wtorek, 23 czerwca 2009

Pijąc kawę gdzie indziej, ZZ Packer

Bez dwóch zdań: świetne opowiadania!
O zbiorze "Pijąc kawę gdzie indziej" pozytywnie wyraziła się jużneta i, trochę mniej entuzjastycznie, ale równie ciekawie -lilithin. W każdym razie: obie recenzje zachęciły mnie do przeczytania książki Zuwany Packer (bo tak brzmi właściwe nazwisko Autorki), która już jakiś czas temu wpadła mi w ręce (książka, nie  jej Autorka) w ulubionej osiedlowej bibliotece.Zbiorek pochłonęłam w dwie noce.
Za opowiadaniami, oczywiście, nie przepadam. Zbyt krótka forma, zbyt mało detali, ograniczona ilość wątków i nierzadko brak wyraźnej puenty. Nie lubię. Ale ponieważ rozczytywałam się ostatnio w opasłych, pochłaniającyh czas i emocje powieściach, postanowiłam odetchnąć. Nie przypuszczałam jednak, że kilka (dokładnie 8 - bo właśnie tyle ich w tym zbiorze) opowiadań pozbawi mnie kilku cennych godzin snu. I że zarwanych nocek żałować nie będę.
Odnoszę wrażenie, że w Polsce o książce ZZ Packer za mało się pisze, pewnie też niewiele czyta. Problem rasizmu, nad którym pochyla się Autorka, jest rzeczywiście nieporównywalnie większy w Stanach niż w Polsce, a narrację w swoich opowiadaniach powierza ZZ Packer czarnoskórym Amerykanom, jednakże dla mnie zbiór "Pijąc kawę gdzie indziej" ma wydźwięk uniwersalny i nie ukrywam, że właśnie tak go odczytywałam: przez pryzmat emocji, które, co podkreśla Autorka, u wszystkich są jednakowe: zarówno biali, jak i kolorowi myślą, czują, mówią podobnie. Różnicę stanowi li i jedynie kolor skóry. To bardzo mało, prawda? Ale problem istnieje, nieproporcjonalnie większy.
ZZ Packer próbuje obalać kolejne stereotypy: murzyna-sługasa białych, murzyna - przesadnie religijnego, złego białasa. Przyznaję, że wychodzi jej to znakomicie: w miarę czytania przestałam przejmować się kolorem skóry kolejnych bohaterów i kolejnymi przejawami (obustronnego!) rasizmu, skupiałam się raczej na akcji i znakomitych portretach psychologicznych postaci. No i przepadłam.
Szczerze jednak przyznaję: opowiadania nie są równe, nie wszystkie przeczytałam z takim samym zainteresowaniem. I tak na przykład pierwsze z nich, "Skautki", radziłabym pominąć, chociaż stanowi znakomite preludium do kolejnych. Znużyła mnie"Nasza Pani Łaskawa", historia czarnoskórej nauczycielki lekceważonej przez uczniów, wymęczyła opowieść o toksycznej relacji ojciec-syn w "Samotności mrówki". Podobały mi się natomiast "Każdy język uczyni wyznanie" (o próbie nawrócenia białego pacjenta przez zdewociałą czarnoskórą pielęgniarkę i dwóch obliczach Kościoła), "Doris nadchodzi" (samotna walka dziewczynki o równe prawa dla wszystkich) i opowiadanie tytułowe "Pijąc kawę gdzie indziej" (prawie-homoseksualna miłość studentek, białej i czarnej).  
Natomiast absolutną rewelacją były dla mnie "Gęsi' i "Mówiąc językami". Dawno nie czytałam czegoś równie przejmującego i pochłaniającego.
"Gęsi" to jakby policzek w twarz wymierzony w emigrantów. Tym opowiadaniem mogliby się posłużyć politycy, aby zniechęcić młodzież do przekraczania granic i szukania łatwego zarobku na Zachodzie. Niesamowity klimat mają "Gęsi" - opowiadanie, w którym grupka młodych emigrantów tłoczy się w jednym pokoju, cierpiąc głód i pozostając bez pracy. A za oknem niewzruszenie trwa Japonia -dostojna i spokojna, bogata - ich niegdysiejsze marzenie. Sugestywne opisy, całość absolutnie wstrząsająca. Bardzo polecam, bardzo!
Polecam też "Mówiąc językami", opowiadanie, które przypomniało mi o zasłyszanej w licealnych latach, sugestywnej i emocjonującej piosence The Horrorist - One Night In NYC (warto posłuchać i zobaczyć!!): http://www.youtube.com/watch?v=PnXT4za4h9c
Jednym słowem, historia 14-letniej czarnoskórej Tii, która ucieka z domu do wielkiego miasta w poszukiwaniu matki-narkomanki i o "przygodach" jakie czekają na nią w Atlancie.
Podsumowując: sięgając po zbiór "Pijąc kawę gdzie indziej" nie oczekiwałam aż tylu emocji i tak entuzjastycznej potem recenzji. Ale cieszę się, cieszę się z rzeczy niespodziewanych. A opowiadania bardzo polecam, bo to rzecz nie tylko o segregacji rasowej, ale o poszukiwaniu własnej tożsamości, swojego miejsca w życiu; na zachętę cytat:
"Przypomniał mi się dzień pogrzebu mojej matki. Dostałam mleko, żeby uspokoić żołądek; udawałam, że to kawa. Wyobrażałam soie, że piję kawę gdzie indziej. W jakimś arabskim kraju, w którym czarna kawa, podawna w małych filiżankach, jest tak mocna, że przez kilka dni nie pozwala człowiekowi usnąć" *.
* ZZ Packer, Pijąc kawę gdzie indziej, przeł. Ewa Horodyska, wyd. W.A.B., Warszawa 2007, s. 175. 

