środa, 30 września 2009

Czarna dziewczyna, biała dziewczyna, Joyce Carol Oates



Modliła się do Boga,
modliła gorąco,
żeby z niej zrobił
białą, szczęśliwą dziewczynę*

Przebrnęłam. Ku swej uciesze: przebrnęłam. Bo cóż to za nudna, męcząca i ciężkostrawna rzecz! Kawał obłędnie ponurej prozy plus to nieznośne wrażenie, że ja już to przecież czytałam, w wersji co najmniej wdzięczniejszej, lżejszej i przyjemniejszej (patrztutaj). Pióro Oates zupełnie mnie nie przekonało - ten twardy, rzeczowy styl, surowy, konkretny język. I tematyka, o której już napomknęłam (przy okazji powyżej zalinkowanego zbioru opowiadań "Pijąc kawę gdzie indziej"), że bliższa Amerykanom, niż polskiej społeczności. Rasizm. O rasizmie przewrotnie.

Genna Meade - tytułowa biała dziewczyna - spisuje swoje wspomnienia z wczesnych lat studenckich. Jako osiemnastolatka zamieszkała w akademiku z czarnoskórą Minette Swift, bogobojną córką pastora, która zginęła po kilku miesiącach od rozpoczęcia nauki w wyższej szkole. Genna, która po wielu latach nadal nie może pogodzić się ze śmiercią szkolnej koleżanki, próbuje porządkować wspomnienia i oczyścić własne sumienie. Przy okazji rozlicza się z ojcem, matką, ze swoim dotychczasowym sposobem na życie.

Genna i Minette - nieskończenie antypatyczne bohaterki, które połączył nie tylko wspólny pokój w akademiku, ale i wzajemna fascynacja. Odmiennym kolorem skóry - zwłaszcza. Przyznaję, że Oates zgrabnie nam przedstawiła niesprawiedliwość stereotypów i wszelkie ich konsekwencje. Czarna dziewczyna perfidnie wykorzystuje fakt, że czarnoskóra mniejszość jest zwykle dyskryminowana. Sama zastawia na siebie pułapki (niszczy własne książki, gubi rękawiczki, wysyła sama sobie anonimy z pogróżkami), aby biali wykładowcy litowali się nad nią. Czerpie wszelkie możliwe korzyści (odroczone egzaminy, pojedynczy pokój) z faktu, że jest czarna, a czarnych nie należy dyskryminować. Z kolei biała dziewczyna tak bardzo przejmuje się losem czarnoskórej Minette, ponieważ została wychowana w rodzinie hołdującej poglądom, iż "żeby być człowiekiem, trzeba wyjść poza rasę". I nic, że czarna jest nieznośna, uciążliwa, opryskliwa, grymaśna - takiej osoby nie polubiłby nikt, nawet gdyby była biała, żółta, fioletowa. Dla białej Genny jednak antypatyczna Minette jest "nietykalna" - Genna znosi wszelkie upokorzenia, byle tylko jej czarna współlokatorka poczuła się komfortowo, byle by poczuła pełną akceptację, a sama Genna miała spokojne sumienie: oto potrafi być tolerancyjna.

Tym, co trzeba oddać Joyce Carol Oates, jest właśnie owo nietypowe podejście do kwestii zakorzenionych od wieków stereotypów - odwrócenie kota ogonem. Tym, co nie spodobało się mnie, była cała reszta. Podczas lektury czułam się jak na wykładzie z historii Ameryki. Czułam, że jest to wykład zbyt nachalny. Zbyt wiele smęcenia, wałkowania wciąż jednego tematu. Duszna atmosfera, drętwy język powieści, niesympatyczni bohaterowie. Zdecydowanie jestem na nie. Męczyła mnie ta książka. I piszę o tym z przykrością, bo nie znoszę pisać źle o swoich lekturach. Nie chcę nikogo zniechęcać, bo przecież znajdą się i tacy, których "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" najzwyczajniej zachwyci. Dlatego serdecznie polecam zachęcającą i entuzjastyczną recenzję Ani. Ale ja: jestem na nie. I nieprędko sięgnę po kolejną książkę Oates. Zniechęciłam się.

