sobota, 11 lipca 2009

Co mam, część druga

Dawno się nie chwaliłam.
Co mam?
Mam cudowne, wymarzone, ostroróżowe trampki, przed sobą weekend w pracy, a za tydzień - blisko 10 dni urlopu. Mam zaproszenie na kawę od... .
Mam książki wreszcie. Zdjęcia nie będzie, bo aparat jak nie żył - tak nie żyje. Będzie wyliczanka.
OSTATNIE NABYTKI :(niektóre już zrecenzowane)
Z księgarń:
1) "Dziecię boże" Cormac McCarthy (po genialnej "Drodze" musiałam, po prostu musiałam)
2) "Kartki z białego zeszytu" (zachwycił mnie egzemplarz biblioteczny, więc pobiegłam po swój)
3) "Deszczowa noc" Jodi Picoult (prezent na "Dzień Dziecka")
4) "Dziewiętnaście minut" Jodi Picoult (też)
Z antykwariatu:
5) "Emilka ze Srebrnego Nowiu" Lucy Maud Montgomery (zaczytywałam się w dzieciństwie, ale nigdy nie miałam na własność)
6) "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery (mój egzemplarz zwyczajnie się rozpadł, a kartki pogubiły)
7) "Ból kamieni" Milena Agus ( lubię serię z miotłą, a serię z  miotłą za 15 zł najszczególniej)
Prezenty, wygrane:
8) "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny." Goławska, Lindenberg ( od Inblanco. Dziękuję!)
9) "Historia małżeńska dla dorosłych" Radosław Antczak (od Zosik. Dziękuję!)
10) "Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko (od Wydawnictwa Nowy Świat. Dziękuję!)
Allegro:
11) "To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy (z sympatii dla Autora )
12) "Belcanto" Ann Patchett (9zł)
13) "Dom w Riverton" Kate Morton (całe 10zł, a przyszło w jednej paczce z Ann Patchett)
14) "Powrót do domu" Bernhard Schlink (też jakoś tanio, a na "Lektora" wciąż nie mogę się zdecydować)
15) "Mała Ikar" Helen Oyeyemi (seria z miotłą za 9zł? czemu nie?)
16) "Moje skradzione życie" Renée Villancher (pod wpływemrecenzji Joli )
17) "Bez mojej zgody" Jodi Picoult (pod wpływem licznych recenzji na blogach, głównie pozytywnych)
18) "Zagubiona przeszłość" Jodi Picoult (przyszło w jednej paczce z "Bez mojej zgody")
19) "Morderca bez twarzy" Henning Mankell (bo chcę chronologicznie)
20) seria z Emmą Marthy Grimes ("Hotel Paradise", "Stacja Cold Flate Junction", "Hotel Belle Rouen") - (bo zachwalana)
21) "Amatorki" Jelinek (za 5zł!) (bo kiedyś zaczęłam, byłam zachwycona, ale nie doczytałam, sama nie wiem czemu)
Z biblioteki:
1) "Łaskawe" Jonathan Littell
2) "Prowadził nas los" Kinga & Chopin
3) "Biegnij" Ann Patchett
4) "Szkarłatny płatek i biały" Michel Faber
5) "Zniknięcia Esme Lennox" Maggie O'Farrell (aktualnie w czytaniu)
Uff. A w zakupowych planach "Srebrna Zatoka", "Biała wiedźma", "Eve Green" i "Ostrygojady", "To oślepiające, nieobecne światło". Ale dopiero po urlopie. Natomiast otwartą pozostaje kwestia: kiedy ja to wszystko przeczytam?!
Miłego weekendu!!!

