego w sposób równie ciekawy. Mogę się tylko podpisać pod ich świetnymi recenzjami.

Bo tak, "Agora" jest filmem wszechogarniającym, który przeżywa się wszystkimi zmysłami.
Cudowne, wieloznaczne zdjęcia, od których nie można oderwać oczu (ten spokój kosmosu, ta leniwa i cicha kula ziemska kontrastująca z gwałtownymi przemianami w starożytnej Aleksandrii), muzyka, którą można by uznać za zbyt patetyczną, a która w sposób genialny została wkomponowana w obraz i porusza prawie tak, jak to, co widzialne.
Doskonała gra aktorska: przepiękna i, chciałoby się powiedzieć, przemądra Rachel Weisz jako filozof Hypatia, przkonujący w swych rolach Oscar Isaac jako Orestus i Max Minghella jako Davus, och, i uroczo uśmiechnięty Rupert Evans jako Synesius.
Wszyscy oni zagrali w taki sposób, że ludzie starożytni wydają się być ludźmi współczesnymi, a przez to zadziwiająco bliskimi widzom: przeżywają podobne rozterki (choć naturalnie innej wagi), podobnie reagują na nowe, nieprzewidziane sytuacje (czyli: w sposób, rzecz jasna, nieprzewidziany). Są tak bardzo ludzcy i naturalni w swych antycznych strojach, że widz zapomina nagle, że oto ogląda film historyczny. Mało tego - "Agorę" chyba właśnie tak należy odbierać: wszystko się powtarza na świecie, wciąż walka o władzę, o dominację w państwie i w Kościele, wciąż odwieczne religijne spory, wyjaśnianie tajemnicy Stworzenia, boje o rzędy dusz, dążenie do zbadania praw rządzących światem.  Tak było przed wiekami (a było..brutalnie; wiele drastycznych, wstrząsających scen!), tak jest do dziś (czy mniej brutalnie? nie jestem pewna...).

W "Agorze" nieustannie mówi się o okręgu (Hypatia dąży do odkrycia praw rządzących ruchem Ziemi), a w moim odczuciu cały ten obraz można odczytać jako okrąg: bo historia zatacza koło. Reżyser (m.in. "Innych" z Nicole Kidman) oddał tę rzecz niebanalnie i z wyczuciem. Naturalnie, sugeruje się nam, że motywy i racje Hypatii, nawet kwestie przez nią wypowiadane są tymi, z których należałoby brać przykład, ale odpowiedzi jednoznacznej już nie ma, morału (oprócz najważniejszego: historia zatacza koło, ludzie się biją, umierają za idee, na świat przychodzą następni, a Ziemia spokojnie trwa nadal). I nie zgadzam się z tym, że jest to film antychrześcijański. Myślę, że traktuje cały temat sprawiedliwie dla każdej ze stron, nie broni pogan, nie oskarża chrześcijan: ot, przedstawia kilka faktów i - co najważniejsze - rezultaty fanatyzmu, a wnioski należą już do widzów. 

Jestem przekonana, że film ten nie pozostawia obojętnym. I choćby człowiek nie wiem jak chciał nie myśleć potem o zagadnieniach związanych z wiarą i nauką: myśli.
Polecam. Po tak intensywnym seansie (wyczerpującym emocjonalnie i stale pobudzającym umysł do pracy) czuję się dużo bogatsza. I o wiele więcej wiem (dacie wiarę, że oto nagle zainteresował mnie Ptolemeusz?? Naprawdę, nauka wykładana przez Hypatię, a raczej sposób, w jaki przekazuje ona wiedzę swoim uczniom wydaje się o wiele bardziej zajmująca niż ta, którą pamiętam chociażby z zajęć z filozofii na studiach czy lekcji historii w ogólniaku).

piątek, 19 marca 2010

Póki rekin śpi, Milena Agus




" - Trzeba zacisnąć zęby (...) - Przyzwyczaić się do przełykania gówna, bo, tak jak w obozach koncentracyjnych, tylko ci najtwardsi mają szansę przeżyć ". [1]