*fragment wiersza W.Szymborskiej "Ella w niebie" z tomiku "Tutaj" 

Kolorowe czytanie - podsumowanie wyzwania


30 września - terminu dotrzymałam. Cieszę się. Bardzo, bardzo. Pamiętam, z jaką ochotą podjęłam się wyzwania (pierwszego czytelniczego wyzwania w jakim wzięłam udział), i jak później, w lipcu, podczas dłuuugiej lektury książki Fabera, rozważałam ewentualność wcześniejszego wycofania się - z obawy, że nie zdążę, że nie mam szans dotrzymać terminu, że nie zrealizuję planu. A plan był taki:
1) CZERWONY: Michael Faber "Szkarłatny płatek i biały"
2) ZIELONY: Susan Fletcher "Eve Green"
3) SREBRNY: Jojo Moyes "Srebrna zatoka"
Przeczytałam wszystko. I właśnie w takiej kolejności, choć to akurat mało istotne. Dodatkową lekturą była książka Joyce Carol Oates, czyli
4) CZARNY: Joyce Carol Oates "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna"
Jestem zadowolona. Wiem, że żaden to wyczyn: ledwie cztery wyzwaniowe książki, ale i tak - puchnę z dumy. Udało się! Zaplanowane lektury okazały się powieściami wymarzonymi, ta ostatnia, bonusowa - mało trafionym wyborem. Ale udziału w wyzwaniu nie żałuję. Bardzo się cieszę, że mogłam zamieszczać swoje skromne recenzje w gronie bliskich mi moli książkowych. Fajnie jest móc porównywać swoje wrażenia z lektury. Dziękuję Padmie za organizację. Wyzwanie niniejszym uważam za zamknięte, choć już teraz wiem, że z miłą chęcią sięgnę po inne "kolorowe" tytuły, które wynotowałam sobie po Waszych recenzjach.
Było super! :) Dzięki.

wtorek, 8 września 2009

Srebrna Zatoka, Jojo Moyes



Jaka fajna! Jejku jejć! "Srebrna Zatoka" podobała mi się bardzo, całą minioną niedzielę spędziłam z nosem w książce, nieomal czując zapach i bliskość morza, a wynurzyłam się zeń dopiero, gdy doczytałam epilog. I mówcie sobie, co tam chcecie. I krytykujcie. I zarzucajcie Jojo Moyes banał, przewidywalność i ckliwość. "Srebrna Zatoka" to opowieść prawdziwie porywająca. A że czytadło? Owszem, za to pełne uroku. Ja w każdym razie nie byłam w stanie oderwać się od lektury choćby na chwilę. Chociaż przyznaję - nie tak od razu mnie zachwyciła.

Zacznijmy jednak od początku.
Bo na początku pojawiły się niezwykle zgodne i zachęcające recenzje PadmyNety i Annie . A zaraz potem: ruszyło Kolorowe Wyzwanie. Książkę nabyłam, zadeklarowałam, że będzie jedną z trzech wybranych przeze mnie kolorowych lektur wyzwaniowych. Lecz kiedy stała na półce, czekając, aż poń sięgnę - ni stąd, ni zowąd, na blogach i bloxach książkowych rozpanoszyły się mało pochlebne recenzje "Srebrnej Zatoki", ostrzegające przed zupełną stratą czasu. Więc u mnie: konsternacja. Przedwczesny (jak się okazało) żal za niefortunnie wydanymi pieniążkami. W efekcie do lektury zasiadłam nastawiona dość, można powiedzieć, sceptycznie.

Czytam, czytam. I- wyobraźcie sobie! - z każdą stroną słabnę. Po zachwycającej prozie (prawie poetyckiej!) Susan Fletcher, język Jojo Moyes wydał mi się zupełnie ubogi, wręcz kaleki. Męczący, toporny styl, rozczarowujące, banalne zdania, ba, nawet fabuła nijaka (walenie? nigdy mnie nie pasjonowały!). W duchu zgadzałam się już z falą krytycznych recenzji, zalewającej blogi. Jednak kiedy dotarłam (z bólem!) do 70 strony (dokładnie pamiętam!) - akcja zdecydowanie przyspieszyła. A ja nie spoczęłam, póki nie skończyłam!!! Ponad 400 stron! Migiem!

Historia, jak to w czytadłach bywa, banalna. I zmierza, jak to w czytadłach, do nieuchronnego happy end-u. A jednak nic w tej powieści nie było dla mnie oczywiste. Jojo Moyes nieustannie mnie zaskakiwała, i co chwilę (a rzadko mi się to zdarza - nie pomnę, kiedy ostatnio) niecierpliwie zaglądałam na następną stronę, nie doczytawszy poprzedniej, by zaraz, już na spokojnie, wrócić i doczytać, pewniejsza o wiedzę z kolejnych stron. W miarę postępu akcji i mojego wzmożonego zainteresowania lekturą (co dalej? co będzie dalej??!!), nawet Autorka upłynniła swój toporny styl pisania, który nagle przestał mi przeszkadzać. A może to ja tylko, pochłonięta błyskawicznym rozwojem wypadków w "Srebrnej Zatoce", przymknęłam oko na językowe niedoskonałości Moyes.