piątek, 10 lipca 2009

Morderstwo w Madingley Grange, Caroline Graham

280 stron. Pierwszych 100 nużyło mnie niemiłosiernie, kolejnych 60 przeczytałam z niekłamanym zaciekawieniem i szczerym, radosnym entuzjazmem, a potem znowu: nuda, panie, nuda. Przyznam szczerze: zmusiłam się, by książkę dokończyć.  
A przecież wiedziałam, dobrze wiedziałam, na co się porywam. Na kilku blogach pojawiały się niekiedy wzmianki o autorce. Caroline Graham zasłynęła cyklem tzw. midsomerków - kryminałów, na podstawie których nakręcono słynny ponoć (ponoć, bo ja nie znam) serial "Morderstwa w Midsomer". W każdym razie, "Morderstwa w Madingley Grange" nie stanowią części cyklu - to zupełnie odrębna powieść. Kryminał, a właściwie zabawa kryminalną formą.
Uprzedzam: to nie jest książka dla każdego. Nie spodoba się tym, którzy nie sięgnęli nigdy po klasykę gatunku, chociażby Aghatę Christie. Ja przeczytałam trzy tytuły Christie, w tym doskonałe "I nie było już nikogo". Caroline Graham wykorzystuje tę samą technikę konstruowania kryminału ("ich wspólną cechą był niekończący się potok tępych narzędzi, głupich służących, wyszukanych trucizn, złowrogich sztyletów (zawsze kunsztownie wykutych) oraz zaprzężenie do pracy szarych komórek" [1]) - mamy więc w 'Morderstwie w Madingley Grange" grupę żądnych emocji ekscentryków w odciętej od świata starej posiadłości, dziwaczną służbę, duchy, wątki romansowe i, rzecz jasna, morderstwo. A wszystko napisane z przymrużeniem oka. Bo książka w założeniu miała być zabawna, takie słowne igraszki z miłośnikami kryminałów. Postaci są więc mocno przerysowane, fabuła nieprawdopodobna, a rozwiązanie zagadki "kto zabił?" nie budzi takich emocji jak kwestia wygranej jednej z bohaterek w pokera. Miało być śmiesznie i do pewnego stopnia było. Nie raz i nie dwa - zaśmiałam się w głos. Ale narracja jest tak nużąca, tak topornie stylizowana na staroświecką, że dla niektórych może stanowić barierę nie do przeskoczenia. Owszem, to dla mnie miła odmiana, ale taka stylistyka przez całych 280 stron jest zupełnie męcząca.
Choć zaczęło się obiecująco (czyli próbka, dla zachęty):
"Na tarasie otoczonej fosą wijskiej posiadłości, wokół ocienionego parasolem w barwne pasy stołu siedziały trzy zachłanne osoby. Cóż, żeby być bardziej dokładnym, jedna z nich była bardzo zachłanna, druga (obecna jedynie jako duch) tylko umiarkowanie, a trzecia, wyjątkowo ładna dziewczyna z ciemnymi, falującymi włosami, cechy tej prawie w ogóle była pozbawiona. W chwili, kiedy rozpoczyna się nasza opowieść, głos zabrała ta ostatnia" [2].
Mnie podobało się średnio. Ot co.
[1] Caroline Graham, "Morderstwo w Madingley Grange", przeł. Maryla Kowalska, wyd. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005, s. 64.
[2] Tamże, s. 9.

