środa, 28 października 2009

Sesja książkowa (stosiki!!!)

(to najpierw o nieszczęśliwej księżniczce - przyjemności później)
Dżizys! 
Jestem taka...zmęczona. Autentycznie zmęczona. Ostatnie tygodnie: jak z koszmarnego snu. Bo najpierw intensywne i długotrwałe zapalenie oskrzeli z wszelkimi możliwymi poantybiotykowymi powikłaniami, potem spięcia i napięcia w pracy, wreszcie: kłopoty rodzinne. Chcę już do ciepła, do słońca, do wiosny.
I jeszcze te zakupy natury odzieżowej (nie znoszę!), w ramach przygotowań do srogiej (wg prognoz) zimy. A księgarnie - szerokim łukiem muszę. Przynajmniej do kolejnej wypłaty.

(przyjemności)
Mimo tych nieszczęsnych przeciwności losu w październiku nabyłam "Uwikłanie" Miłoszewskiego (9zł) i "Kwas siarkowy" Nothomb (5zł), bo nie mogłam się oprzeć tak cudownym okazjom.
A że trafił mi się także uprzejmy rodzony brat - pożyczyłam odeń komórkowy aparat i obfotografowałam wszystko, co w zasięgu wzroku, i o czym dotąd pisywałam w ramach serii "Co mam" (moje półki są dwurzędowe - czyli książki z przodu, i te, które za nimi, niestety, schowane).
Oto, co mam, w zdjęciowo-stosikowym skrócie (kliknij, a powiększysz):













+ najnowsze biblioteczne łupy


No!

A teraz czytam sobie "To oślepiające, nieobecne światło". Niezwykła rzecz. 