Uwielbiam takie książki!
Uwielbiam takie książki, co dla niektórych może zakrawać na swego rodzaju perwersję, zwłaszcza dla tych, którzy odżegnują się od książek dusznych, bolesnych i przygnębiających, tłumacząc, że świat sam w sobie jest wystarczająco brudny i podły, a oni w literaturze szukają raczej wytchnienia, i wcale nie potrzebują czytać o cudzych nieszczęściach, zwłaszcza, że mają pod dostatkiem własnych, a jeśli nie własnych, to tych z pierwszych stron gazet lub z wieczornych wydań telewizyjnych wiadomości.
A ja tymczasem lubuję się w książkach ponurych i gęstych: w książkach niepozornych, gdzie maksimum treści przekazują lakoniczne zdania, wystrzelone mimowolnie w czytelnika, takie zdania-pociski, które paraliżują nagle myśli i każą zgłębić temat i wyciągać własne wnioski z cudzych błędów. Dużo się uczę na książkach smutnych i mrocznych, otwierają mi oczy. Niosą mi też szczególną pociechę: tę słodko-gorzką świadomość, że oto inni mają gorzej, że znosić muszą dużo więcej złego, i że powinnam się cieszyć tym, co mam i doceniać to, co mam.
Dlatego jestem zdania, że właśnie takich książek trzeba przeczytać jak najwięcej, trzeba "przełykać to gówno", a nie przed nim uciekać. Woń najpiękniejszych perfum i tak nie zabije źródła smrodu, trzeba najpierw ubrudzić sobie ręce aż po same łokcie, a potem porządnie je umyć. Książki łagodne i szczęśliwe zakończenia, choć też jak najbardziej, uważam, potrzebne, i tak nie zmienią tego, co jest: ot, na chwilę uwolnią nas od okrucieństw realnego świata. Na chwilę.

"Przychodzi mi do głowy, że może w życiu istnieją inne możliwości, niż topić się w gównie, albo topić w nim innych, albo umrzeć (...). I chcę pobiec do ciotki i do brata, i powiedzieć im, że istnieje ten inny sposób". [2]

"Póki rekin śpi" uważam za książkę genialną, za swoje cudowne odkrycie (choć rzecz przybliżyła mi, co trzeba w tym miejscu zaznaczyć, świetna recenzja Nety), zbliżone do zeszłorocznego spotkania z Eliną Hirvonen. Obie książki są brudne i gorzkie, krótkie i treściwe, w obu podkreśliłam dziesiątki błyskotliwych uwag i ślicznie ulepionych zdań. Zazdraszczam Autorkom takiej umiejętności: zgrabnego łączenia słów, której efektem są kryształowe zdania, zdania - perełki, zdania - gotowe aforyzmy, które najchętniej wypisałbym sobie na ścianie, a jeśli już nie - to w sekretnym kajeciku i tutaj, na bloxie. Ech, co tu dużo mówić: tak napisane książki połykam jak rekin. Zachwycają mnie.

" - Jakie życie jest podłe! - On odrzekł, że nie jest ani wstrętne, ani piękne. Po prostu jest czymś, co musimy robić. - Więc róbmy!" [3]

W książce Mileny Agus narratorką jest 18-latka, która snuje opowieść o swej dość dziwacznej rodzinie (ale która rodzina nie jest dziwaczna?):
"W naszym domu każdy ma obsesję na jakimś punkcie: dla mamy to uroda, dla taty Ameryka Południowa, dla mojego brata doskonałość, a dla ciotki narzeczony.
Ja wymyślam opowieści, bo kiedy tutejszy świat mi się nie podoba, przenoszę się do mojego i bardzo mi tam dobrze". [4]
Ten fragment, takie ujęcie rodziny Sevilla Mendoza, brzmi dość nieszkodliwie, prawda? Wkrótce jednak dowiadujemy się więcej: matka jest zahukana i wszystkiego się boi ( "wydawała się wieszakiem na własne ubranie, tak bardzo nie chciała w tej chwili istnieć jako osoba " [5]), ojciec miewa kochanki, zaniedbuje rodzinę; brat nie potrafi walczyć z silniejszymi kolegami, więc obsesyjnie ćwiczy grę na fortepianie i stara się, jak matka, zajmować sobą jak najmniej miejsca na świecie, ciotka nie potrafi związać się z kimś na stałe, więc zmienia kochanków jak rękawiczki, a główna bohaterka trwa biernie w toksycznym związku z żonatym mężczyzną, gustującym w perwersyjnym seksie (bardzo perwersyjnym!!). Wszyscy są nieszczęśliwi, każdego coś tutaj uwiera i boli, żaden bohater nie może wyrwać się z tej tytułowej paszczy rekina, jaką jest smutne, przynoszące nieustanne rozczarowanie, życie.