wtorek, 7 lipca 2009

Co wiedzą zmarli, Laura Lippman

Na początek, a co tam, dłuższy, ale godny zacytowania fragment. Przeczytajcie koniecznie, bo to rzecz o molach książkowych!!
"Usiadła przy stoliku na rogu i zabrała się do noszonej przy sobie, na wszelki wypadek, taniej powieści. Kay wtykała tanie wydania książek w każdy kąt swojego życia - do torebki, do biura, do samochodu, kuchni, łazienki. Pięć lat temu, kiedy ból rozwodu był jeszcze świeży i dojmujący, książki stanowiły dla niej sposób, by zapomnieć, że nie ma własnego życia. Jednak z biegiem czasu zaczęła sobie uświadamiać, że woli powieści od towarzystwa innych ludzi. Czytanie stało się po prostu jej sposobem bycia. W domu musiała bardzo uważać, aby nie uciekać w książki od swoich dzieci. Odkładała tom, próbowała oglądać w telewizji program, jaki akurat wybrali Grace i Seth, ale cały czas rzucała tęskne spojrzenia na powieść, tak blisko, tak pod ręką. W trakcie przerwy w pracy albo na lunchu mogła dołączyć do znajomych, ale zawsze siadywała sama i czytała". *
Brzmi znajomo, prawda? Ha. W kryminale (!) Laury Lippman oprócz powyższego fragmentu (i tym podobnych) znajdziecie także moc odniesień literackich (chociażby "Dziwne losy Jane Eyre") i filmowych. Powieść skrzy się tytułami realnie istniejących dzieł, objaśnia jedną z metod medytacji (Agnihotra - medytacja z ogniem), ale sama w sobie - jest po prostu przeciętna.
O kryminałach Laury Lippman (w Polsce wydano, zdaje się, cztery) czytałam tu i ówdzie już wcześniej, i głównie same dobre rzeczy, więc kiedy książka "Co wiedzą zmarli" wpadła mi w oko podczas ostatniej wizyty w bibliotece - wypożyczyłam. I przeczytałam.
Do napisania tej powieści zainspirowały Autorkę wydarzenia autentyczne. Resztę dopisała. Domyśliła.
Dwie siostry (piętnastoletnia Sunny i nieco młodsza Heather) pewnego popołudnia wyszły z domu, do centrum handlowego. Nigdy już nie wróciły. Sprawa tajemniczego zniknięcia dziewczynek nie została rozwiązana. Tymczasem po 30 latach w okolicach niegdyś zamieszkiwanych przez siostry dochodzi do wypadku samochodowego. Kobieta, która spowodowała wypadek, podaje się za jedną z zaginionych sióstr Bethany. Nie wiadomo, czy mówi prawdę, czy stara się wymigać od kary za ucieczkę z miejsca wypadku, jej zeznania są bardzo lakoniczne, a ona sama - nie budzi zaufania u policjantów, którzy wznawiają dochodzenie.
"Co wiedzą zmarli" to kryminał bardzo poprawnie skonstruowany - niemal do końca nie znamy rozwiązania zagadki (ale się domyślamy, w moim przypadku - dobrze domyślamy, niestety, i nie ma niespodzianki), narracja prowadzona jest z wielu perspektyw, poznajemy więc motywacje różnych osób zamieszanych w sprawę sióstr Bethany, pojawiają się też liczne retrospekcje. I dużo, dużo psychologii. Bardzo wiarygodne wydają się opisy różnego przeżywania bólu po stracie dziecka, odmiennych sposobów radzenia sobie z cierpieniem.
Niewątpliwie, nie jest to zły kryminał. Chociaż może inaczej: tobardzo przeciętny kryminał, ale też bardzo dobra powieść psychologiczno-obyczajowa. Nie czytałam z wypiekami na polikach i bijącym z wrażenia sercem, ale i nie mam poczucia, że zmarnowałam czas. Dlatego: można, ale nie trzeba. Decyzję pozostawiam Wam.
* Laura Lippman, "Co wiedzą zmarli", przeł. Maciej Nowak-Kreyer, wyd. AMBER, Warszawa 2007, s. 25-26.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Dom Augusty, Majgull Axelsson

Niezaprzeczalnie przejmująco smutna książka. Tak napisało już wielu, piszę ja, wielu napisze po mnie. Cierpienie, samotność, rozpacz - w takiej ilości, tak skumulowanych - nie spotkałam dotąd w żadnej innej książce. Bo tutaj aż się roi od nieszczęśliwych kobiet, niedobrych mężczyzn, nieudanych związków, niechcianych ciąż, niekochanych dzieci. Co wrażliwsi mogą "Domu Augusty" zwyczajnie nie zdzierżyć, bo jest to powieść brutalna i bardzo, bardzo prawdziwa.
Napisana oszczędnym, nieomal suchym językiem, językiem właściwie pozbawionym emocji, choć te emocje najtrafniej, najprawdziwiej opisującym. Książka - rozpacz. Książka - krzyk.
"Tak nie wolno robić, brzmiałaby nauka. W życiu może się zdarzyć niemal wszystko i większość błędów daje się naprawić, ale nie wolno pochylać się nad dzieckiem jak gorgona o oczach węża i przemawiać do niego głosem pełnym nienawiści. To zabronione. Tego trzeba zabronić. Jeśli się tego nie zabroni, świat stanie się wkrótce miejscem niemożliwym do życia". [1]
Czytając, wiele razy się wzdrygnęłam. Prawda, że prawda boli?
"Dom Augusty" to nie tylko tytuł, to prawdziwy dom, ogniwo łączące trzy pokolenia kobiet. Augusta, założycielka rodu, już nieżyjąca, ale czuwająca nad potomstwem w niebie (Axelsson świetnie wykorzystuje realizm magiczny, wtapiając go w niemal naturalistyczne, brutalne opisy, kiedy prawda i ból stają się nie do wytrzymania), jej wnuczka, 60-letnia Alicja i praprawnuczka, nastoletnia Andżelika - wszystkie trzy nieszczęśliwe, samotne, wyobcowane. Autorka serwuje nam ich (wstrząsające!!) historie achronologicznie, fragmentarycznie, wracając od jednej bohaterki do drugiej, w rezultacie ofiarowując czytelnikowi spójną historię, która każe się nam zastanowić nad przeznaczeniem, dziedzictwem genetycznym, bezmiarem okrucieństwa, nad niezmierzoną potrzebą akceptacji i miłości, choćby bezsensownej, która prowadzi do cierpienia.
W tej powieści nie ma szczęśliwych postaci. Potępiani są zwłaszcza mężczyźni i tylko jeden z nich - mąż Augusty - jest wyraźnie idealizowany. Pozostali niosą ze sobą cierpienie, gwałt, przemoc, wobec których kobiety pozostają bierne. I nie ma siły: to wszystko musi się skończyć tragedią.
"Dom Augusty" to bardzo dobra, ważna proza. Dla odpornych i wytrzymałych.
Pamiętam, jak bardzo się bałam. Wypożyczoną z biblioteki książkę przetrzymywałam w domu od lutego do teraz, czekając odpowiedniego nastroju. Już wiem, że nie ma się czego bać. Ta powieść to samo życie, w swej najmroczniejszej odsłonie. Warto.
* Majgull Axelsson, "Dom Augusty", przeł. Katarzyna Tubylewicz, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 87.