niedziela, 14 czerwca 2009

Deszczowa noc, Jodi Picoult

Jodi Picoult. Taaak. Nie zliczę na ilu blogach widywałam to nazwisko, ile osób komentowało, recenzowało, wymieniało kolejne tytuły tej niezwykle płodnej i bardzo poczytnej Autorki, z którą do tej pory było mi nie po drodze: nie znałyśmy się wcale. Pamiętam, jak w lutym, na blogu Padmy , obiecywałam (bardziej sobie chyba), że zacznę od "Dziewiętnastu minut". Minęło dorych kilka miesięcy zanim nareszcie poczułam się gotowa na lekturę książki Picoult.
Po "Dziewiętnaście minut" wybrałam się do księgarni 1 czerwca. Ot, prezent dla dziecka we mnie na "Dzień Dziecka'. Książki, która czekała na mnie od lutego, którą czule obejmowałam wzrokiem przy każdej wizycie w tej księgarni - nie było. Nagle nie było! Przytuliłam zatem inny tytuł, ostatnio wydany: "Deszczową noc". I nie, żeby z radością: raczej z tak zwanego braku laku, raczej, żeby nie wyjść z księgarni z pustymi rękoma. Niespecjalnie cieszył mnie temat poruszony w książce: eutanazja, o którym uprzedzała notka na okładce. Ale zabrałam się do czytania. Ponad 530 stron. Uwierzycie, że płakałam z żalu, gdy przewróciłam ostatnią stronę??? 
Cameron MacDonald jest komendantem policji w Wheelock, małym amerykańskim miasteczku, które założyli jego przodkowie, wyemigrowawszy ze Szkocji. Komendant budzi powszechny szacunek nie tylko ze względu na obejmowane stanowisko, ale także szlachetny tytuł (przechodzący z dziada pradziada na ojca i syna) lairda - czyli sprawującego pieczę nad klanem MacDonaldów; ma własny, uroczy dom, oddaną, kochającą żonę Allie i to, czego pragnie wielu ludzi: swoją małą stabilizację. Jednak Cameron nie jest szczęśliwy. To niespokojny duch, którego mami wizja podróżowania po świecie, wolności, braku zobowiązań i ograniczeń. Męczy go tytuł lairda, męczy bezkrytyczna miłość Allie, montonia życia. Potrzebuje zmiany, ale nic nie może zmienić.
Allie, żona Camerona, właścicielka kwiaciarni, jest przeciwieństwem swojego męża. Nie opuszcza granic Wheelock, najlepiej czuje się w domu, w małżeńskiej sypialni, w kuchni i wśród kwiatów. Jest bezgranicznie oddana mężowi, kocha go bezkrytycznie, podziwia. Coraz częściej jednak zaczyna się zastanawiać nad kwestią proporcji w swoim związku. Cameron wydaje się taki niezaangażowany, odległy, a Allie taka niedoceniona...
Jamie i Mia - pojawiają się w Wheelock znikąd, jednego dnia, chociaż nie razem. Jamie to morderca, zabił własną żonę. Mia to tajemnicza kobieta, specjalistka w hodowli bonzai. Jamie zwraca się o pomoc do Camerona, komendanta policji, który jest jego kuzynem, Mia, florystka, prosi o pracę Allie, właścicielkę kwiaciarni. Ten jeden dzień i tych dwoje ludzi: Jamie i Mia, zmienią na zawsze i małżeństwo MacDonaldów, i senne dotąd Wheelock. Może też... czytelnika?
