poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Szkarłatny płatek i biały, Michel Faber

"Spomiędzy kartek sypią się z szelestem leciutkie płatki zasuszonych kwiatów, szkarłatne i białe" [1].
Uch, uch. Nieznośnie piękna rzecz. Michel Faber to geniusz. Chylę czoła przed jego sprawnym piórem, literackim rozmachem, bogactwem detali, absolutnie zachwycającym poczuciem humoru. I będę sławić jego talent po wsze czasy, jakkolwiek pompatycznie to brzmi.
"Szkarłatny płatek i biały", liczący ponad 830 gęsto zapisanych stron, zajął mnie na blisko miesiąc. Wokół wznosiłam stosy z nowozakupionych książek, zerkałam, niekiedy z utęsknieniem, na przepełniony regał, obchodziłam dookoła bibliotekę, a powieść Fabera zdawała się nie mieć końca (podobne odczucia podczas lektury towarzyszyły vmr, której recenzję "Szkarłatnego płatka' bardzo bardzo polecam). Ostatnia strona jednak, ostatnia kropka, napełniła mnie takim żalem, że bezzwłocznie sięgnęłam po Faberowskie "Jabłko"- zbiór opowiadań, w którym znów mogłam spotkać ulubionych (?) bohaterów. 
Po prawdzie jednak: nie polubiłam żadnej postaci wykreowanej przez Fabera. Wszystkie są...takie ludzkie. Antypatyczne, pełne wad. A jednak (albo dlatego) przeżywałam ich losy jak już dawno żadnych nie. Pisząc kolokwialnie: wpadłam w tę opasłą powieść jak śliwka w kompot. I nie żałuję ani jednej minuty nań poświęconą. Nie tylko ja. Wszak "Szkarłatny płatek i biały", przetłumaczony na wiele języków, dość szybko stał się "bestsellerem na całym świecie, również w Polsce przez wiele tygodni utrzymywał się na listach najchętniej kupowanych tytułów" [2].
Na czym polega fenomen tej książki? Jeśli miałabym odpowiedzieć jednym zdaniem, to napisałabym, że polega on na wiernie oddanym klimacie XIX-wiecznego Londynu. To znaczy - zdaje się, że wiernie: ostatecznie nikt z nas nie może pamiętać tych czasów. W każdym razie, wszechwiedzący i zadziwiająco władczy narrator płci żeńskiej prowadzi nas po "(...) zatłoczonych korytarzach teatrów, słonecznych ogrodach i pawilonach oświetlonych lampionami" [3]. Wkraczamy na salony, stołujemy się na proszonych, wykwintnych obiadach u możnych ludzi, podziwiamy ówczesne kreacje dam i poznajemy ówczesne obyczaje (dłonie w rękawiczkach, koniecznie!, a ciastka nie wypada jeść na ulicy). Poznajemy też Londyn "od kuchni", gdzie "kamienie bruku pokrywa kraciasty deseń jakby kosmatej mazi; jest to końskie łajno o wysokiej zawartości niestrawionego ostu albo zwłoki rozjechanego psa" [4], i gdzie spotkamy ulicznych handlarzy, głodujące dzieci i setki prostytytutek, bo wiktoriański Londyn to "symbol obłudy, seksu, przemocy i pieniądza, miasto o podwójnej moralności, w 1874 roku miejsce pracy osiemdziesięciu tysięcy prostytytutek" [5]
Jedną z tych prostytutek, a zarazem główną bohaterką powieści jest osiemnastoletnia Sugar. Dziewczyna oczytana, inteligentna, zmuszona do pracy w domu publicznym przez własną matkę. Sugar co wieczór, uporawszy się z wymagającymi klientami, marzy o cudownej odmianie swojego losu. Zabawia się pisaniem powieści, w której dokonuje słownej zemsty na męskim gatunku. Pewnego razu trafia się Sugar klient równie nieszczęśliwy jak ona - William Rackham, niedoszły powieściopisarz, mąż obłąkanej Agnes, ojciec brzydkiej i nijakiej sześciolatki, zakompleksiony