niedziela, 5 lipca 2009

Płacząca Zuzanna, Alona Kimchi

To był maj, pachniała Saska Kępa, a ja czytałam w maju "Płaczącą Zuzannę", książkę, która najdłużej ze wszystkich czekała na swoją recenzję, książkę, o której po dziś dzień nie bardzo wiem co napisać. Bo że się podobała, to pewnik. Ale nie jestem pewna, czy bardziej podobała, czy rozczarowała. Koniec końców - poryczałam się jak bóbr przy ostatnich kilku stronach. Och tak, ja jestem skłonna do książkowych wzruszeń. Przyznaję. Ale z tą nieliczną grupką bohaterów stworzonych przez Alonę Kimchi (rodowitą Ukrainkę, która od lat wczesnodziecięcych zamieszkuje Izrael i która w Izraelu właśnie osadziła akcję swojej książki) nie mogłam się nie zżyć. Uroczy ludzie, doprawdy.
Weźmy na przykład matkę Zuzanny, wcześnie owdowiałą, bezgranicznie oddaną jedynej córce, jej dwójkę rozgadanych, kłótliwych przyjaciół, albo sąsiada-chyba-geja-z-rozszczekanym-rottweilerem.
Weźmy taką Zuzannę...
Czy nie krępował Was nigdy odgłos wydalanego moczu, np. w łazience o cienkich ścianach sąsiadującej z salonem pełnym gości? Nie wstydziliście się nigdy za siebie/dziecko/kolegę, jeśli, że tak powiem, puścił bąka w towarzystwie? Wstrzymywaliście ziewanie, bekanie, tłumiliście kaszel, słowem: wszelkiego rodzaju objawy własnej fizjologii - ze wstydu? Jestem pewna, że tak. Ja z kilku rzeczy wyrosłam, dojrzałam, pogodziłam z faktem, że organizm rządzi się często własnymi prawami, że proces wydalania jest tak samo naturalny jak oddychanie, ale taka Zuzanna, na przykład, nie.
Zuzanna Rabin (nie, nie z TYCH Rabinów!), bohaterka powieści, ma trzydzieści kilka lat i zwyczajnie się brzydzi. Wszystkiego. Zmarszczek na szyi matki, zapachu własnego ciała, kropli sosu z kebaba na brodzie. Cierpi na ewidentną obsesję dostrzegania ułomności ludzkiej, brzydzą ją kontakty z innymi ludźmi, cudze oddechy, czyjś przypadkowy choćby dotyk, więc unika spotkań, a ośrodek jej życia towarzyskiego stanowi matka i dwójka matczynych przyjaciół. Nikogo więcej. Zuzanna jest  nadwrażliwa, potrafi się gwałtownie i niespodziewanie rozszlochać, bo naszczeka na nią pies sąsiada. Zuzanna to emocjonalna kaleka, co, na szczęście, potrafi przyznać sama przed sobą. Potrafi wręcz z siebie kpić. I to ona właśnie, Zuzanna, prowadzi narrację w powieści.
Pewnego dnia, niespodziewanie, w domu Zuzanny i jej matki, pojawia się daleki kuzyn. Pracuje, akurat przyleciał ze Stanów do Izraela i postanawia zatrzymać się u krewnych, ku radości Zuzinej matki i rozpaczy samej Zuzanny.
Jednak i Zuzanna przekona się z czasem do kuzyna...Być może również spróbuje wyzwolić się od nadopiekuńczej matki i własnych urojeń. Czy się uda?  Oj, nie napiszę.
Ale płakałam później, zupełnie zaskoczona zakończeniem.
Natomiast...dlaczego mnie ta powieść rozczarowała? Bo tak niebłahy przecież, przecież frapujący temat został potraktowany z przymrużeniem oka, z humorem, z ironią. Wyszło zgrabnie i zabawnie, przyznaję, i podobało się, przyznaję, ale oczekiwałam powieści cięższego kalibru. Tymczasem przeczytałam wcale niezłą powieść obyczajową, chwilami z pretensją do romansu. Nie zmarnowałam czasu, w każdym razie. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, ale broń Boże!, nie tandetnego - z czystym sumieniem polecam!!!

