piątek, 29 maja 2009

Kartki z białego zeszytu, Sonia Raduńska

To, zdaje się, w zeszły piątek postanowiłam oddać bibliotece co biblioteczne, przedłużyć termin zwrotu "Domu Augusty', za który wciąż boję się zabrać, a przeczytać koniecznie chcę, i na jakiś czas porzucić comiesięczne biblioteczne polowania. Obkupiłam się ostatnio w całą masę książek (wiwat Allegro!), które w stanie dziewiczym czekają w kolejce, a ja czytam wyłącznie to, co wypożyczone. A tak być nie powinno. Na nic się jednak moje postanowienie zdało - w bibliotece dostałam comiesięcznego oczopląsu, i nie mogłam, nie mogłam wyjść bez nowych książek.
O zgrozo! Pierwszą książką, jaka wpadła mi w oko na półce z nowościami były "Kartki z białego zeszytu" Sonii Raduńskiej, tej samej Raduńskiej, którą mocno skrytykowałam za "Białe zeszyty", nad której pierwszą powieścią biedziłam się dość długo i raczej niepotrzebnie. Ale ja to chyba jestem molicą-męczennicą, ślęczę nad najmniej interesującą książką, póty nie skończę. I oczy mi się zaświeciły, gdy zobaczyłam Pamukowy "Śnieg", a przecież nad jego "Nowym życiem" biedziłam się przez 3 tygodnie, wcale nie tak dawno temu. Ostatecznie nie zabrałam do domu Pamukowego "Śniegu" (zbyt świeże wspomnienie "Nowego życia", a i kniga ze "Śniegu" pokaźnych rozmiarów), ale "Kartki z białego zeszytu" już tak (plus kilka innych powieści).
I wyobraźcie sobie, mili moi, drodzy moi: w sobotę koło południa, mając za sobą jakieś 3/4 lektury, przerwałam czytanie, zrzuciłam dres, przyoblekłam dżinsy i pobiegłam z Bubusiem do księgarni, zostawiając weń 30zł. na własny egzemplarz "Kartek z białego zeszytu"!!! Czyż może być lepsza rekomendacja? Bo to jest taka książka, którą nie tylko warto przeczytać, ale którą dobrze jest mieć. Wiedziałam to po przeczytaniu kilkunastu stron z tych 175.
"Kartki z białego zeszytu" są dokładnie tym, czego oczekiwałam od "Białych zeszytów". Zbiorem felietonów Sonii Raduńskiej, drukowanych w "Zwierciadle" w latach 2000-2005. Wiem to na pewno, bo kilka starych numerów "Zwierciadła" zachowałam, a i treść książki w dużej mierze znałam i pamiętałam.
To jest właśnie to. Taką Raduńską chcę czytać.
Felietonów treść jest przebogata, przeciepła, przemądra. Anegdoty z Soninego życia, wplecione weń cytaty z lektur, z "Gazety Wyborczej", z gazet lokalnych, z piosenek, korespondencji prywatnej (choć może się wydawać, że cytowanie kogoś to nie sztuka, ja uważam, że wręcz przeciwnie - umiejętnośc trafnego doboru i wyławiania cytatów to Wielka Sztuka). Każdy felieton - rozdział to zupełnie inna historia, ale czytane  po kolei stanowią wyraźną całość. Znając już "Białe zeszyty" wiedziałam dobrze, kim jest wspomniany kilkakrotnie P. , choć i bez tej wiedzy poradziłabym sobie z lekturą "Kartek".
Tematyka felietonów różnorodna, impulsem do ich napisania mogła być burza za oknem, starzejący się pies, śmierć przyjaciela, rączka niemowlaka ukryta w dorosłej dłoni. Generalnie "Kartki z białego zeszytu" to książka o życiu, napisana swobodnie, w bardzo ciepłym stylu, który głaszcze po oczach. Sporo życiowych prawd w smakowitej formie. Warto przytulić się do książki Raduńskiej. Ciepła i mądra. A na każdej stronie warty podkreślenia cytat, myśl, zdanie. Chciałabym umieć dostrzegać to, co widzi Raduńska. Być otwartą na wszystko, nie tylko na kolejne książki, ale i dobre kino, koncert, program radiowy, prasę, wycieczki na łono natury. Czuję się zupełnie uboga duchowo i nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Uświadomiła mi to lektura "Kartek". Co więcej - chcę to zmienić. Się zmienić, się otworzyć. Dlatego dobrze, że wypożyczyłam tę książkę, że ją kupiłam, że przeczytałam. I będę wychwalać, i polecać, bo jest czytania i kupowania warta.
Próbka Raduńskiej, która utkwiła mi w pamięci, a czytałam ją jeszcze wcześniej, w "Zwierciadle" z któregoś-tam-roku:
"Czytam i oglądam w "Wysokich Obcasach" fotoreportaż Veronique Vial o kobietach budzących się ze snu, rozpoczynających dzień. Vial zrobiła dwa albumy o zaczynaniu dnia: o kobietach i mężczyznach. Zapytana, czy ze swych sesji nauczyła się czegoś o ludziach w ogóle, odpowiada: "Wnętrze człowieka jest dobre. Człowiek budzi się z tą dobrocią. Potem się goli, bierze prysznic, zakłada maskę, i po dobroci nie ma ani śladu. Jest kimś innym".
I o jednej nieudanej sesji: Pewien mężczyzna czekał na mnie w trzyczęściowym garniturze, jednym z tych, przez które nigdy nie dotrzesz do serca człowieka. Powiedziałam mu: Wrócę tu jutro, a ty bądź lepiej wtedy pod prysznicem". *
* Sonia Raduńska, "Kartki z białego zeszytu", wyd. W.A.B., Warszawa 2008, s. 86.