Rzecz cała ma miejsce w pięknym, cichym, dalekim zakątku Australii, gdzie po szerokich wodach kursują wielorybnicy, obwożący w swych łodziach turystów spragnionych kontaktu z morskimi ssakami. I gdzie mieszkają, prowadząc wspólnie podupadły hotel: 76-letnia Kathleen, legendarna poławiaczka rekinów, jej siostrzenica, 32-letnia, piękna i tajemnicza Liza oraz córka Lizy, 11-letnia Hanna. Ich spokojne, monotonne życie zakłóca przyjazd nowego hotelowego gościa. Mike, bo o nim mowa, to wciąż młody kawaler, chociaż już (czyjś) narzeczony. W dodatku - rekin biznesu, pewny siebie i zdeterminowany, by w okolicach Srebrnej Zatoki wznieść zupełnie nowy hotel - nowoczesny i luksusowy. Jak się okazuje, jego projekt to ogromne zagrożenie zarówno dla morskich stworzeń, skromnego hotelu Kathleen oraz dla Lizy, skrywającej mroczną tajemnicę. A Liza niewątpliwie przyciąga uwagę Mike'a, delfiny i wieloryby takoż. I co z tego wyniknie? Czy dojdzie do budowy nowego hotelu? Czy Mike zwiąże się z Lizą? Co ukrywa Liza? Heh, banalne pytania, ale odpowiedzi nie są już tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.

Co trzeba oddać Jojo Moyes? Umiejętność budowania napięcia, prowadzenia narracji tak, że odrywa uwagę czytelnika od swej, bądź co bądź, dość kulejącej pisaniny i skupia się na gwałtownych i - jak dla mnie - dość brutalnych i niespodziewanych zwrotach akcji. Owszem, "Srebrna Zatoka" nie jest epokowym arcydziełem, zawiera wiele uproszczeń i sporą dawkę nieprawdopodobieństw, przez co faktycznie przypomina raczej bajkę niż wartościową prozę, ale - czyśmy za starzy na takie bajki? Nie! I dlatego gorąco namawiam do lektury, na jesień będzie w sam raz - takie ostatnie podrygi lata, do których wielu z Was zatęskni czytając tę sympatyczną opowieść. A czyta się naprawdę przyjemnie - zwłaszcza ze świadomością, że nie jest to proza wybitna, a zwyczajny, lecz mocno pochłaniający, umilacz czasu (nota bene, osobiście uważam, że mimo wszystko można odnaleźć w tej książce rzeczy ciekawe i wartościowe, a także przejmujące, jak rozpacz matki po utracie dziecka, lub proekologiczne nastawienie Autorki - lubię też, kiedy pisarz wykazuje się w swojej prozie jakąś wiedzą, a o delfinach, rekinach i wielorybach oraz ich zwyczajach pisze Moyes dużo -widać, że zasięgnęła języka, że poszperała w bibliotece, w sieci - nie jest to wiedza przebogata, ale przynajmniej widać, że Autorka oprócz dość ckliwej historyjki starała się przemycić do swojej powieści rzeczy cenne i przydatne. I chwała jej za to. I pewnie dlatego tak mi się podobało.) Podsumowując: ja jestem na tak!