sobota, 4 lipca 2009

Łańcuszek blogowo-molowy

Łańcuszków nie znoszę. Te wszystkie sms-owe, mailowe, pocztowe: wyślij tę wiadomość do 100 osób, bo inaczej... (w tym miejscu mrożące krew w żyłach opisy czekających mnie katastrof). Ale takie łańcuszki, jakie propnuje się na blogach książkowych, budzą we mnie ogromną sympatię. Uwielbiam poznawać molowe obyczaje, lubię o nich czytać i pisać. Z wielką radością przyłączam się więc do aktualnie królującego na blogach łańcuszka, a do udziału w którym zaprosiły mnie: dededan i mary . Zasady są, jak zrozumiałam, proste. Odpowiadamy na trzy pytania zadane przez wskazującego nas do łańcuszka, a następnie wymyślamy trzy zupełnie nowe, wyznaczając do odpowiedzi kolejne trzy osoby.

Pytania dededan:

1) Jakie jest Twoje ulubione miejsce, w którym najczęściej czytasz książki?

Najchętniej i najczęściej czytam oczywiście w domu, parzę kawę i albo zasiadam w fotelu, albo rzucam się na łóżko, czytając w pozycji półleżącej lub siedząc po turecku (to praktykuję częściej). Własne łóżko to moim zdaniem najbardziej komfortowe miejsce do czytania. Zupełnie zaś nie potrafię skupić się na lekturze przebywając na tak zwanej otwartej przestrzeni, nawet na balkonie.

2) Czy zdarzyło Ci się po przeczytaniu powieści pojechać do miejsca/kraju, w którym działa się akcja książki?

Nie. Nigdy nie planowałam wycieczek pod kątem literackim, choć nie powiem, że bym nie chciała. Może kiedyś. Tymczasem całkiem niedawno w "Zupie z granatów" Marshy Mehran z lubością czytałam o miejscach, które już zwiedzałam.

3) Czy wśród swoich znajomych masz osoby, z którymi możesz podyskutować o literaturze?

Niestety nie, dlatego z radością przyłączyłam się do blogowej społeczności moli książkowych. Co by nie zdziczeć, co by się nie udusić. Jeśli jednak przyłapię kogoś znajomego na czytaniu (np. w pracy), od razu konwersuję. Niestety, nikt nie podejmuje dłuższych dyskusji, zwykle rozmowa kończy się tak: "no fajna książka". Ot i wszystko.

Pytania Mary:

1) Gdybyś była pisarką o czym byłaby Twoja pierwsza książka?

O pisaniu właśnie. Bo proces pisania, wykluwania się pomysłów, kolejnych wątków, wymyślania imion i przymiotów bohaterom - fascynuje mnie niemożliwie. O pisaniu albo o czytaniu, o antykwariatach i bibliotekach, o fanatyku czytania, o molu książkowym lub całej zbiorowości moli ;)

2) Co głównie przyczynia się do zakupu przez Cieie danej książki?

Pozytywne recenzje na blogach książkowych. Okazyjnie niskie ceny na allegro. Albo fakt, że czytałam egzemplarz biblioteczny i żałuję, że muszę oddać - wtedy biegnę po swój. Często też przyczyną jest sprawdzony autor, trochę rzadziej (ale również, dlatego wspominam) tematyka książki.

3) Z jakim pisarzem/pisarką chciałbyś się spotkać i dlaczego?

