wtorek, 28 kwietnia 2009

Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright

No tak.
Choć jestem zdania, że recenzje winno się pisywać na gorąco, tuż po lekturze, gdy emocje jeszcze nie ostygły (tak zwany ciepły kotlet z wrażeń), za recenzję książki Anne Enright, nagrodzonej Bookerem 2007, zabieram się po dobrych kilku tygodniach od jej przeczytania. I, kurcze blade, niewiele z tej lektury pamiętam. Ale to nic. Nie pamiętałam już wcześniej, między Bogiem a prawdą: odkładając książkę na półkę, zupełnie o niej zapomniałam.
Bo ta powieść jest jak rzeka, jak głęboka woda. Kiedy czytasz, zanurzasz się w niej po szyję, po czubki uszu, obmywają Cię fale słów, topisz się w kolejnych akapitach, książka porywa Cię i płyniesz, płyniesz strona po stronie. Kiedy kończysz lekturę, woda treści spływa po Tobie, obsycha, wytarta w ręcznik rzeczywistości. Niechaj nie dziwi Was moja niepamięć.
Bo ta powieść jest jak rzeka, jak głęboka woda. I zupełnie jak ona: nieprzewidywalna. Niezmierzone morze chaosu. Strumień świadomości 40-letniej kobiety, nieuporządkowane zapisy wspomnień, wodospady cudzych myśli, gorzkie historie stricte rodzinne i mroczne sekrety.
"Mama miała dwanaścioro dzieci i - jak wyjawiła mi pewnego trudnego dla niej dnia - siedem poronień. Nie ponosi winy za swoje dziury w głowie". [1]
W dzieje swojej rodziny zanurza się Veronica, jedna z dwanaściorga rodzeństwa, którego losy opisuje. Pogrążona w depresji po samobójczej śmierci najukochańszego z licznych braci, stara się poznać przyczynę jego nieodwracalnej decyzji. Odnajduje ją we wspominanych wydarzeniach z dzieciństwa, kiedyś dlań niezrozumiałych, a jednak, jak się okazało, traumatycznych, bolesnych, które odcisnęły głęboki ślad w jej psychice, i, być może, doprowadziły do samobójstwa brata .
Ciekawe? Ale banalne, zapewniam. Jeśli chodzi o treść, to "Tajemnica rodu Hegartych" jest jedną z tych mało odkrywczych, nic lub prawie nic nie wnoszących książek. Jeśli przyznano jej nagrodę, to z całą pewnością za język (świetnie napisana!) i klimat. O tak, klimatu tej powieści nie zapomniałam: mroczny i duszny, niepokojąco porywający. Czytanie "Tajemnicy" to igranie z obłędem, bohaterka-narratorka prowadzi swój wewnętrzny monolog w sposób czasami zupełnie nielogiczny, więc proszę się nie zniechęcać: książka porwie Was i uniesie z czasem, jak głęboka woda, jak wartka rzeka. W tej powieści nie wiadomo co jest prawdą, a co wymysłem Veroniki, nie wie tego sama bohaterka: "Chciałabym opisać coś, co zdarzyło się w domu mojej babci, kiedy miałam osiem albo dziewięć lat, chociaż nie jestem pewna, czy to się naprawdę zdarzyło. Muszę dać świadectwo niepewnej sytuacji. Czuję, jak się we mnie kotłuje - mimo że mogło nigdy do niej nie dojść' [2]. Mroczne, duszne wspomnienia, powroty do przeszłości, skoki w teraźniejszość, pogrążona w depresji narratorka, tajemnica rodzinna.
Jeśli macie ochotę - skaczcie. To głęboka woda, ale utonąć w niej można tylko na chwilę. Potem wysycha. Wielka szkoda. Ja na pewno nie wrócę po raz drugi do tej akurat rzeki. Wystarczy.
[1] Anne Enright, Tajemnica rodu Hegartych, przeł. Anna Kołyszko, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 12.
[2] Tamże, s. 5.