sobota, 16 maja 2009

Ostateczne wyjście, Natsuo Kirino

Mocna rzecz.
W marcu bardzo potrzebowałam takiej książki. 
Gęstej, mrocznej, dusznej, lepiącej się do rąk i oczu. Porywającej.
"Ostateczne wyjście" to historia pewnego morderstwa, które dla Natsuo Kirino, cenionej japońskiej autorki kryminałów i thrillerów (w Polsce wydano zaledwie dwa, nad czym mogę tylko biadać), stanowi pretekst do wejrzenia w ludzką duszę, w te najmroczniejsze duszy zakamarki, gdzie pomieszkuje uśpiona w nas zdolność do czynienia zła. I właśnie dlatego książka Kirino jest taka przerażająca: uświadamia, jak niewiele potrzeba, by zwykły, dotąd prawy człowiek, został zbrodniarzem.
Co popycha ludzi do morderstwa? Chęć zysku? Zemsty? Porządnego zastrzyku adrenaliny? Wszystko to naraz?
Kirino pyta, Kirino odpowiada. A styl jej pisania jest równie przytłaczający, co zajmujący. Czytałam z wypiekami, ciekawa, co dalej, i strwożona jednocześnie.
Bohaterkami "Ostatecznego wyjścia" są cztery pracownice japońskiej wytwórni gotowych zestawów obiadowych. Wszystkie pracują na nocną zmianę, w ciężkich warunkach, za niewielkie pieniądze, każda ma też własne domowe zmartwienia.
Masako jest przeraźliwie samotna i znudzona: uparcie milczący syn, pogrążony w depresji mąż.
Kuniko tonie w długach, opuszcza ją partner.
Yoshie opiekuje się schorowaną teściową, zbuntowaną córką i malutkim wnukiem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Yayoi, młoda matka, unieszczęśliwiana przez niewiernego męża- hazardzistę.
Kobiety nie przyjaźnią się, ale pracują na sąsiednich stanowiskach i rozmawiają. Problemy zbliżają ludzi. Po skończonej nocnej zmianie, przy papierosie, zwierzają się sobie nawzajem z problemów, a potem rozchodzą - każda spieszy do swoich smutnych spraw.
Monotonia. Dzień za dniem. Aż któregoś razu coś pęka i zmienia życie kobiet już na zawsze, nieodwracalnie. Najpierw pęka w Yayoi: w przypływie gniewu, w akcie desperacji zabija męża. W pozbyciu się zwłok i ustaleniu wersji wydarzeń (mąż nie wrócił do domu i słuch po nim zaginął) pomagają jej koleżanki z pracy. Sprawa nie wyszłaby na jaw, gdyby nie odnalezione i zidentyfikowane szczątki poćwiartowanego ciała. Policja nie wie na pewno, ale już podejrzewa. Wie za to ktoś jeszcze...
Więcej nie napiszę, co by nie psuć nikomu przyjemności z lektury. Dodam tylko, że zachwyciła mnie konstrukcja powieści: Natsuo Kirino udzieliła głosu wszystkim zainteresowanym postaciom, choćby drugoplanowym, mało znaczącym. Mamy zatem możliwość przyjrzenia się sprawie z wielu perspektyw.
Kirino pyta, Kirino odpowiada. Snuje opowieść o desperacji, która popycha do zbrodni. Przerażająca lektura. Niesamowity klimat, pełny psychologiczny obraz wyrazistych postaci.
Mocna rzecz. Warto. Ja już ostrzę oczy na "Groteskę", drugą z przetłumaczonych u nas książek Kirino.

