wtorek, 29 grudnia 2009

Wyniki losowania, rocznica blogowania

Bez zbędnych wstępów: dziękuję. Za udział w konkursie również, ale przede wszystkim: za to, że jesteście, zaglądacie, komentujecie. Jesteście siłą napędową mojego bloxa. Dzięki. Cudownie mi się pisze: dla Was i z Wami. Życzę sobie dzisiaj kolejnej blogowej rocznicy - koniecznie w Waszym towarzystwie. I jeszcze: samych dobrych, pięknych książek i filmów, o których mogłabym Wam opowiadać.  

Tymczasem: wyniki losowania. Sierotką został mój synuś, współpracował wspaniale (patrz: dokumentacja fotograficzna). W losowaniu wzięło udział 20 blogowiczów, z których 12 miało chrapkę na "Firmina", a 8 - na "Tajemnicę rodu Hegartych". Oto, co działo się dzisiaj o godz. 17 (tuż po wyjściu księdza, który po kolędzie chodził):











Zdjęcia można powiększyć - wystarczy kliknąć.

"Tajemnica rodu Hegartych" wędruje do anulakote ,
"Firmina" wygrywa kultur-alnie . Gratuluję!!! I oczywiście poproszę o Wasze namiary na moją gazetową skrzynkę (aerien@gazeta.pl).

Wszystkim uczestnikom zabawy dziękuję.
Wszystkim stałym czytelnikom i przypadkowym gościom na moim bloxie - dziękuję po stokroć. Za obecność. Za wspólnie spędzony rok.

czwartek, 24 grudnia 2009

Prezenty!

Mrugaj mrugaj Gwiazdko ma
cudna jest uroda Twa!
*

Jestem, jestem! Mocno już spóźniona, ale za to w bardzo  świątecznym, powigilijnym nastroju, życzę Wam cudownych Świąt Bożego Narodzenia, miękkich lśniącobiałych płatków śniegu za oknem, kojących lektur w zasięgu ręki, bliskości najbliższych i zdrowia, zdrowia i spokoju przede wszystkim.


To co? To teraz już z górki. Życzenia poskładane, kolacja zjedzona, prezenty rozpakowane... Prezentów jednak nigdy dosyć. I ja, nieobecna ostatnio z powodu przedświątecznego remontu (ale warto było, cudną mam teraz podłogę), przygotowałam dla Was świąteczną niespodziankę. Okazje są dwie. Pierwsza to oczywiście Gwiazdka 2009. A druga to... pierwsza rocznica mojego skromnego bloxa, zbyt często ostatnio, co ze wstydem przyznaję, zaniedbywanego.
Proszę bardzo:



Te książki są dla Was. 

Jeśli macie ochotę na "Firmina" albo "Tajemnicę rodu Hegartych" , to ja bardzo chętnie sprezentuję :) Wystarczy komentarz ze zgłoszeniem chęci posiadania jednej z tych książek (wskazaniewybranego tytułu jest niezbędne!).
Zgłoszenia do 28 grudnia, do północy.

Losowanie odbędzie się 29 grudnia - w pierwszą rocznicę istnienia mojego wirtualnego zeszytu.

Tymczasem ja już szykuję się do świątecznego wyjazdu i znikam na dwa kolejne dni, ale zaraz po świętach mam nadzieję napisać zaległe recenzje, podsumować nareszcie peryferyjne wyzwanie, opowiedzieć o filmach, które obejrzałam (już teraz mogę zapewnić, że warto wybrać się do kina na "Mikołajka" - ja w każdym razie byłam, o wrażeniach wkrótce). A, i są już tagi na bloxie. Fajna sprawa. Ale i tym zajmę się dopiero po świętach.

Jeszcze raz zatem: Wesołych Świąt!!!

* to tekst piosenki z Ulicy Sezamkowej chyba, mój synek podśpiewywał dzisiaj cały wieczór ;)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

500 dni miłości, reż. Marc Webb (2009)




Nie, nie! Nie przewracajcie oczyma, nie umykajcie wzrokiem, nie uciekajcie wreszcie!!! Szczerze zapewniam, że ja też wprost nie znoszę ckliwych komedyjek z romansem w tle! Horrory, o czym już wiecie, jak najbardziej - ale komedii romantycznych nie lubię od, hmm, zawsze? Może kiedyś Wam wyznam, dlaczego. Tymczasem - nie ma potrzeby. Bo '500 dni miłości', wbrew cukierkowemu tytułowi i temu, co przedstawia równie przesłodki plakat, NIE jest typową komedią romantyczną. I mimo oczywistych, lukrowanych scen, jak chociażby te (nota bene, świetną ma dziewczyna sukienkę - patrz zdjęcie 1):