Powieść Picoult to galeria arcyprzekonujących postaci: to nie tylko ta najważniejsza, wyliczona przeze mnie czwórka głównych bohaterów, ale także postaci drugoplanowe: matka Camerona, stary Angus, Meggie - żona Jamiego, młody adwokat, społeczność Wheelock. Może nie wszystkich bohaterów polubiłam, ale każdego zaakceptowałam, zaakceptowałam każdą postawę, każdy wybór jakiego dokonali - lub nie. Picoult nakreśliła  (co za banały recenzenckie cisną mi się pod palce, fuj!) doskonałe, choć może trochę przedobrzone, bo skrajne, portrety ludzkie, w które uwierzyłam, z którymi z żalem się rozstawałam, co powtarzam po raz kolejny. To wielka umiejętność: związać czytelnika z bohaterami, sprawić, by czytający żył problemami książkowych postaci...
A problemów poruszonych w "Deszczowej nocy" sporo. Przede wszystkim: eutanazja. Dwa głosy: za i przeciw. Denerwowało mnie, że Autorka niemal co stronę podkreśla o czym traktuje książka, że o zabójstwie z miłosierdzia, jakby czytelnik mógł zapomnieć, lub zbagatelizować problem. Wydaje mi się, że głos Picoult w tej kwestii to głos ważny, i cieszę się, że go zabrała. Naczytałam się u innych moli książkowych o tym, że Picoult jest Autorką, która nie unika tematów trudnych, kontrowersyjnych. W każdej kolejnej książce podejmuje opowieść na jeden z trudnych tematów. Podziwiam, że ma odwagę. Doceniam, że ma co powiedzieć. To musi być bardzo fajna kobieta z tej rudowłosej matki trojga dzieci. Mądra i ciepła. Wszechstronna i zaangażowana. Pisze o mowie kwiatów, o łowieniu ryb na muchę, o życiu jako takim, o historii rodu MacDonaldów, o wojnie. O wszystkim. I sprawia wrażenie, że wszystko wie.
Kolejną kwestią w "Deszczowej nocy" jest kwestia miłości: jak bardzo można kochać, i czy można kochać jeszcze bardziej, kto kogo i za co, dlaczego tak i dlaczego nie. Myślę, że ten wątek, choć osobiście mnie nie dotyka (niestety), fascynował i zajmował mnie najbardziej.
Podobał mi się jeszcze sposób prowadzenia narracji, akcję śledzimy z perspektywy wielu osób, co daje możliwość zaanagażowania się w życie i postawy wielu skrajnie różnych bohaterów. A sama akcja płynie wartko, książkę pochłania się, po prostu: nie czyta.
Ostatnie 70 stron czytałam na wdechu, w kuchni gotowała się pomidorówka, dziecko usadowiłam niechlubnie przed telewizorem i czytałam z wypiekami. Po wszystkim wyszliśmy z Bubusiem na spacer, a gdy wróciłam, bardzo żałowałam, że nie wracam do Wheelock, do Cama, Jamiego, Allie i Mii. Zaprzyjaźniłam się z nimi, żyłam ich prolemami. To bardzo dużo, prawda? Książka ma sprawiać przyjemność, a to była prawdziwa frajda! Oczywiście, polecam, a jeśli Picoult pisze książki podobne (tak słyszałam, że bardzo do siebie podobne), to chcę je przeczytać!!
PS. Dwa dni po zakupie "Deszczowej nocy" sprawiłam sobie wreszcie "Dziewiętnaście minut" (empik!), a wcześniej udało mi się baaardzo okazyjnie wylicytować "Zagubioną przeszłość" i "Bez mojej zgody" (allegro!). Także zaopatrzona jestem :) I napiszę jeszcze, bo po tak długim milczeniu na bloxie strasznie się rozgadałam, że tuż po "Deszczowej nocy" chciałam się rzucić na "Dziewiętnaście minut", ale przywołałam się do porządku i zdecydowałam (dla oddechu) na Majgull Axellson, która też długo na mnie czekała. Już teraz zdradzam, że... nie żałuję. O.