piątek, 15 maja 2009

Dziewczyna z zapałkami, Anna Janko

Żeby opowiedzieć Wam o tej książce - musiałabym ją przepisać.
Jakiś czas temu komentowałam u germini : "Dziewczynę z zapałkami" wypożyczyłam z biblioteki. Kilka dni temu przeczytałam pierwsze półtorej strony. I wiesz co zrobiłam? Odłożyłam, postanowiłam oddać do biblioteki w stanie nieprzeczytanym. Bo wiem już, że chcę mieć na własność!!! Bo będę dużo podkreślać i przyklejać. Półtorej strony wystarczyło, bym przeczuła, że mam do czynienia z dziełem genialnym.
Książkę nareszcie mam, przeczucie mnie nie myliło, ale po ołówek, ale po karteczki samoprzylepne nie sięgnęłam. Nie podkreśliłam ani jednego zdania, nie zaznaczyłam żadnego akapitu. W trakcie lektury pomyślałam bowiem, że kiedyś, gdy zechcę sobie przypomnieć świat z książki Janko, po prostu otworzę "Dziewczynę z zapałkami" na dowolnej stronie i znów weń wsiąknę, i bez problemu znajdę godne zacytowania fragmenty. Bo ta książka (niewiarygodne!) składa się z samych zdań-perełek, błyszczących złotych myśli, kolorowych patchworków skojarzeń. To Poetka zmierzyła się z Prozą, drodzy państwo i z najdelikatniej dobranych słów utkała niezwykłą powieść, ze wszech miar zachwycającą, ze wszech miar godną polecenia.
Narratorką "Dziewczyny z zapałkami" jest Hania - matka i żona, synowa, potem kobieta. Nieszczęśliwa w małżeńskim związku, w związku tym pogrążona. Niegdyś obiecująca studentka i poetka, obecnie kucharka i sprzątaczka na usługach własnej rodziny, o krok od alkoholowego uzależnienia. Historię Haninego związku poznajemy najpierw achronologicznie. Strzępy wspomnień. Dzieciństwo. Teraz. Studia. Teraz. Pierwsza miłość. Mąż. Potem już Hania rejestruje wydarzenia na bieżąco, wypełniając sobą i Pawłem, mężem, kolejne zeszyty. Naturalnie, że od razu przypomniałam sobie o książce Raduńskiej ("Białe zeszyty"), ale jej Sonia, choć rówieśnica Hańci, choć rozczytana w Stachurze i Dalajlamie, kochająca Kieślowskiego - wydaje się (albo nie, nie wydaje się; ona jest, po prostu jest) przy bohaterce Janko blada i niedojrzała. Bo Hania to mądra kobieta. Irytująca chwilami, ale taka prawdziwa, niewydumana.
Anna Janko odsłania w swej powieści kulisy rodzinnego piekła, które nie musi wynikać z przemocy fizycznej: wynika z monotonii, z nudy, z różnicy charakterów, z niespełnienia, rozczarowania, z biedy. Takie związki to męczarnia. Takie związki to, przypuszczam, chleb powszedni w wielu domach. Janko napisała książkę prawdziwą, dosadną, bolesną, ujętą w słowa najdelikatniejsze, wytrawne. Czysta poezja.
Hania, narratorka, główna bohaterka, rzeczywiście może irytować, swoją biernością, niezrozumiałym trwaniem w toksycznym, wypalającym związku, ale ta Hania mieszka w każdej (każdym?) z nas. Brak odwagi, by coś zmienić, przede wszystkim: brak wiary w sens jakiejkolwiek zmiany, może też wygodnictwo?
W "Dziewczynie zapałkami" porusza Anna Janko zagadnienia etyczne, problem wiary, problem uzależnień (alkohol, praca). Ta książka jest wszechogarniająca, tę książkę trzeba przeczytać. Cudowna. Wstrząsająca. Poezjoproza.
Nie zacytuję żadnego zdania. Musiałabym przepisać wszystko.