'500 dni miłości' obejrzałam zachęcona pozytywnymi recenzjami, których autorzy zgodnie orzekali: film ten to zupełnie nowa jakość, wreszcie coś świeżego i nieschematycznego, a w przypadku tak skostniałego gatunku jakim są komedie romantyczne, to rzeczywiście nie lada wyczyn. Postanowiłam się przekonać, bo brzmiało to wszystko szalenie zachęcająco. Przekonałam się i potwierdzam. Absolutna rewelacja! Film mnie zachwycił.

Historia banalna, historia jakich wiele: chłopak poznaje dziewczynę. Wkrótce zostają parą. Problem w tym, że on jest niesłychanie zakochany, a ona - wcale. On traktuje ich związek zupełnie poważnie, snuje wspólne plany, ona wierzy tylko w luźne związki, nie chce czy nie potrafi się angażować. Czy coś dobrego wyniknie z takiego układu? Czy możliwa jest w związku dwojga ludzi miłość jednostronna? Film daje odpowiedzi (w moim przekonaniu: poprawne, a w Waszym?) na te i inne pytania (uwierzcie mi, mnóstwo pytań z załączonym odpowiedziami, możecie się zgadzać lub nie, lub stawiać inne - film ten naprawdę zmusza do myślenia), warto więc obejrzeć.

Warto nie tylko dla samej historii - zapewniam raz jeszcze: niegłupiej. Warto dla ścieżki dźwiękowej (balsam dla uszu, rewelacja i moje pokłony), wkomponowanej idealnie w obraz, warto dla cudownych zdjęć i niesamowitej reżyserskiej pomysłowości (chociażby wprowadzenie narratora i licznych animacji oraz szereg zadziwiających zabiegów technicznych, o których uczyłam się kiedyś na historii kina i teatru, a których nazw nie pomnę po tych kilku latach), warto wreszcie dla wspaniałych kreacji aktorskich (wszyscy się spisali, drugoplanowi aktorzy także) i przede wszystkim warto dla boskiego Josepha Gordona-Levitta, choć większość widzów zachwyca się jego ekranową partnerką (hmm, co kto woli, heh):







'500 dni miłości' to rzecz zdecydowanie warta obejrzenia - niezależnie od preferowanych gatunków filmowych. Zachęcam zatem po stokroć!

sobota, 12 grudnia 2009

Paranormal Activity, reż. Oren Peli (2007)



Miało być straszno - i było. Ostatnich dziesięć minut filmu spowodowało u mnie stan bliski omdleniu. Wytrwałam jednak, ciekawość zwyciężyła, choć tę końcówkę, co muszę wyznać, oglądałam już przez palce, gotowa w każdej chwili całkowicie zasłonić oczy. Co tu dużo mówić: bałam się. Dlatego film ten oceniam jako bardzo bardzo dobry - bo trzeba Wam wiedzieć, że jestem / byłam miłośniczką horrorów od najmłodszych lat.

Pamiętacie Wasze poranki sprzed kilkunastu lat? Ja pamiętam jak dziś: 5-6 letnia dziewczynka, wskakuje do łóżka śpiących rodziców, włącza odtwarzacz video i ogląda (dzień w dzień!) "Bloba zabójcę" (klasyk klasy B, ale oglądało się świetnie), "Muchę", "Pogromców duchów", "Gremliny" (pamiętajcie, że z mojej ówczesnej kilkuletniej perspektywy to BYŁY horrory), "Koszmar z ulicy Wiązów" (mój osobisty nr 1 jeśli chodzi o gatunek, respekt do Freddy'ego czuję do dziś) i "Laleczkę Chucky". Tak, tak. A potem, przez wiele następnych lat, oglądałam kolejne tytuły. Także - dziesiątki horrorów za mną i wierzcie mi: nie łatwo mnie przestraszyć.

"Paranormal Activity" to film stylizowany na dokument - zdjęcia kręcone amatorską kamerą, przypadkowi aktorzy-amatorzy. Zupełnie jak "Blair Witch Project", który także obejrzałam w kinie, przed kilku laty, i który też mnie zachwycił.