środa, 3 czerwca 2009

Asystentka magika, Ann Patchett

Właśnie przed chwilą (właśnie i nareszcie, bo późnowiosenne czytanie - w przeciwieństwie do książkowych zakupów- idzie mi opornie, niespiesznie) doczytałam kolejną bardzo dobrą książkę. "Asystentka magika" Ann Patchett to powieść ujmująca. Obyczajowa, owszem, żadne epokowe dzieło, owszem, ale...jak to się czyta!! Cudownie napisana, cudownie skonstruowana, z pełnowymiarowymi bohaterami, z detalami, które uwielbiam...  Świetna, naprawdę świetna rzecz. Lekka, odprężająca, a przy tym zmuszająca do myślenia, bo dotyka tak trudnych tematów, jak chociażby śmierć.
PARSIFAL NIE ŻYJE. Tak się kończy ta opowieść. *
A powyższymi słowy - rozpoczyna. Bez obaw zatem, nie zdradziłam puenty. Parsifal nie żyje i nic tego nie zmieni.
Parsifal był sławnym magikiem, czarodziejem, ze wszystkimi właściwymi magikom atrybutami: z cylindrem, z królikiem, z talią kart, ze skrzynią, w której w sposób zaiste spektakularny przepoławiał swoją piękną długonogą asystentkę, a przy tym wieloletnią partnerkę, później żonę - Sabine. To dzięki jej opowieści poznajemy zmarłego i stopniowo odkrywamy tajemniczą przeszłość Parsifala. Mroczne historie rodzinne, rozgrzebywanie wspomnień, atmosfera nabrzmiała niewiedzą zarówno czytelników, jak i samej Sabine. Bo Sabine, pogrążona w żałobie (rany, jakżeż ta kobieta kochała swojego magika!! jak niewiarygodna wydaje się taka miłość i jak godna pożądania zarazem), za wszelką cenę pragnie poznać przeszłość Parsifala, skrywaną przezeń przez wszystkie lata ich wspólnego życia. W tym celu ze słonecznego, gorącego i gwarnego Los Angeles, gdzie przez okrągły rok można zrywać dojrzałe na słońcu limonki, wprost z drzewa (!), udaje się nasza sympatyczna bohaterka na drugi koniec świata, a nawet jeśli nie na drugi, to na pewno na skrajny: do mroźnej i wietrznej Nebraski, pokrytej śniegiem. Tam mieszka matka i siostry Parsifala, o których śmierci Parsifal przekonywał Sabine przez długie lata. Same tajemnice, przedziwne sny, bolesne wspomnienia, traumatyczne przejścia - to wszystko na 420 stronach powieści Ann Patchett, powieści napisanej tak, że czyta się błyskawicznie (o ile nie jest się mną).
Konstrukcja "Asystentki magika" jest wprost urzekająca - to takie migawki, jak przesuwające się obrazy w telewizji, retrospekcje i "teraz", zmiksowane, nie poznaczone -sami musimy domyślać się, co jest prawdą, co działo się wcześniej, a co odbywa teraz. Generalnie: jest bosko. Świetne czytadło, zaskakujące. Bardzo polecam.
A sama już zacieram oczy i ręce, bo (w nadzwyczajnym przeczuciu? przypadkiem?) zaopatrzyłam się w pozostałe książki Ann Patchett, autorki tu i ówdzie wychwalanej, zwłaszcza za "Belcanto" (10 zł na Allegro, kupiłam) i "Biegnij" (z biblioteki razem z "Asystentką magika").
* Ann Patchett, "Asystentka magika", przeł. Konrad Majchrzak, wyd. REBIS, Poznań 2004, s. 9.