czwartek, 7 maja 2009

Nowe życie, Orhan Pamuk

"Tej nocy znowu czytałem książkę. Z szacunkiem, oddaniem i pragnieniem, by zabrała mnie z tego świata [1]".
Uch, uch. Kolejny, po Doris Lessing, Noblista, z którym postanowiłam się spróbować w tym roku. Jego książkę przytargałam z biblioteki. Tę akurat, bo innych nie było. Pamuk jest modny i trzeba czekać. Pamuk jest ciężki, w sensie nieomal dosłownym. Pamuk to kilogramy słów, które przez blisko 2 tygodnie dźwigałam oczyma. I szło mi, początkowo, bardzo opornie. Pamuk jest kłopotliwy.
"Nowe życie" to historia opowiadana przez dojrzałego mężczyznę, wspominającego dawne czasy, z naciskiem na lata studenckie. Wówczas to jako młody (bodajże 22-letni) chłopak przeczytał on pewną książkę, podsuniętą przypadkiem przez piękną studentkę, Canan. Osman, bo tak na imię naszemu bohaterowi, zakochał się i w owej książce, i w owej dziewczynie. Obie wpłynęły na całe jego życie. Obie stanowią treść "Nowego życia".
Nie chcielibyście przeczytać tej Osmanowej książki. Zupełnie zniekształciła mu obraz świata: "Całe moje życie zmieniło się po jej przeczytaniu (...) - Mój pokój, dom i świat przestały być moje, poczułem się samotnie i obco" [2]. W poszukiwaniu Prawdy i Anioła, O Którym tak Naprawdę Nic Nie Wie,  Osman rozpoczął podróż, długą, rozciągniętą na niemożebnie ogromną ilość słów i stron. Pamuk jest niemożliwie drobiazgowy, męczący. Podróże Osmana w autobusach takoż. A jednak, o losie kobiety sprzecznej!, przyjemnie mi było poczytać o małych tureckich miasteczkach, przez które przejeżdżał autobus wypełniony Osmanem i Canan. Zwłaszcza, że "Nowe życie" to pierwsza książka, która przeniosła mnie w okolice Stambułu. Nigdy wcześniej tam nie byłam.
Wszystko to prawda, wszystko to prawda co zawarte jest w opiniach literackich znawców na okładce "Nowego życia". To powieść filozoficzna, po trosze kryminalna, raz żywiołowa (za jednym przysiadem 50 stron, w napięciu, z przejęciem, z autentycznym zainteresowaniem), potem statyczna, nudna, odkładana przeze mnie na dzień lub dwa, co by odetchnąć. Zderza się w tej książce Wschód z Zachodem (coca-cola kontra tureckie karmelki), i czuć ogromną niechęć do zachodnich wpływów, która to niechęć, oddana niezmiernie sugestywnie, udzieliła się i mnie, przyznaję.