sobota, 25 kwietnia 2009

Żeby nie było

Nie umarłam. Nie porzuciłam bloxa. Nie zaprzestałam czytania.
Przez blisko dwa tygodnie prowadziłam "Nowe życie" z Pamukiem, skutecznie omijałam księgarnie, powodowana prywatnym kryzysem ekonomicznym, z tegoż względu zbojkotowałam Światowy Dzień Książki, z biblioteki, na pociechę, wypożyczyłam "Płaczącą Zuzannę" Kimchi, "Biegunów" Tokarczuk, przedłużyłam termin zwrotu "Domu Augusty" Axelsson. A dzisiaj, przed paroma minutami, podczas cowieczornej kontroli nowych wpisów u zaprzyjaźnionych moli książkowych dowiedziałam się, że oto... wygrałam!! Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny. O rany, Inblanco, dziękuję!!! Jak to mówią na Zachodzie - you made my day!! Tego wieczoru, możecie być pewni, czuję się przeszczęśliwa. Tak już dawno nie nabyłam żadnej nowej książki (bo nie liczę kolejnych pozycji Klasyki Romansu, które co 2 tygodnie kupuję), tak zazdrośnie spoglądam na pokaźne stosiki na książkowych blogach, tak żałuję, że nie stałam w empikowskiej kolejce i nagle los się do mnie uśmiechnął!!! Szczęśliwa ja.
Jutro 10 godzin w pracy, w niedzielę 8, może jeszcze w weekend napiszę o Pamukowym "Nowym życiu", "Ostatecznym wyjściu" Kirino i 'Tajemnicy rodu Hegartych" Enright. A dzisiaj po prostu będę się cieszyć i sprawdzę, dlaczego Zuzanna tak płacze. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Białe zeszyty, Sonia Raduńska

"Święta to dla mnie uwierający czas. Dziś trudno. Jest nas w domu troje, tak zwana najbliższa rodzina, i nawet nie usiłujemy się spotkać i poprzyjaźnić. Każde z nas siedzi w swoim (często zamkniętym) pokoju, zabijając pustkę i nudę tego dnia jedzeniem, snem, telewizją, prasą. W takich momentach mam poczucie porażki jako - założyciel rodziny? kapłanka domowego ogniska? Czuję się odpowiedzialna za tę potrójną samotność, która tu mieszka. Kocham Noemi i Jacka, czuję więź emocjonalną z moim bratem - i tylko tyle tej wspólnoty. W codziennym, nieświątecznym czasie udaje mi się o tym nie myśleć i nie czuć tego. Święta obnażają pustkę, dystans, jałowość, brak komunikacji..." *
To jedyny (!) fragment "Białych zeszytów", który zapadł mi w pamięć, i który wydał mi się ważny i prawdziwy (choć oczywiście mało odkrywczy) na tyle, bym tuż przed oddaniem książki do biblioteki poświęciła czas na jego odnalezienie i przepisanie do kalendarzyka "Twojego Stylu" na rok 2006, bo tylko ten był akurat pod ręką. W każdym razie przepisałam z zamiarem zacytowania w swojej recenzji, a że dzisiaj Święta, to mimowolnie przypomniałam sobie o Raduńskiej i jej spojrzeniu na okres świąteczny. O zaniedbanym ostatnio bloxie - również.
W czasach, kiedy byłam stałą czytelniczką "Zwierciadła" (aktualnie nie czytuję prasy kolorowej, może tylko książkowe recenzje w "Bluszczu"), moją ulubioną rubrykę, od której zaczynałam comiesięczną lekturę, stanowiły felietony Sonii Raduńskiej właśnie, pełne ciepłej psychologii i lekkie w odbiorze. Spodziewałam się, że "Białe zeszyty" będą podobne. Zawiodłam się. I co tu dużo mówić: zmęczyła mnie ta książka niemożebnie.
W "Białych zeszytach", które stanowią zbiór wycinków z licznych dzienników ponad 40-letniej kobiety o imieniu Sonia (uwaga! nie zadałam sobie trudu, by sprawdzić, czy są to autentyczne zapiski Autorki - trochę z lenistwa, głównie dlatego, że wolę nie wiedzieć - chcę pielęgnować w sobie idealistyczny obraz Raduńskiej znanej mi z felietonów), niektóre słowa powtarzają się jak refren: delikatnie, czule, ważne, ciepłe, mądre, istotne. Bohaterka w tym swoim pisaniu niezmiernie mnie irytowała. Ciepła, czuła, uważna, czytująca Stachurę, zachwycająca się filozofią Dalajlamy i Whartonem oraz pleśniowym serem. A przy tym szaleńczo zakochana w żonatym przyjacielu. Przez całą książkę miałam nadzieję, że - napiszę to niegrzecznie, wybaczcie- narratorka stuli swój literacki pysk i napisze wreszcie o czymś innym niż o Pawle, swej Wielkiej Późnej Miłości. Niestety - nie doczekałam się. To książka o kochaniu i pewnie byłabym nią zachwycona, czytając ją kilka lat temu. Teraz po prostu mnie zdrzaźniła, zwłaszcza, że bohaterka opisuje uczucia w sposób, który był mi bliski, kiedy miałam 17 lat. A bohaterka ma ponad 40, przypominam.
Uch, no nie wiem, mnie ta książka w ogóle nie przypadła do gustu, choć muszę przyznać, że nie jest tak miażdżąco zła: na pewno wielu czytelników (czytelniczek!) "odnajdzie w niej obraz swoich uczuć". Ja absolutnie nie. Toteż nie polecam, jednak przytoczony fragment "Białych zeszytów" oddaję Wam (i sobie!) pod rozwagę, jeszcze jeden dzień Świąt przed nami, może warto coś zmienić?
* Sonia Raduńska, Białe zeszyty, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 151.