środa, 14 października 2009

Zniknięcia Esme Lennox, Maggie O Farrell


To mój ogromny wyrzut sumienia: ta książka. Potraktowałam ją zupełnie po macoszemu. A przecież to wcale niezła powieść jest. Nie zasłużyła sobie Maggie O'Farrell najpierw na moją nieuważną lekturę, a potem na totalny brak jakiejkolwiek oń wzmianki. Wzmiankuję więc dzisiaj, bo trzeba wreszcie nadrobić recenzyjne zaległości. Zaraz koniec roku. I może jeszcze zdążę kogoś skusić, by po "Zniknięcia Esme Lennox" jednak sięgnął. Bo warto.
Zacznijmy od początku.
Bo na początku przeczytałam fantastyczną i wiele obiecującą recenzję Padmy , odnotowałam w pamięci nazwisko autorki, a po trzech dniach, ku swej niezmiernej radości, "Zniknięcia Esme Lennox" odnalazłam na bibliotecznej półce z nowościami. Nie musiałam się rozglądać - to była pierwsza książka, jaka wpadła mi wtedy w oko, i zaraz potem: w wygłodniałe czytelnicze ręce. A był to czas bardzo chaotyczny, bo przedurlopowy. Pomyślałam, że skoro książka niedługa (ledwie ponad 200 stron - niedługa, niekrótka lecz w sam raz!), zdążę przeczytać przed wyjazdem. Zaczęłam. I (płonę właśnie ze wstydu) pierwszych 100 stron zupełnie nie doceniłam. Męczyłam się, mając wciąż w głowie niedawno przeczytany "Dom Augusty" i "Przypomnij sobie" (bo "Zniknięcia Esme Lennox" to jest książka, która strasznie mi się kojarzy z tymi dwiema wspomnianymi - zarówno tematyką, jak i stylem wypowiedzi; urywane zdania, krótkie, oszczędne, dość chłodna proza), zarzucając Maggie O'Farrell wtórność. Nieudolną wtórność. Przeczytałam pierwszych 100 stron i wyjechałam na urlop, zabierając ze sobą Fabera. Po tygodniu, po powrocie, miałam oto dwie napoczęte książki (a nie zdarza mi się to czesto), z których ta pierwsza ("Zniknięcia...") domagała się natychmiastowego przeczytania, z racji wyrzutów sumienia, jakie ogarniały mnie, gdy tylko nań spojrzałam. I wtedy dopiero, wtedy: doceniłam. 
Pamiętam, że czytałam na działce, w sierpniowym słońcu, że bzyczały osy; pamiętam smak grillowanej wówczas kiełbaski, i że Bubuś podlewał z dziadkiem ogród, i jak wówczas piszczał głośno z uciechy. I że do samego końca nie byłam pewna, jak potoczą się losy Esme, jej siostry i wnuczki owej siostry, Iris. Musiałam wracać do domu akurat wtedy, gdy zostały mi 2 albo 3 strony do końca lektury. I zastanawiałam się całą drogą: co się jeszcze wydarzy. I pamiętam uczucie rozeźlenia, gdy w końcu doczytałam. Nie takiego finału się spodziewałam. Nie przewidziałam zakończenia, nie sprawdziła się żadna z moich teorii, zawiodły wszelkie przeczucia. To chyba najważniejsza cecha tej powieści: jest zaskakująca. "Zniknięcia Esme Lennox" to książka-pułapka. Zaskakiwany jesteś co stronę. 
W czym rzecz?
Iris, kobieta dorosła, ale wciąż niedojrzała, nieustatkowana, spotykająca się z żonatym facetem i doglądająca schorowanej babki w domu opieki dowiaduje się nagle, że ma oto drugą babcię - cioteczną (siostrę jej własnej babci). Cioteczna babka znajduje się w zakładzie psychiatrycznym, który wkrótce zostanie zlikwidowany. Dochodzi do spotkania Iris z Esme - cioteczną babką. Wychodzą na jaw mroczne sekrety i brzydkie rodzinne tajemnice.
"Zniknięcia Esme Lennox" to książka, w której narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy trzech kobiet: Esme, jej siostry Kitty, i najmłodszej z kobiet w rodzinie: Iris. Zabieg, który uwielbiam, a w tym przypadku jest nad wyraz cudowny: każda z postaci jest ogromną indywidualnością, i każda postrzega świat nieco inaczej. Widzimy więc świat oczami młodej, chwiejnej Iris, oczami chorującej na Alzheimera Kitty oraz (najciekawsze!) oczyma Esme, która w zakładzie zamkniętym spędziła aż 60 lat!!! Niesamowicie zgrabnie przedstawiła nam Maggie O'Farrell punkt widzenia każdej z tych kobiet. Każdej przypisała też indywidualny język i ton wypowiedzi. Choćby dla tego niespotykanego zbyt często zabiegu - warto sięgnąć po powieść Maggie O'Farrell.
Co jeszcze? Zakład psychiatryczny. Dlaczego zamknięto w nim nastolatkę, a wypuszczono starowinkę? Co było przyczyną, że nastoletnią Esme umieszczono w zakładzie? O, straszny był los indywidualistek w latach trzydziestych XX wieku. Warto poczytać.
Nie doceniłam uroku tej książki od razu, przyznaję. I żałuję. I w myślach wciąż powracam do słów Eliny Hirvonen: "Zamykam książkę i gładzę szorstką okładkę. Mam ochotę poprosić bohaterów powieści o wybaczenie" [1]. Niech moim zadośćuczynieniem stanie się ta oto recenzja - polecanka. Bo polecam "Zniknięcia Esme Lennox" z czystym sumieniem, jako powieść niezwykle interesującą - zarówno od strony technicznej (język, klimat, konstrukcja, sposób stopniowania napięcia, nieustanne zaskakiwanie czytelnika), jak też ze względu na ciężki, ale wart przemyślenia temat.
[1] Elina Hirvonen, Przypomnij sobie, tłum. Iwona Kosmowska, wyd. W.A.B., 2008, s. 15.

poniedziałek, 12 października 2009

Zatrute ciasteczko, Alan Bradley




"To nie była bajka braci Grimm, ale historia kryminalna Flawii de Luce!" [1]

Taaak. Flawia de Luce. Genialna jedenastolatka, cudowne dziecko, półsierotka zamieszkała z owdowiałym ojcem i dwiema starszymi siostrami w starej posiadłości Buckshaw w sennej angielskiej wiosce Bishop's Lacey. Flawia de Luce - bystra i dowcipna, nad wyraz inteligentna specjalistka od wszelakiej maści trucizn, z tablicą Mendelejewa w małym paluszku, spędzająca dni w ogromnym laboratorium chemicznym odziedziczonym po ekscentrycznym wujku. Słodkie dziecko. Mogłabym ją adoptować.
"Jesteś całkiem sama z Flawią de Luce" [2] - tak mówi do siebie sama Flawia, i takie uczucie towarzyszyło mnie samej przez całą lekturę. Bo to nie kto inny, a Flawia właśnie prowadzi urzekającą narrację w "Zatrutym ciasteczku" i to z jej perspektywy oglądamy przebieg wydarzeń i prowadzimy śledztwo ręka w rękę - z Flawią właśnie.