Och, to rzeczywiście przygnębiająca książka, kilka razy odwracałam odeń wzrok, nie mogąc wytrzymać naporu wszechogarniającego, sugestywnie opisanego bólu, dwa razy oczy zaszły mi łzami, ale, cholera, warto! Koniecznie przeczytajcie!

Tymczasem ja zastanawiam się, co jest największą siłą tej niedługiej powieści. I chyba już wiem. Najbardziej boli czytelnika sposób opowiadania o wszelkich okropnościach trapiących rodzinę Sevilla Mendoza. Narratorka ma 18 lat, i wciąż można ją uznać za niedojrzałą i naiwną. Pisze lekko, prawie: lekkomyślnie, a ponura historia jej rodziny wydaje się jej zupełnie naturalna: godzi się na swój smutny los. I to jest najbardziej przygnębiające.

" - Nie chciałabyś przeżyć pięknej miłości?
- Pewnie. Ale to niemożliwe. Nikomu w mojej rodzinie się to nie udało.
- Mogłabyś jej poszukać. A nawet więcej, żądać jej. Dość już okruchów i tortur. Żądaj pięknej miłości ". [6]

Dużo tu rozważań o naturze miłości, o Bogu. Czy jest, czy istnieje, jak się objawia: miłość i Bóg. Mowa też o tym, czy nasze losy determinuje pochodzenie i bieg historii, i geny. I czy można się wyrwać z paszczy rekina, w której mieszczą się wszystkie powyższe elementy.
Rzecz przygnębiająca, ale tak piękna, że mnie osobiście i paradoksalnie dodała otuchy.

"Na pewno do wiosny zmienię się nie do poznania, ziarenko wypuści liście i zakwitnie". [7]

Ważna książka, choć niezaprzeczalnie dotkliwa i bolesna. Nie przegapcie. Szkoda by było.

[1] Milena Agus, Póki rekin śpi, przeł. Monika Woźniak, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s. 85
[2] Tamże, s. 97-98
[3] Tamże, s. 95
[4] Tamże, s. 10
[5] Tamże, s. 18
[6] Tamże, s. 97
[7] Tamże, s. 76

środa, 17 marca 2010

Dziewczyna o szklanych stopach, Ali Shaw




"Wrony krążyły po niebie jak tłusta szmata" *

No proszę Was!
Książka, w której już na samym początku pojawia się tak nieszczęśliwe porównanie, po prostu nie może mi się spodobać. I nie spodobała się, oczywiście.
Lektura tego niespełna 300-stronicowego tekstu zajęła mi ponad dwa tygodnie! Jakże żałuję w takich chwilach, że jestem z tych, którzy zawsze kończą czytać to, co raz zaczęli.
Od początku wiedziałam, że nie jest to powieść dla mnie - od początku, czyli od kiedy dali tę książkę na zapowiedzi. Tak jak wielu: urzekła mnie okładka (naprawdę piękna!), ale nota wydawcy - już nie. Szczęście w nieszczęściu, że nie pokusiłam się o zakup: sięgnęłam po "Dziewczynę..." przyuważywszy ją na bibliotecznej półce z nowościami ( o tak, moje noworocznepostanowienie o tymczasowym rozstaniu z instytucją biblioteki już w marcu stało się mocno nieaktualne). Szkoda tylko, że nie zaufałam swej intuicji: czas spędzony nad "Dziewczyną o szklanych stopach" uważam za doskonale zmarnowany. Jest tyle ciekawszych książek...