O filmie za film.onet.pl: "Młoda para wprowadza się do nowego domu i próbuje rozpocząć spokojne życie. Wkrótce okazuje się, że w nowym mieszkaniu dzieje się coś nietypowego i przerażającego. Małżeństwo postanawia zainstalować w domu monitoring, aby zarejestrować wydarzenia. Film to zapis tego, co udało się nagrać kamerom".
(moja mała uwaga: to nie było małżeństwo, o ile dobrze pamiętam, ale szczegół to mało istotny)


Tak sobie zerkam na opinie internautów, i większość stwierdza, że "Paranormal Activity" to nie jest horror, a jedna wielka nuda. Otóż nie. Owszem, w zasadzie można uznać, że film jest najzupełniej statyczny i właściwie do samego końca nic się nie dzieje (żadnego rozlewu krwi i gęsto ścielących się trupów), ale, kurczeż, właśnie to jest najbardziej przerażające. Ten horror toczył się w moim umyśle właśnie przez to, że sam obraz niewiele wyjaśniał - dopowiadałam sobie sama. Oglądałam i myślałam: cholera, kto wie, co dzieje się w moim domu, gdy śpię. I te wszystkie odgłosy, jakieś poruszenia na ekranie - paraliżujące. I kluczowe nocne sceny, najpierw przyspieszony obraz (bo oni śpią, i nic poza tym się nie dzieje) i nagle o 1 czy 3 w nocy zegar zwalnia. A ja siedzę, patrzę i czekam. Przerażona.


Nie nowe, ale prawdziwe przecież przesłanie: strach rodzi się w naszych głowach. Wezwany specjalista od duchów stwierdza, że zła energia karmi się złymi emocjami. I na ekranie to widać. Wspaniałe kreacje aktorskie, polubiłam odtwórców ról Katie i Micah, są absolutnie wiarygodni w swoich rolach, świetnie zobrazowane jest ich zmęczenie, coraz większe wyczerpanie psycho-fizyczne nocną paranormalną aktywnością i ewolucja ich wzajemnych stosunków.





Tego oczekuję od horrorów: żeby działały na moją wyobraźnię, a nie podawały na tacy wizje krwawych rzezi. Żebym się bała. W przypadku tego filmu: bałam się, powtarzam raz jeszcze. Dlatego szczerze polecam tym, którzy lubią mocne, trzymające w napięciu kino.

Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka




"ja przepraszam państwa najmocniej
za zgrzytanie zębami" [1]

Ha! No to mam za swoje! Połasiłam się na egzemplarz recenzencki zaproponowany mi przez Wydawnictwo Magia Słów i teraz nie mam wyjścia: muszę napisać, choćby w kilku zdaniach, o powieści, której wolałabym nie pamiętać: tak była zła. Dawno (hmm...nigdy?) nie czytałam książki tak żenującej.

"Jeszcze nikt nie zaprojektował dżinsów na mój tyłek. Dupę, która wymknęła mi się spod kontroli i zaczęła żyć własnym życiem. Czasem z nią rozmawiam, w końcu podobno należy pogadać z kimś mądrym" [2]

Fabuły (i chyba tylko fabuły) czepiać się nie zamierzam, bo zgrabnie przeplatające się historie dwóch kobiet, Mariji i Hanki, niewątpliwie mają potencjał. Jedna z pań walczy o miłość z żonatym obcokrajowcem, druga, przeżywszy stratę dziecka, próbuje poukładać swoje życie na nowo. Historia zatem jak najbardziej zjadliwa.

Niestety: język powieści przysłonił mi wszelkie inne jej walory. "Siedem kolorów tęczy" służyć może za przykład na wykładach z cyklu "jak pisać nie należy".
Nie wiem, czy to z racji mojego wykształcenia, czy z wrodzonego poczucia literackiej estetyki, słowa są dla mnie najważniejsze: kocham się w książkach pięknie napisanych. Lub choćby: napisanych przyzwoicie. Mogą być nieciekawe fabularnie, ale i tak mnie zachwycą. A tutaj? Fatalnie, fatalnie. Patos, wzniosłe słowa o poszukiwaniu Własnej Drogi, mieszają się z wulgaryzmami i żenującymi opisami męskich narządów płciowych. Dialogi bohaterów: zupełnie niewiarygodne (pisała już o tym neta). Zbyt wiele nachalnych nawiązań do współczesności (przytaczane są teksty piosenek naszych rodzimych "gwiazd", np. artystki o pseudonimie Paulla, którymi to piosenkami katowana byłam przez stacje radiowe wcale nie tak dawno temu; bohaterowie posiłkują się także cytatami ze znanych telewizyjnych reklam). Zbyt wiele...wszystkiego (listy Sobieskiego do Marysieńki, fragmenty prozy Whartona, Coelho, poradników, półnagie zdjęcie Autorki, zdjęcie jej córki, opowiadania innych autorów wyróżnione w literackim konkursie). Za mało samej książki w tej książce. Istny groch z kapustą.