środa, 8 kwietnia 2009

Takie buty

Jestem teraz w stanie przygnębiająco bezpieniężnym, a tyle bym chciała.
Wczoraj wybrałam się na zakupy po buty dla dziecka, prostownicę do włosów, a jeśli nie prostownicę, to chociaż "Dziewczynę z zapałkami" Anny Janko.
Buty dla dziecka kupiłam, kupiłam dziecku dwie czapki, a zamiast książki i prostownicy wróciłam z ... dzbankiem do parzenia herbaty i zestawem tejże. Od herbat zielonych po czarne, z ananasem, truskawkami, migdałami, wrzosem i nagietkiem.
Działam irracjonalnie, owszem, ale prostownica (taka, jaką bym chciała) tymczasowo nie na moją kieszeń, księgarnia była akurat zamknięta, a dzbanek okazał się piękny, herbaty aromatyczne i smaczne.
Tymczasem dzisiaj trafiłam do zupełnie innej księgarni, ale "Przeprawa" C. McCarthy'ego za 9.50 (!) musi tam na mnie poczekać jeszcze tydzień. Na szczęście są dwie sztuki. I widziałam też "Przepiórki w płatkach róży" za całe 6zł. (!), ale już mam.
Co do "Dziewczyny z zapałkami" to nie jest tak wstrząsająco przeceniona, ale wiem, że muszę mieć swoją własną - przeczytawszy półtorej strony egzemplarza biliotecznego przeczuwam, że jest to książka doskonała, a utwierdzają mnie w tym pochlebne recenzje na blogach, jak np. ta dzisiejsza, autorstwa germini.
Wciąż nie mogę obfotografowywać przybywających książek. Ale aparat to zakup na kiedyś.
Zabrałam się wreszcie do czytania, bo wcześniej byłam zbyt zmęczona - w pracy spędziłam cały rozsłoneczniony weekend, a i teraz pracuję do wieczora. Wybrałam Orhana Pamuka, "Nowe życie", więc pewnie zajmie mnie na dłuższy czas. Może uda mi się napisać zaległe recenzje. W tak zwanym międzyczasie i w ramach rozrywki nadal pocinam w simy do późnej nocy, a dzisiaj pewnie też w "Obscure 2", przygodówkę dołączoną do gazety.
Okna pomyte, firanki odświeżone. W Wielką Sobotę pracuję, ale potem dwa dni słodkiego lenistwa. Nie mogę się doczekać.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Dziecię boże, Cormac McCarthy