i zmęczony życiem właściciel sieci perfumeryjnej. Sugar wyczuwa, że ten człowiek to dla niej szansa na wyrwanie się z piekła, jakie zgotowała jej rodzona matka. Zostaje guwernantką córki Williama. To główny wątek w historii opowiadanej kwieciście przez Fabera. Ale są tam również dziesiątki innych. Faber czule przygląda się każdej postaci, dowiadujemy się wielu szczegółów, często zupełnie zbędnych, bo po kilku stronach nasz władczy narrator płci żeńskiej oświadcza: zapomnijcie o tych dygresjach, o tym wątku, o tej postaci, bo jest wam zbędna, bo więcej oń nie napiszę.
Język powieści... Po prostu szał. Na początku czułam się zaszokowana i zażenowana - tyle wulgaryzmów, sprośności, dosadności, naturalistycznych opisów. Potem - przyzwyczaiłam się i nawet mnie to bawiło. Ów soczysty język (szacunek dla tłumacza) dla tej akurat powieści uważam za całkowicie trafiony i uzasadniony, choć wiem i rozumiem, że znajdą się i tacy, którzy nie zmogą przekleństw, ironii, seksu tak obficie wypełniających jeden tekst.
Emocje... Ci, którzy czytali moje wcześniejsze recenzje, dobrze wiedzą, że mam dużą skłonność do książkowych wzruszeń. Przy "Szkarłatnym płatku" śmiałam się w głos, uśmiechałam pod nosem, ryczałam jak bóbr, dziwiłam się, obruszałam i doznałam czegoś niesłychanego i bardzo bardzo intensywnego: napadu najprawdziwszej wściekłości. Jeszcze nigdy żadna książka nie wyprowadziła mnie z równowagi - tylko ta.  Trudno mi to wyjaśnić, ale zaczęło się od tego, że ilekroć oswajałam się z jakąś sytuacją przedstawioną w książce, z bohaterem, kiedy myślałam, że znam jakiś ciąg dalszy - autor/narrator zaczynał podążać innym tropem, odbierał radość z obcowania z nowopolubioną postacią i zwyczajnie grał mi na nerwach. Natomiast największym zaskoczeniem okazało się zakończenie powieści. Nie mogłam się zeń otrząsnąć i chciałam krzyczeć jak jeden z czytelników Fabera: "Jak pań śmie? Cóż to za zakończenie!" [6]. Uspokoiło mnie "Jabłko" i czas. Upływ czasu. Teraz rozumiem, że Faber postąpił genialnie kończąc swą powieść w tak oryginalny, nieprzewidywalny sposób.
Konkludując: "Szkarłatny płatek i biały" urzekł mnie i zachwycił, a Michela Fabera w mig zaliczyłam w prywatny poczet najcudowniejszych pisarzy. Mimo to... nie polecam tej książki jako bezwzględnie koniecznej do przeczytania. Choć jest niezwykła, pochłaniająca, wszechogarniająca wreszcie - to tylko ambitniejsze czytadło, nic epokowego, nic, co mogłoby wstrząsnąć światem.
A wreszcie: "Szkarłatny płatek i biały to niewątpliwie najbardziej irytujące i wkurzające arcydzieło, przez które w życiu przebrnąłem..."[7]. Mimo to - a może właśnie dlatego, dziękuję Autorowi, że mogłam przeżyć tak intensywną podróż w czasie i najwspanialszą z możliwych przygodę literacką.
Cudna, cudna rzecz.
[1] Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 771
[2] Michel Faber, "Jabłko", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007, tekst z okładki
[3] Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 806
[4] Tamże, s. 746
[5] Tamże, tekst z okładki
[6] Michel Faber, "Jabłko", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007, s. 9.
[7] Tamże, s. 10.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Co mam, część trzecia (wpis cokolwiek snobistyczny, ale nareszcie wpis!)