Ledwo przebrnęłam.
Gniot roku.
Tak, mam za swoje.

[1] Przebijśnieg, Kasia Nosowska (fragment)
[2] Monika Sawicka, Siedem kolorów tęczy, wyd. Magia Słów, 2009, s. 31

czwartek, 10 grudnia 2009

Stosik mikołajkowy

Ech, cóż u mnie? Bubuś znowu jest chory, znowu problemy w pracy, znowu zaległe recenzje i zaniedbany blox, zimno, mokro, za mało snu i czasu.
Mikołaj jednak nie zawiódł.
6 grudnia dostarczył mi wytęskniony aparat cyfrowy i... białą różę. Tak, tak...
Książki ze zdjęcia to moje własne, późnojesienne nabytki, którymi nareszcie mogę się pochwalić.
Czwarta od góry to "Uwikłanie" Zygmunta Miłoszewskiego (allegro). "Dom z papieru" znalazłam w koszu tanich książek w tesco i nabyłam za 6zł, zdaje się, podobnie jak "Dziwne losy Jane Eyre" (nareszcie mam!). Pozostałe kupione w lokalnej księgarni.




cieszą mnie
(Biała róża też. Jeszcze pachnie. )

Tymczasem mam ochotę na jakiś film. I na czekoladę. Przede mną wolny weekend. Podczytuję "Ex libris" A. Fadiman. Rozjaśniłam włosy. 

środa, 2 grudnia 2009

To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun




Lektura obowiązkowa.
Nie wyobrażam sobie, że nie przeczytacie.

Przerażająca, porażająca, przepiękna.

I chociaż trudno w to uwierzyć (i chociaż wierzyć się nie chce), ta historia wydarzyła się naprawdę. Tutaj:


Lata 70-te XX wieku. Maroko. Za udział w zamachu na króla skazano 23* żołnierzy i osadzono ich w tajnym podziemnym więzieniu (Tazmamart), w celach wielkości grobu. Po 18 latach na
wolność wyjdzie czterech. Tylko czterej przeżyją. Jeden z nich opowie swoją historię, a Ben Tahar Jelloun ubierze ją w najpiękniejsze z możliwych słów. Efekt naprawdę porażający. Bezmiar okrucieństw i zła kontra delikatne, kruche, poetyckie zdania.

Wyobraźcie to sobie.
23 mężczyzn zamkniętych w celach wielkości grobu, w specjalnie skonstruowanej fosie, pod ziemią. Bez kontaktu ze światem zewnętrznym (to było, co podkreślam, ściśle tajne więzienie - nikt niewtajemniczony nie wiedział, gdzie znajdują się więźniowie - sprawa wyszła na jaw po 18 latach i zbulwersowała opinię publiczną. Więźniów uwolniono.), bez kontaktu ze światłem, słońcem. Powietrze docierało do nich przez niewielkie lufciki, jak ten, przy wejściu do fosy. Generalnie spowijała ich wieczna, nieprzenikniona ciemność, a nozdrza oblepiał kwaśny, ostry zapach męskiego potu, rzygowin, odchodów, wreszcie: smród rozkładających się ciał:
"Noc nie była nocą, bo nie istniały już ani gwiazdy, ani księżyc, ani niebo. My sami byliśmy nocą. Z nocy stworzone były nasze ciała, oddechy, bicie serca, dłonie błądzące po ścianach (...). Nie żyliśmy w byle jakiej nocy. Nasza była wilgotna, bardzo wilgotna, usmolona, brudna, spotniała, śmierdząca moczem ludzi i szczurów" [1].

Z tego więzienia nikt nie miał prawa wyjść żywym, ale proces umierania miał być długi. Lekarze (!) opracowali specjalną dietę (makaron, stary chleb, kawa - dzień w dzień, raz w tygodniu makaron polany wielbłądzim tłuszczem), która nie pozwalała więźniom umrzeć z głodu, ale nie zaspokajała też wszystkich potrzeb organizmu - stąd wypadanie zębów, choroby skórne, przypadek śmierci z zatwardzenia.