Ad rem.
"Dziewczyna o szklanych stopach" traktuje o różnych obliczach miłości: własnej, rodzicielskiej, niedoskonałej, niespełnionej wreszcie, a także o tym, jak bardzo potrzebujemy drugiej osoby, by móc się określić i dowartościować.
Bez wątpienia jest to historia z potencjałem: ciekawy temat, akcja powieści rozpięta na odległym i mroźnym archipelagu, wątki baśniowe, miłosne perypetie dziewczyny, która stopniowo zamienia się w szkło i introwertycznego fotografa o znaczącym imieniu: Midas. Jednak... styl pisania zbyt, jak dla mnie, toporny, dialogi sztuczne, tekst pełen niechlujnych zdań, niefortunnych porównań, nieładnych metafor. Zbyt wiele wątków, zbyt wiele nieszczęśliwie ulokowanych uczuć jak na jedną krótką opowieść.Majgull Axelsson zrobiłaby z tego powieść doskonałą, tymczasem  Ali Shaw napisał rzecz przeciętną, by nie napisać: zupełnie słabą. Pomysł był, ale wykonanie, jak dla mnie, pozostawia wiele do życzenia.

Doczytałam tę historię głównie dlatego, by poznać jej zakończenie. I dobrze, że poznałam: nie rozczarowało mnie. To duży plus. Pozytywnie oceniam także 50 ostatnich stron: okazały się bardziej interesujące, niż 250 wcześniejszych. Kilka dobrych scen, które - uczciwie przyznaję - zaistniały w tej książce to jednak wciąż za mało. Jednak - by być już zupełnie sprawiedliwą - przyznać muszę, że Autor bardzo zgrabnie poprzeplatał losy nie tylko pary głównych bohaterów, ale też kilku innych, a potem ślicznie wszystkie wątki pozamykał. Podsumowując: przyzwoity debiut, do przeczytania, ale też, a nawet przede wszystkim: żadna rewelacja.
Spokojnie można pominąć. Jest tyle ciekawszych książek...

* Ali Shaw, Dziewczyna o szklanych stopach, tłum. Radosław Januszewski, wyd. Amber, Warszawa 2009, s. 6

wtorek, 16 marca 2010

Pochwała księgarni


Księgarnio szumna
I ty z książkami sklepiku cichy...
- Jednakim jesteś pokrzepieniem
Dla moich myśli i fantazji
Czułą osłoną przed jazgotem świata
- Twój szyld jak uśmiech jest ulicy

(...)

Salonie świetny, czy sklepiku marny
Oazą równie jesteś mi realną
Na trasie mej powszedniej, szarej
- Dla duszy i dla moich marzeń
Księgarnio... cudowna stacjo paliw

(Leszek Długosz, Pochwała księgarni)




Mam, nareszcie mam. Nowe książki, upragnione.

piątek, 5 marca 2010

Woodward, Jacek Tomasz Roczniak




* Uwaga: będzie entuzjastycznie. Bardzo entuzjastycznie. 

"- Chodź. Opatrzę Ci serce (...)" [1]

Fantastyczna książka. Ponad 700 stron w twardej oprawie: rzecz pokaźnych, nieporęcznych rozmiarów, której objętość najpierw niepokoiła (uuu, czytania na rok!), a potem trapiła (już koniec??? nie zgadzam się!).

Nie bardzo wiem, od czego zacząć. Żadne słowa nie oddadzą tych emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. I długo, długo po niej. Myślałam o "Woodward" w pracy, w drodze do i z przedszkola, podczas przygotowywania obiadu: tęskniłam do momentu, gdy znów usiądę z książką na kolanach i znowu zacznę czytać. Fantastyczna sprawa.

O, już wiem od czego zacznę. Zacznę od tego, o czym pisać nie chcę, o czym nawet nie chce mi się (lub też: boję się) myśleć. Od faktów. A fakty są takie, że wydarzenia opisane w książce, jakkolwiek fantastyczne i nieprawdopodobne - miały miejsce w realnym świecie, o czym można przekonać się zerkając tu i tu. Prawda czy nie, wierzyć czy nie: nie w tym rzecz. Pewne jest, że postarał się Jacek Tomasz Roczniak: najpierw cierpliwie zbierał materiały, a potem napisał (z jakim rozmachem!) bardzo dobrą powieść. Mało tego. Pracuje właśnie nad kolejną! Ponieważ sprawa Banarego (patrz: odnośniki powyżej) wciąż jest na świeczniku w angielskich sądach, zatem i nasz, polskimi rękoma spisany "Woodward", będzie miał swoją kontynuację. Czy muszę dodawać, że na pewno przeczytam?