Nadciągnęli w porannym słońcu z gór, przez rowy zarośnięte trawą po pas, karnawałową niemal karawaną.[1]
Tymi słowy rozpoczyna się "Dziecię boże" - książka, na którą czekałam już długo, a po lekturze "Drogi", moim pierwszym spotkaniu z McCarthy'm, czekałam niecierpliwie, namiętnie.
To pierwsze, powyżej zacytowane zdanie, przeczytałam wielokrotnie, zanim na dobre pogrążyłam się w lekturze. Nie wiem, nie pamiętam, gdzie się tego nauczyłam i skąd nabrałam przkonania, że pierwsze zdanie powieści jest absolutnie najważniejsze, nieomal kluczowe. W każdym razie - już tak mam, i decydując się na jakąś lekturę, zazwyczaj czytam właśnie pierwsze zdanie, a potem albo książkę odkładam, albo kontynuuję lekturę. Po "Dziecię boże" sięgnęłam w ciemno, nie zajrzałam do środka, stanęłam przy kasie, wyszłam z książką. A w domu długo, długo się wczytywałam w ten początek. I może to lepiej, że nie w księgarni, bo jeszcze bym nie kupiła? Hmm, w każdym razie ów cytat był dla mnie zapowiedzią książki intrygującej i trochę niezrozumiałej zarazem. Na pewno świetnej językowo. Wszystko się sprawdziło. Zakupu nie żałuję.
Odnoszę wrażenie, że styl McCarthy'ego rozpoznałabym zawsze i wszędzie - to pisarz o wielkiej mocy pióra, pisarz-bóg, niezwykle oszczędny w słowach, hojny w treści, w przekazie. Zadziwił mnie sugestywnością w "Drodze", w nowej książce takoż. Chciałabym tak pisać. Chciałabym zawsze czytywać książki tak napisane. Bez językowych eksperymentów, z wielką mocą, jaką daje prostota.
Narracja w "Dziecięciu bożym" nie jest już jednak tak prosta i oczywista. Przez pierwszych kilkanaście stron czułam się zagubiona. Kolejne fragmenty, pozornie tylko niespójne, skakały mi przed zadziwionymi oczyma, jak migające obrazy z telewizora. Perspektywa szeroka: o głównym bohaterze wypowiada się i wszechwiedzący narrator i postaci, które miały bezpośredni związek z Lesterem Ballardem. A sam Lester Ballard? Nie wiem, czy mielibyście ochotę go poznać...
"Opowiem wam, co stary Gresham zrobił, kiedy żona go odumarła i rozum mu odjęło. Pochowali ją tu, w Sixmile, pastor najpierw sam powiedział kilka słów, a potem spytał się Greshama, czy by nie zechciał dodać coś od siebie, zanim sypną jej garść ziemi, na co stary Gresham wstał, z kapeluszem w ręce, jak trzeba. Wstał i zaśpiewał bluesa dla tchórzy. Że trzeba wypiąć pierś i kroczyć jak kogut przez kurze gówno. Nie, nie znam słów, ale on znał i zanim usiadł, odśpiewał calutkiego bluesa. Zdrowo był szajbnięty, a jakże, ale nie umywał się do Lestera Ballarda"[2].
Głównym bohaterem powieści jest zatem "szajbnięty" Lester Ballard, człowiek z marginesu społecznego, osiadły na obrzeżach małej mieściny, pomieszkujący w opuszczonych chatach i jaskiniach. Wypędzony z własnego domu, niesłusznie oskarżony o gwałt, wyszydzany przez lokalną społeczność, Lester usiłuje przetrwać, urozmaicając swój żywot "drobnymi" zabójstwami. Oczywiście, McCarthy w sposób arcysugestywny serwuje nam szczegółowy opis niecnych uczynków Ballarda, ale jako że byłam akurat tuż po lekturze thrillera Natsuo Kirino, uodporniłam się na krew i ludzkie trzewia. Trochę szkoda, takich książek nie czyta się kolejno, bo wtedy opisy w "Dziecięciu bożym" wstrząsnęłyby mną silniej.
Jednak nie zbrodnia ma tu wstrząsać. W książce McCarthy'ego najważniejsza jest istota zła, przyczyny, pochodzenie. Bo skutki są zwykle jednakie. Wiadome.
"Uważa pan, że ludzie wtedy byli bardziej podli? - spytał zastępca.
Stary mężczyzna patrzył na zalane miasto.
Nie - odparł. - wcale tak nie myślę. Na mój rozum, ludzie są jednacy, odkąd Pan Bóg stworzył pierwszego".[3]
Oczywiście, że Ballard jest na wskroś zły. Ale czyż nie byłby zły ktoś, kto odsunięty jest od życia w społeczeństwie, komu odebrano możliwość normalnego funkcjonowania? Ktoś okrutnie samotny? Poczucie inności, odrzucenia, potrafi być nie do zniesienia. niektórzy odreagują taki stan rzeczy dokładnie w ten sposób, jak Ballard. A może predyspozycje genetyczne również są tu istotne? A może winne jest społeczeństwo, które zamyka się na kogoś, kto jest choć trochę inny. Albo zaściankowośc społeczna. Wyraźny brak długofalowego pomyślunku.
Uch. "Dziecię boże" to książka do przemyślenia. Wrócę doń, jeszcze w tym roku. Między wersami za dużo pytań. Dostaje się po oczach, och, pieką potem.
A jednak...to nie jest "Droga".
[1] Cormac McCarthy, "Dziecię boże", przeł. Anna Kołyszko, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 7.
[2] Tamże, s. 26.
[3] Tamże, s. 189.