"Grób był urządzony (...) tak, żeby ciało musiało znosić wszelkie możliwe do wyobrażenia cierpienie i żeby mogło je znosić jak najdłużej, pozostając przy życiu, gotowe na następną porcję" [2].

Plus okrutni, bezduszni strażnicy (zatrudnieni w Tazmamart dożywotnio - tj. do śmierci ostatniego z więźniów), którzy czasem, dla rozrywki, skopali tego czy owego żołnierza, lub wpuszczali do ich cel skorpiony...

Okrutne zezwierzęcenie człowieka, nieludzkie warunki bytowania i próba walki o własną godność (i życie) nasuwają oczywiste skojarzenie z literaturą obozową, łagrową. Jednak w książce Marokańczyka nie da się nie zauważyć orientalnych naleciałości. Niesamowita mieszanka, musicie przeczytać i sprawdzić sami.

Wracając... jak poradzić sobie w tak nieludzkich warunkach? Ciemność, smród, strach, głód, poczucie beznadziei... Niektórzy pogrążali się w szaleństwie. Wariowali, po prostu. I umierali w nieświadomości. Inni ginęli od toczących ich ciała chorób (lekarstw nie było, lekarzy takoż). Natomiast pozostali próbowali stworzyć sobie w Tazmamart namiastkę normalnego społeczeństwa, funkcjonowania:
"Każdy z nas miał jakąś rolę: Gharbi w pewnych okolicznościach głośno recytował Koran, Karim był strażnikiem czasu - nazywaliśmy go gadającym zegarem albo kalendarzem - Wakrin specjalistą od skorpionów, ja zaś zostałem bajarzem" [3].

Powieść napisana jest z perspektywy jednego z osadzonych - jego uratowała modlitwa, religia i literatura. Mnóstwo w tej książce przepięknych fragmentów o słowach, powieściach, czytaniu, jak chociażby ten:
"Żałowałem bardzo, że nie czytałem "Baśni tysiąca i jednej nocy". Kwestia przypadku. Mówimy sobie, że mamy jeszcze czas, odkładamy pewne książki na później i w końcu o nich zapominamy. Mój ojciec miał olbrzymią bibliotekę. Sporą jej część stanowiły rękopisy arabskie, które kolekcjonował, pozostałą - książki wydane po angielsku i francusku. Choć nie czytał wszystkich, lubił książki kupować i ustawiać na półkach. Oddawał je do oprawy i układał tematycznie. Matka protestowała, bo nie miał pieniędzy na podręczniki dla nas, lecz wciąż myszkował u bukinistów w poszukiwaniu jakiegoś starego rękopisu, za który płacił wysoką cenę. Jednak życie w otoczeniu książek nie pozostało bez wpływu na nasze wykształcenie. Wszyscy moi bracia i siostry kochają książki i czytanie" [4].

"To oślepiające, nieobecne światło", z pozoru przygnębiające i przerażające jest lekturą niezwykle pozytywną, ciepłą i dobrą. Musicie, musicie przeczytać, bo jest tam wszystko, co najważniejsze. I warto poznać matkę głównego bohatera, nietuzinkową postać, która doskonale radziła sobie bez męża-lekkoducha i wychowała gromadę mądrych, dzielnych dzieci. Interesująca jest również relacja ojciec-syn. Bo powieść to kilkuwątkowa. Barwna, orientalna (ujmujące opisy marokańskich potraw i sceny z pogrzebów), poetycka.

To "arcydzieło, które pokazuje - a udaje się to tylko nielicznym książkom - co powinno być celem literatury" [5].

Musi się znaleźć na Waszych półkach.

* gwoli ścisłości: więźniów było 57, przeżyło 28 - wspomina o tym bohater powieści, ale pisze głównie o swoim więzieniu, z 23 więźniami, zwykłymi żołnierzami - drugie było tuż obok (dla oficerów i wyższych rangą zbrodniarzy politycznych)

[1] Tahar Ben Jelloun, "To oślepiające, nieobecne światło", przeł. Małgorzata Szczurek, wyd. Karakter, Kraków 2008, s. 11
[2] Tamże, s. 12
[3] Tamże, s. 103
[4] Tamże, s. 104
[5] Tamże, tekst z okładki