A śledztwo dotyczy znalezionego przez naszą czarującą bohaterkę trupa - trupa, którego Flawia odnajduje o poranku na grządce z ogórkami, tuż pod swoim oknem. Kim był denat? Co robił na terenie posiadłości de Luce'ów? Wreszcie: kto zabił?
Czy to są pytania, na które znajdzie odpowiedź jedenastoletnia dziewczynka? Nie? Ha! Zdziwicie się. Ku utrapieniu miejscowych władz, Flawia de Luce rozpoczyna śledztwo na własną rękę - to zajęcie o wiele ciekawsze niż zastawianie pułapek na nieznośne siostry. I z pewnością bardziej odpowiednie dla dziecka genialnego. Cała fabuła to jeden wielki wyścig - kto rozwiąże sprawę zagadkowego morderstwa pierwszy: policja, czy depcząca im po piętach jedenastolatka?

Nie spodziewajcie się jednak szaleńczych zwrotów akcji i zawiłej intrygi kryminalnej. "Zatrute ciasteczko" to powieść senna i niespieszna, napisana pięknym, stylowym językiem, w której nacisk położono, wzorem kryminałów Aghaty Christie, na siłę dedukcji i logicznego myślenia. Nie ma tu absurdalnych rozwiązań, sprawa morderstwa wymaga czasu, cierpliwości i wnikliwego zbadania. Razem z Flawią (która, co stwierdzam ze wstydem, o wiele szybciej kojarzy fakty niż ja) prowadzimy żmudne dochodzenie. Zdziwiło mnie, że aż tak żmudne, i pierwsza połowa książki trochę mnie znużyła, czytanie -nie ukrywajmy- szło mi początkowo bardzo opornie, za to później akcja przyspiesza i już nie mogłam się oderwać, dopóki nie doczytałam.

Sama intryga kryminalna (jak już wspomniałam - żaden szał), choć bez wątpienia stanowi trzon fabuły, zdaje się być jeno pretekstem do malowniczego sportretowania sennej angielskiej prowincji z lat 50-tych XX wieku. Kalejdoskop barwnych charakterów (każda z postaci ma własne unikatowe rysy), ździebko z historii Poczty Angielskiej, ciekawe zagadnienia natury chemicznej, plastyczność opisów i trochę psychologii. To wszystko kryje w sobie "Zatrute ciasteczko" - książka dla każdego, kto ceni sobie niespieszną narrację, piękny język i klimat sennej prowincji.

Mnie osobiście przyćmił wszystko inne wątek samej Flawii. Jej samotność. Owdowiały ojciec, pasjonat i kolekcjoner znaczków pocztowych, izoluje się od swoich trzech córek i odcina od powinności rodzicielskich kryjąc się w zaciszu własnego gabinetu. Siostry Flawii, Dafne i Ofelia, które nasza bohaterka scharakteryzowała tak: "Nie rozśmieszajcie mnie! Jedna jest tak pochłonięta książkami, a druga lustrem, że żadna z nich nie zabiłaby karalucha we własnej zupie. (...) Sprawa obu idiotek zamknięta" [3]. Umknął mi gdzieś fragment, w którym Flawia stwierdza, że najprawdopodobniej cały ród de Luce'ów nie jest zdolny do okazywania uczuć. A to jest przecież 11-letnia mała dziewczynka, która nie pamięta dawno zmarłej matki, która tęskni do ojcowskiej opieki i chciałaby przyjaźnić się z własnym rodzeństwem. W rodzinie jednak nie znajduje wsparcia ani ciepła, którego tak potrzebuje. Jest zdana sama na siebie i świetnie z tym sobie radzi - poświęca się własnemu hobby (chemia), zaprzyjaźnia z mieszkańcami Bishop's Lacey. Smutny to wątek, ale podejrzewam, że będzie się rozwijał przez kolejnych pięć zaplanowanych tomów serii. Następne ("Kukiełeczki" i "A Cygankę powiesili...") wg informacji wydawnictwa Vesper - już wkrótce. Cieszę się więc na kolejne spotkanie z Flawią de Luce.

Kończąc, przejdę wreszcie do rzeczy. To niewątpliwie przyjemna książka i jesienne wieczory z pewnością umili. Ale... po tylu entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się jakby...czegoś więcej? Jak już napisałam, początkowo książka nużyła mnie niemiłosiernie, niezdrowo kojarząc się z Caroline Graham , głównie za sprawą języka - eleganckiego i pięknego, owszem, ale stylizowanego na staroświecki (swoją drogą - brawa dla tłumacza). Senność angielskiej wioski udzieliła się i mnie. Lektura szła marnie. A potem zapadłam na zapalenie oskrzeli (wciąż jestem na chorobowym i na antybiotyku) i kończyłam "Zatrute ciasteczko" w łóżku. Okazało się świetną kuracją, zwłaszcza druga połowa książki, gdy akcja wreszcie przyspieszyła. W ogólnym rozrachunku: podobało się, ale też żaden szał. Następny tom przeczytam chętnie, choć głównie po to, by nadal móc śledzić rodzinne relacje Flawii. Jak nic się nie zmieni - wystąpię o tę adopcję! ;)

[1] Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2009, s. 328.
[2] Tamże, s. 321.
[3] Tamże, s. 256.