czwartek, 3 września 2009

Eve Green, Susan Fletcher

"znów płakałam
wczoraj znów płakałam
że nie umiem na skrzypcach grać
i że wszyscy umrzemy, wszyscy
i że któregoś dnia
mój syn zostanie całkiem sam"
 [1]
Jak miękki, ciepły koc.
To opowieść o miłości i utracie. O miłości najbardziej, najszerzej, najdelikatniej. I o godzeniu się z tym, że przemija. Ba - że może zniknąć nagle, niespodziewanie, boleśnie.
To jest książka o przyrodzie. O źdźble trawy wplątanym we włosy, o rześkim powietrzu po deszczu, o wschodach słońca. O kryjówkach w starej szopie. O poczciwych, brązowych oczach krów. O strzyżeniu owiec i podglądaniu nagich ślepych kociąt. O wszystkich kolorach tęczy.
To kryminał wreszcie. Tajemnicze zniknięcie dziewczynki. Dochodzenie. Mroczne sekrety. Spory zwaśnionych stron. Rozkwaszony nos, brzęk tłuczonego szkła. Zagadki i niedopowiedzenia.
To jest historia Evangeline Green, 29-latki, oczekującej narodzin swojego pierwszego dziecka. Impulsem do uporządkowania i spisywania wspomnień jest przede wszystkim ciąża ( "ostatnio zaczęłam przeciągać podniszczony brązowy fotel z sypialni na drugą stronę domu, pod okno nad gankiem. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie czuję się teraz wygodnie - stopy na parapecie, poduszka pod krzyżem, kubek czarnej herbaty, pióro i notes. Czasami przyłącza się do mnie kotka. Kiedy piszę te słowa, ugniata mi uda łapkami" [2]) oraz wiek bohaterki - 29 lat miała bowiem matka Eve, gdy umarła, osieracając 7-letnią wówczas córkę. Eve po śmierci ukochanej mamy trafia na walijską farmę dziadków, gdzie uczy się radzić sobie z bólem i poczuciem osamotnienia, zawiera przyjaźnie, doznaje pierwszych upokorzeń, zakochuje się, a wreszcie odkrywa rodzinną tajemnicę. 
Powieść jest zupełnie achronologiczna. Najpierw dowiadujemy się o skutkach, potem, wraz z niespiesznie snującą wspomnienia Eve, dociekamy przyczyn. Napięcie i ciekawość czytelnika wzmaga się z każdą stroną. Opowieść Eve jest jak dym, jak mgła. Liryczna, pełna cudownie brzmiących metafor i bajecznych porównań. Dawno nie czytałam tak delikatnej, przepięknej historii. Język Susan Fletcher zwyczajnie mnie uwiódł, wbił w tak zwany fotel (bo zwykłam czytać na kanapie) - jeśli taki jest styl tej Autorki (a po dobrych recenzjach 'Ostrygojadów' mniemam, że tak) - to chcę przeczytać wszystko, absolutnie wszystko, co wyszło spod jej pióra.
"Eve Green" to powieść dla każdego - wszyscy znajdą weń coś dla siebie, choć to tak niewielka objętościowo historia, rozpisana na zaledwie 260 stron. Dla jednych będzie przyjemnym czytadełkiem na dwa popołudnia (zarysem przypomina "Anię z Zielonego Wzgórza"), inni z lubością odkrywać będą rodzinne sekrety z pudełka po butach, odgadywać, co zaszło, mierząc się z wątkiem kryminalnym. 
Dla mnie samej jednak to powieść o pierwotnej więzi, instynktownym uczuciu łączącym matkę i dziecko. O sile macierzyńskiej miłości. Powieść ta była dla mnie śnieżną kulą, w ten chłodny przeddzień 1 września, gdy pierwszy raz, pełna niepokoju, odprowadzałam dziecko do przedszkola. Trafiła prosto w serce. I absurdalnie - rozgrzała.
Najpiękniejszy fragment na świecie - o nieskończonej miłości rodzicielskiej. o strachu, który ta miłość rodzi:
"Stworzenie z zębami i pazurami, mawiała moja babcia. Wierzę jej. Będę matką, która nie spuszcza z oczu zegara, gdy dziecko ma wrócić do domu. Będę wpatrywała się w powierzchnię wody, dopóki nie wypłynie. Będę zabijała wszystkie osy w okolicy, nauczę go zasad poruszania się po drodze, przeczytam wszystko o zapaleniu opon mózgowych, odrze, wszawicy i mononukleozie. Będę się zastanawiać, czy nie dręczą go koledzy. Będę go całować z całej siły w najmniej spodziewanych momentach. Będę pilnowała zapinania pasów, nie pozwalała na kłamstwa. Przez cały czas będę przy tym doskonalić udawanie swobody i beztroski, aby nie zauważył, że nie mam zaufania do świata. wróć o piątej, będę rzucała pogodnie przez ramię, myśląc o piątej, o piątej, albo przed" [3].
Wszystko to prawda, najprawdziwsza.
A książka doskonała. Doskonale napisana. To jest taka powieść, jakie lubię najbardziej - zawiera wszystko to, co urzeka mnie w literaturze. Bardzo dla mnie ważna. Poważna kandydatka do mojej Książki Roku. Polecam. Bardzo bardzo.
[1] tekst jednej z cudownych piosenek Kasi Nosowskiej
[2] Susan Fletcher, "Eve Green", przeł. Magdalena Sommer, wyd. MUZA SA, Warszawa 2006, s. 23.
[3] Tamże, s. 257.