Z Małgorzatą Musierowicz i z Anną Janko - żeby czerpać z najcieplejszych źródeł. Może z Olgą Tokarczuk, bo bardzo ją cenię. I z mistrzem horroru Stephenem Kingiem, najchętniej w stanie Maine, co by poczuć klimat ;) . I może z Dorotą Masłowską, bo jest moją rówieśniczką i mamy dzieci w podobnym wieku ;)

Tymczasem ja do zabawy zapraszam: aklat , książkownia, net.a.a . Moje pytania (złożone, bo nie potrafiłam zawrzeć w jednym prostym zdaniu):

1) Czy zdarza Ci się czytać wiele książek naraz (ile? jak często?) Czy skupiasz się na jednej?

2) Jak obchodzisz się z książką z biblioteki? Podkreślasz, notujesz, wrzucasz zakładkę tudzież zabierasz skarby tam zastane? Czy takie zachowania u innych irytują Cię czy przeciwnie, lubisz czuć, że książkę już ktoś czytał?

3) Czy masz swój czytelniczy rytuał (opisz)? Np. ostrzenie ołówków, malinowa herbata, koc, ulubiona muzyka - kompletna cisza?

piątek, 3 lipca 2009

Wyznania i wyzwania

Tak bardzo ostatnio nie piszę, więc przede wszystkim: kajam się, kajam za to wakacyjne rozleniwienie, za to okropne nicniepisanie.
Jest niesłychanie, niewiarygodnie ciepło. Biegamy z Bubusiem po trawie, objadamy lodami, opalamy nogi,  przez okno obserwujemy cowieczorne burze. Od tygodnia hoduję w brzuchu niezliczone motyle, pozostając w stanie obezwładniającego zauroczenia. Jest tak ciepło, z włosów wyczesuję słońce, dokarmiam kaczki w rozgrzanych stawach. Trwa fantastyczny lipiec. A urlop wciąż przede mną.
A książki? Dziękuję, czytam. Kilkanaście stron dziennie, naprawdę niewiele i tylko w chłodniejszych, późnonocnych chwilach, ale czytam. I jeszcze: kupuję, wypożyczam, gromadzę. I jeszcze: z entuzjazmem przyłączam się do czytelniczych wyzwań. Do obu.
         
Mój absolutnie subiektywny wybór wyzwaniowych lektur:
1) CZERWONY: Michael Faber "Szkarłatny płatek i biały" (ostatnio przytargałam z biblioteki w przeczuciu, że będę się zachwycać, bo czytałam pochlebne receznzje, a pierwsze zdania tej ponad 800-stronicowej powieści podziałały na mnie elektryzująco)
2) ZIELONY: Susan Fletcher "Eve Green" (przekonała mnie pewna entuzjastyczna recenzja, po której i tak planowałam zakup tej książki)
3) SREBRNY: Jojo Moyes "Srebrna zatoka" (bo mam ochotę na coś obyczajowego, odprężającego i tu i ówdzie zachwalanego)
To taka moja pierwsza wyzwaniowa trójca, natomiast może się zdarzyć (i zapewne zdarzy), że zechcę przeczytać kilka innych kolorowych tytułów. Na przykład ... "Złoty notes" Doris Lessing, którego premiera zapowiadana jest na sierpień. Albo "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg, które stoją na półce, na wyciągnięcie ręki.
W każdym razie: kolorowe czytanie zapowiada się fantastycznie.
1) MAROKO: Tahar Ben Jelloun "To oślepiające, nieobecne światło" ( po prostu: od dłuższego czasu pragnę przeczytać)
2) AFGANISTAN: Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem" (mam na półce, nareszcie przeczytam)
3) ? czyli podróż-niespodzianka. Być może Egipt i Ahdaf Soueif "Mapa miłości", być może Australia i Joan Lindsay "Piknik pod wiszącą skałą". Nie wiem, nie wiem,  poszperam w bibliotece i zadeklaruję się ostatecznie. W każdym razie: dwie wyżej wymienione pozycje przeczytam na pewno, bo bardzo chcę.
To a' propos wyzwań, wszystkich niezdecyzowanych: zachęcam do udziału, a  Padmie dziękuję za organizację.
Tymczasem, oprócz szaleństwa wyzwaniowego, trwa na bloxach i blogach czytelniczy łańcuszek. Chętnie wezmę w nim udział, bo raz, że zaproszonam dwukrotnie (mary i dededan, dzięki dziewczyny), a dwa, że to mój pierwszy blogowy łańcuszek. Ale o tym: jutro :) .