Próżno by opisywać szczegóły tej książki, myślę, że każdy odnajdzie w niej coś innego. Pod warunkiem, że poń sięgnie. Nie, nie jest to lektura obowiązkowa, ale za to wymagająca, zwłaszcza skupienia i cierpliwości, i czasu. To, co inni streściliby w kilku równoważnikach zdań, Pamuk wielokrotnie składa i rozkłada, budując zdania zawiłe, po stokroć złożone. "Nowe życie" to książka, której nie sposób przeczytać szybko. W wielu recenzjach i komentarzach spotkałam się z opiniami, że to najsłabsza powieść w dorobku Noblisty, przytłaczająco ciężkostrawna. Przyznaję, że wiele razy miałam ochotę cisnąć "Nowe życie" na podłogę czy z powrotem w biblioteczny kąt. Nie poddałam się jednak, wierna swemu postanowieniu pt. "Kończ, coś zaczęła", a wreszcie: w miarę upływu czasu (nie akcji, bo akcji tu naprawdę mało, malusio) lektura zaczęła sprawiać mi przyjemność. Chciałam wiedzieć, co dalej. I czy Osman spotka Anioła.
Może to wspólna cecha Noblistów, że w trakcie czytania irytują, męczą (uch, jak ja klęłam na Lessing - teraz zań tęsknię), a po lekturze - oceniam ich twórczość w miarę wysoko. Oceniam i doceniam.
Pamuka tymczasem mam dość i będę omijać, ale wiem już, przeczuwam, że jak się trafi - to kiedyś sięgnę po kolejne jego książki. Teraz muszę odpocząć.
Jako przydługi, acz osobisty bonus: miłość wg. Pamuka. On sam w książce przyznaje (jako Osman), że może to i banały, ale we mnie poruszyły uśpioną od dawna tęsknotę. Do mężczyny. Do OMD (Ojca Mojego Dziecka), który był. Do jakiegokolwiek mężczyny wreszcie. Nie pamiętam, nie napiszę na pewno, ale zdaje się, że i łzę uroniłam w trakcie lektury. Oczyszczającą. Jestem przepełniona wdzięcznością.
"Czym jest miłość?
Miłość to poświęcenie. Miłość to przyczyna sama w sobie. Miłość to zrozumienie. Miłość to muzyka. Miłość i szlachetne serce to jedno. Miłość to poezja smutku. Miłość to spoglądanie w lustro kruchej duszy. Miłość mija. Miłość to niemówienie nigdy, że się żałuje. Miłość to stawanie się kryształem. Miłość to dawanie. Miłość to dzielenie się gumą do żucia. Z miłością nigdy nic nie wiadomo. Miłość to puste słowo. Miłość to połączenie z Bogiem. Miłość to cierpienie. Miłość to spotkanie twarzą w twarz z aniołem. Miłość to łzy. Miłosć to czekanie na telefon. Miłość to cały świat. Miłość to trzymanie się w kinie za ręce. Miłość to upojenie. Miłość to potwór. Miłość to ślepota. Miłość to słuchanie głosu serca. Miłość to święta cisza. O miłości śpiewa się piosenki. Miłość dobrze robi na cerę ". [3]
[1] Orhan Pamuk, "Nowe życie", przeł. Anna Polat, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 43.
[2] Tamże, s. 25.
[3] Tamże, s. 247-248. (podkreślenia - aerien)