Serdecznie polecam wywiad z Autorem "Zatrutego ciasteczka", który znajdziecie w Dzienniku Literackim. Warto przeczytać!!!

niedziela, 11 października 2009

Domofon, Zygmunt Miłoszewski




"Lepiej uważaj. Anuszka już rozlała olej" [1].

UWAGA: pieję z zachwytu!*

Absolutnie rewelacyjny! Dobry, bo polski? Nie! Dobry i polski!
Nie sądziłam nigdy, że tego doczekam. W latach szczenięcych rozczytywałam się namiętnie w amerykańskich powieściach grozy i rzeczą niemożliwą wydawała mi się wówczas lektura horroru mocno osadzona w polskich realiach, z polskimi, pospolitymi nazwami i nazwiskami. Przecież musiałyby brzmieć groteskowo - myślałam. Bo co innego taki mroczny i daleki stan Maine z powieści Stephena Kinga... co innego taki Janek Kowalski, zamiast melodyjnie brzmiącego Ralpha Cartera. Tymczasem...tymczasem... myliłam się! Zygmunt Miłoszewski napisał rzecz bezwzględnie cudowną i niezaprzeczalnie, na wskroś polską. Czytało się toto rewelacyjnie!!! I wszystkim bardzo polecam! Warto, naprawdę warto się przekonać, że Polak potrafi. I że straszy nie tylko na amerykańskich pustkowiach i w tamtejszych nawiedzonych posiadłościach. Straszy też u nas. A zatem...

Miejsce akcji: Warszawa, Bródno, zwykły 10-piętrowy blok (ja takowe nazywam wieżowcami). Czas akcji: rzecz zdecydowanie współczesna, rok 2002. Bohaterowie: mieszkańcy rzeczonego bloku. Bloku pozornie zwykłego, szarego, z dwiema mocno podniszczonymi windami, zadymioną klatką schodową i popisanymi przez wandali ścianami. Blok jak blok, lecz wkrótce się okaże, że nawiedzony. Że to blok-pułapka, i że życie dotąd niczego nieświadomych mieszkańców zamieni się w koszmar...

W fabułę wnikać nie będę, żeby, prawda, nie wypaplać niechcący tego czy owego, w każdym razie: ja się bałam. Czytałam nocami, przy małej lampce i zwyczajnie się bałam. To jedna z takich książek, od których nie sposób się oderwać, których ciąg dalszy chcesz znać teraz, natychmiast, i kartki przewracasz łakomie, z pośpiechem, martwiąc się na zapas, że niedługo koniec. 381 stron radości i strachu. Poezja! I ileż ja sobie cytatów poznaczyłam pomarańczowymi karteluszkami! I jakaż to szkoda, że książka nie moja, lecz biblioteczna!

Ci, którzy za horrorami nie przepadają, niechże czytają bez obaw. Ta książka to zdecydowanie coś więcej niż tylko próba nastraszenia spragnionych mocnych wrażeń czytelników.

"Zabawne, (...), jak podniosły i szlachetny jest strach opisywany w powieściach. (...) Papierowi bohaterowie potrafią zaniemówić z przerażenia, przeszywa ich lodowaty chłód, małe włoski na karku stają dęba, a w ich żołądkach pojawia się kamień ciężki jak czarna dziura (ostatnie porównanie nie było nawet takie złe). We wszystkich tych opisach śmiertelnego przerażenia, kiedy staje się oko w oko z Odwiecznym Złem, brakuje podstawowego elementu. Tego, że człowiekowi potwornie chce się kupę" [2].

Cudownie czarny humor. I mnóstwo psychologii. Fenomenalny przekrój polskiego społeczeństwa i możliwość podglądania tego, co za sąsiedzkimi drzwiami. Galeria barwnych, wspaniałych i wiarygodnie nakreślonych postaci: nowożeńców, którzy uczą się żyć ze sobą pod jednym dachem i którzy odkrywają nagle, że "miłość - to nie pluszowy miś" [3], nastolatka, który nie potrafi porozumieć się z rodzicami, fałszywej dewotki, samotnej matki, pisarza - alkoholika, który podejmuje próbę odbicia się od dna, dociekliwych policjantów i wielu wielu innych. Warto ich wszystkich poznać. Warto ich spotkać na literackiej wersji ulicy (realnie, nota bene, istniejącej) Kondratowicza 41.