Urlop? A tak, dziękuję - był cudowny! A kolejny - znów dziewięciodniowy - właśnie się rozpoczął! Tym razem nie wyjeżdżam, tym razem zajmę się myciem okien, praniem, parzeniem kawy, intensywnym, mam nadzieję, czytaniem, buszowaniem w sieci. Motylami w brzuchu. Dzieckiem, które 1 września odprowadzę po raz pierwszy do przedszkola (!!!).
Tymczasem czytam sobie "Eve Green", najzupełniej niespiesznie. Mam ochotę złożyć na tej książce głowę - tak jest ciepła, delikatna, miękka. Jak poduszka. A myślałam, że po "Szkarłatnym płatku i białym" nic mnie już nie zachwyci, że żadnym bohaterem literackim nie przejmę się tak, jak losem Sugar. Aerien. Księżniczka na ziarnku grochu. Z opowieści w opowieść, jak z puchowej kołdry na przytulny koc. Czytanie sprawia mi ostatnio dziką przyjemność. Nie spieszę się. Każda kolejna strona to kostka najsłodszej czekolady. Czekam, aż się rozpuści na języku, aż ją przetrawię, nim sięgnę po kolejną. Ale tak właśnie ma być, prawda? Nie ilość, ale jakość. Jakość a nie bylejakość. Ot co.
Sierpniowe zbiory. Nie wiem jakim cudem nazbierałam tyle książek. Przez miesiąc!! Nie mieszczą się na półkach. A sierpień przecież trwa! Wyliczanka? No to lecimy!
Z księgarń:
1) Srebrna Zatoka, Jojo Moyes (zaplanowana lektura wyzwaniowa, a także wpływ licznych pozytywnych recenzji, w tym Padmy i Nety )
2) Eve Green, Susan Fletcher (w czytaniu. w zachwycaniu. I znów: kolorowe wyzwanie, i znów: Padma )
3) To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun ( bo bardzo chciałam. I do wyzwania peryferyjnego)
4) Zdążyć przed zmrokiem, Tana French ( zasugerowałam się opinią dededan  )
5) Nell, Anna Rybkowska ( bo zaintrygowały mnie pierwsze zdania, opis na okładce, a przeważyła recenzja kalio)
6) Zatrute ciasteczko, Alan Bradley (bo zaciekawiło. a po recenzjiAnnie nie mogłam nie kupić, prawda?)
Od wydawnictwa Nowy Świat:
7) Radio Yokohama, Marcin Bruczkowski, Monika Borek (dziękuję! a recenzja germini dodatkowo rozbudziła mój apetyt na tę książkę)
Z Allegro:
8) Biała wiedźma, Adam Zalewski (cudowna recenzja dededan. Nie wahałam się długo)
9) Czas burz, Charlotte Link (pierwsza wydana w Polsce - w 1991 roku - powieść tej autorki. Zekranizowana, ale o samej książce wiele nie słychać)
10) Dom sióstr, Charlotte Link (bo dużo dobrego czytałam o tej pani, o tej powieści)
11) Teraz, Agnieszka Drotkiewicz (po świetnej recenzjiProwincjonalnej Nauczycielki )
12) Ta, którą nigdy nie byłam, Majgull Axelsson (nie planowałam zakupu tej książki, ale jak zobaczyłam cenę: 9zł !!! to grzechem by było przepuścić taką okazję, zwłaszcza po tym, jak zachwycił mnie "Dom Augusty", a "Kwietniowa czarownica", niegdysiejsza nagroda biblionetkowa, czeka na półce)
To chyba wszystko. Bo nie wspominam o książkach z serii Klasyka Romansu, którą kolekcjonowałam. Ale się skończyło, na "Pani Bovary". Bardzo szkoda.
Przede mną perspektywa wielu (dziewięciu, przypomnijmy- a dla mnie to bardzo dużo) wolnych dni, więc mam nadzieję nadrobić swoje recenzenckie zaległości. Niniejszą, wybaczcie, że dość snobistyczną, notką, otwieram ponownie swój wirtualny zeszyt: uznajmy, że powakacyjnie. Zapomnijmy, że milczałam jak zaklęta przez ponad miesiąc. Odwiedzajmy się nadal i czytajmy książki ;))
Witam po przerwie :) Kawy?

sobota, 15 sierpnia 2009

800 kilometrów stąd

Przyznaję: nie czytam. W okresie na-tuż-przed-urlopem zupełnie nie mogę się skupić. Jutro fryzjer, ostatnie zakupy, pojutrze Wielkie Pakowanie i w drogę. 12 h w autokarze wywożącym mnie i Bubusia bardziej i bardziej na Zachód, 800 km, nocną porą. Na blisko 10 dni zapadnę na zupełne bezInternecie, a zatem uroczysty wpis pourlopowy powstanie nie wcześniej jak 26-27 lipca.
A tę proszoną kawę, o której napomknęłam, wypiłam dzisiaj. Jestem wstrząśnięta i zmieszana. Było dokładnie tak, jak w filmach, których nie oglądam, i jak w książkach, których nie czytam, bo są zbyt słodkie i mdłe, bym mogła w nie uwierzyć. A przecież... to się dzieje. Nie do wiary. Dzieje się.
Porzebuję urlopu.
Plany mam ambitne. "Szkarłatny płatek i biały" - tę właśnie książkę zabieram.
Wyjeżdżam w najbliższy piątek, wracam w następną niedzielę. Bądźcie zdrowi, opaleni i czytajcie książki.