"Woodward" to powieść zadziwiająco wielowarstwowa i przebogata: zarówno pod względem sfery językowej, fabularnej, jak i znaczeniowej. Odczytywać ją można dowolnie i z pewnością każdy znajdzie weń coś ważnego dla siebie.

Dla mnie to przede wszystkim ważny głos w sprawie istoty rodzicielstwa; rzecz o niedobrych rodzicach i niedobrych dzieciach, o macierzyństwie, o tym, czy można i kiedy, i kto powinien odciąć wreszcie pępowinę (matka czy dziecko?), o kłopotach wychowawczych, o okresie dojrzewania, o błędach młodości, o opacznym rozumieniu powinności rodzicielskich, wreszcie o jakże częstej na pewnym etapie niemożności porozumienia na linii rodzic - dziecko:

" - Jak w szkole, synku - zapytała dziwnie zimnym głosem - jadłeś coś?
No i właśnie. Rodziców nie obchodzi nic poza bytem. Nieważne jest jak się czuję , czy mogę mówić, czy mogę chodzić, może miałem atak, może jestem na granicy rozpadu osobowości, może mam objawy autyzmu. Nie, nie. Nic takiego nie obchodzi matki, tylko ile napisałem sprawdzianów, ile spożyłem kanapek, czy popijałem wodę z kranu, a jeśli tak, to ile jej łyknąłem. Kiedy to nie wyczerpie tematu, przesłuchanie idzie drugim, równoległym torem: czy na pewno byłem skupiony na klasówce, czy na pewno byłem uśmiechnięty przy odpowiedzi z biologii. Czy "na pewno" napisałem osobno, a "także" przez "k" i "żet" z kropką. I tak do obrzydzenia.
- Tak mamo, byłem skupiony na dwie krople potu na czole i dwie miarki pod pachami.
- A idź ty świntuchu - odskoczyła ode mnie. - Będziesz się teraz uczył czy idziesz na trening?
- Tak, tak, mamo, już wychodząc ze szkoły odrabiałem matmę, a kiedy pod domem przypomniałem sobie, że nie doczytałem w zeszłym miesiącu rozdziału z historii, zatrzymałem się na środku skrzyżowania i tamując na dwadzieścia minut ruch, doczytałem. Streścić ci?
- Idź błaźnie. Żebyś ty był na lekcjach taki wygadany. - I wyszła." [2]

Krótko o fabule: nastoletni Max Woodward próbuje popełnić samobójstwo (kiepskie relacje z rodzicami, okres dojrzewania, wciąż nieukształtowana osobowość), ale w następstwie wcale nie umiera, a zapada w kilkuletnią śpiączkę. W swoim długoterminowym śnie trafia do Krainy Pomylonego Dzieciństwa, gdzie wraz z innymi niegdyś nieszczęśliwymi dziećmi, niedoszłymi samobójcami, próbuje wrócić do świata żywych. Ale wybudzenie się ze śpiączki nie jest takie proste - zwłaszcza, gdy na los śpiących dzieci wpływa ktoś z zewnątrz: dziwaczny starzec, Bober Banary. Brzmi intrygująco, prawda? Bo jest intrygujące, a czyta się wprost bajecznie, z zapartym tchem! A jeśli się pomyśli, że to wszystko fakty, że przygody śpiących dzieci rzeczywiście miały miejsce, to aż ciarki na plecach...