Poza tym: fantastyczna konstrukcja powieści, każdy rozdział zapoczątkowuje cytat "z życia wzięty" (spisany przez Autora a to z cmentarnej bramy, a to wypatrzony na przystanku tramwajowym), a kolejne wątki przeplatają się - zaglądamy do coraz to innych mieszkańców (a nad każdą z postaci, choćby drugoplanową, Autor pochyla się czule), po czym wracamy do już poznanych. Zupełnie jak w bloku. Wchodzenie po schodach i zjeżdżanie windą. No dla mnie bomba!

Coś na zachętę?
"Młoda damo, proszę posłuchać rady starszej kobiety. Niech pani przestanie mówić cały czas "my" o sobie i o mężu. Z tego zawsze są kłopoty. Niech pani nie schodzi do piwnicy i niech pani na siebie uważa"[4].

Proszę posłuchać rady aerien, skromnej autorki tej recenzji: czytajcie Miłoszewskiego!!! Ja już się czaję na jego "Uwikłanie", wydane ostatnio w serii Polityki Lato z kryminałem, bo czytałam, że równie dobre, choć w nieco innym klimacie, a już niebawem ma się ukazać kontynuacja "Uwikłania". Przeszczęśliwam.

I na zakończenie, bo skończyć niestety muszę, mój ulubiony fragment. Nie wiem, jak zabrzmi wyrwany z kontekstu, ale ja przy lekturze uśmiałam się jak bóbr. Gwoli leciuchnego wprowadzenia w temat (bez spojlerów, bez obaw - o tym dowiecie się też z noty na okładce): policja prowadzi przesłuchanie jednej z lokatorek, gdyż trwa śledztwo w sprawie mężczyzny, któremu winda obcięła głowę - od tego wydarzenia zaczyna się "Domofon"

"- I jeszcze jedno: czy pani w ogóle nie używa windy?
- Oczywiście, że używam, jak niosę ciężkie zakupy lub jestem zmęczona.
- Czy coś panią tam spotkało, jakieś dziwne wydarzenie, albo może spotkała pani kogoś...kogoś, kogo nie powinno tu być?
- Nie, przykro mi. Jedyne moje wrażenia związane z windami to te, że wciskam guzik i jadę" [5].

No, mnie się podobało!

* zwrot zapożyczony od germini ;)
[1] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 9.
[2] Tamże, s. 356.
[3] fragment tekstu Miłość grupy Happysad
[4] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 57.
[5] Tamże, s. 62.

piątek, 2 października 2009

Co mam, część czwarta


Mam dzisiaj urodziny. Mam gorączkujące dziecko. Mam brzuch pełen motyli (jak je wytruć??). Mam wolny weekend nareszcie.

We wrześniu obłowiłam się na allegro. Co mam?
1) Szkarłatny płatek i biały, M. Faber (bo genialny, twardookładkowy i kiedyś raz jeszcze przeczytam)
2) Zerwać pąki, zabić dzieci, K.Oe (jakiś czas temu czytałam oń na biblionetce i zapragnęłam przeczytać)
3) Groteska, N. Kirino ("Ostateczne wyjście" czytało się rewelacyjnie, liczę na powtórkę z tej mrocznej rozrywki)
4) Pchli Pałac, E. Safak (obiecałam sobie kiedyś, że nabędę, a że trafiła się super okazja - nabyłam)
5) W imię miłości, J. Picoult (książka, która wkrótce ukaże się pod tytułem "W karuzeli życia" - to rzecz wydana w 2000 r. przez wydawnictwo Libros - w każdym razie nie ta z chłopcem na okładce)
6) Śmierć ma 143 cm wzrostu, S. Fitzek (Mary kiedyś pisała, że rewelacja, i zapadła mi w pamięć jej opinia, poza tym coraz częściej słyszę o tym autorze)
7) Terapia, S. Fitzek (jak wyżej)
8) Twarzyczka, S. Hannah (pod wpływem recenzji Padmy, no i ostatnio mam ochotę na coś z klimatem i niedopowiedzeniami)
9) Echo winy, Ch. Link (do kompletu jej powieści brakuje mi już tylko "Przerwanego milczenia", ostatnio Mary zachwycała się tą książką, więc już się cieszę, że mam)
10) Wyjście z Egiptu, A. Aciman (nie z allegro, ale od wydawnictwa. Dziękuję pięknie!)

W październiku nie planuję książkowych zakupów - najwyższy czas się ubrać. No, chyba że trafi się okazja...