Językowo to książka bardzo różnorodna. Rozdziały dotyczące losów zdziwaczałego starca manipulującego dziećmi pogrążonymi w śpiączce napisane zostały irytująco pedantycznie, jak dla mnie chyba zbyt drobiazgowo (czyli: włożył czarne rękawiczki z wyszytym złotą nicią rozwścieczonym smokiem, najpierw jedną, potem drugą, potem zawiązał szal, potem wciągnął na siwą głowę stary beret, potem otworzył drzwi, miast: ubrał się i wyszedł... - przykład mojego autorstwa).
Część obyczajowa: czyli ziemskie, zwyczajne życie nastoletniego Maxa Woodwarda, podobała mi się najbardziej. Bardzo przekonujące, sprawne pióro Roczniaka i fantastycznie odmalowane chłopięce emocje i przygody, jak choćby tutaj (typowe u dzieciaków wypady na cudze działki i drzewa, w celu podkradania owoców):
"Był środek nocy. (...) Podniecenie nie pozwoliło nam ściszyć głosu. Porozumiewaliśmy się niby szeptem, ale takim teatralnym, że chyba w rynku było słychać. Siedzieliśmy całą czwórką na czereśni. Jedliśmy. Garściami. Gadaliśmy coraz głośniej, bo naprawdę ciężko się wysłowić z pełną gębą miąższu i pestek oraz soku czereśni wyciekającego z ust" [3].
Roczniak celuje w krótkich, prostych zdaniach, które nie tylko  fantastycznie brzmią, ale też idealnie trafiają do wyobraźni (jak wiele słów kryje w sobie ten fragment: "Jedliśmy. Garściami. " ! Znaczy: czereśnie przepyszne, soczyste, przesłodkie, dojrzałe, a my tacy głodni, a my skrajnie podnieceni, i w strachu, że ktoś przyłapie nas na kradzieży itd., itp.). W recenzjach, które miałam okazję przeczytać, pojawiały się zarzuty o zbytnią ckliwość i banały w opisach uczuć. Zgadzam się, ale dodam przy tym, że dla mnie nie jest to zarzut: dużo, dużo uroku mają te słodkie nastoletnie dyrdymały.

Zupełnie inna sprawa to Kraina Pomylonego Dzieciństwa, nad którą sprawują pieczę Drwale Losu, wyposażeni w Monie (ropuchopodobne konie) i niebywałe talenta, oraz gdzie pomieszkuje wiele innych, przedziwnych, fantastycznych postaci. To był dla mnie skok na głęboką wodę. Nie przypuszczałam, że powieść, która zapowiadała się na fajną obyczajówkę z intrygującym wątkiem paranormalno-kryminalnym, zawiera w sobie tyle pokładów fantasy. A ja nie miałam dotąd za wiele do czynienia z tym gatunkiem. Jeśli w ogóle. Na szczęście Autor zastosował znane mi z filmów typowe elementy, takie jak  gadające głowy wrośnięte w ścianę, przemiana człowieka w drzewo. Narracja Roczniaka zmienia się, gdy opisuje życie w Krainie: stosuje przerzutnie, celowo popełnia błędy składniowe, stylizując tym samym język na staroświecką gwarę. Przyznam, że gdy zrobił to po raz pierwszy - przeżyłam szok. Pierwszych 278 stron przeczytałam w dwa czy trzy popołudnia, a kilkunastostronicowy rozdział 11 męczyłam przez tydzień! Nie mogłam się przemóc, ale w końcu otworzyłam się na świat wykreowany przez Autora i dalsza lektura była już czystą przyjemnością, a (o ironio!) o Krainie i Drwalach chciałam czytać najbardziej. I jakże żałowałam, że to już koniec.

Choć książka ta (jestem pewna!) nie zachwyci każdego, to jednak serdecznie, serdecznie polecam, bo mimo wszystko: będzie się podobać. To fascynująca przygoda: czytanie "Woodward". Książka wielowarstwowa, wielotematyczna, różnorodna językowo, ale wciąga, przeraża i zmusza do przemyśleń.

Dlatego zachęcam: przeczytajcie i dołączam cytat, którego długo nie zapomnę, a który z upodobaniem powtarzał Siwiec, Drwal Mądrości: "Czyń, com pomyślał" [4].
Och, i jeszcze jeden, fantastyczny:
"- Dźwigaj to, gnido! To twoje zasrane sumienie" [5].

[1] Jacek Tomasz Roczniak, Woodward, wyd. Nowy Świat, Warszawa 2010, s. 521
[2] Tamże, s. 22
[3] Tamże, s. 39
[4] Tamże, s. 306
[5] Tamże, s. 659