piątek, 27 lutego 2009

Przypomnij sobie, Elina Hirvonen

"Jest coś takiego w słowach. We wprawnych rękach, zręcznie pokierowane, biorą cię w niewolę. Owijają się jak pajęczyna wokół członków, a kiedy już cię tak spętają, że nie możesz się ruszyć, przebijają ci skórę, wnikają w krew, paraliżują myśli" [1].
W tej powieści słowa są jak ptaki. Małe i szybkie, bardzo lotne, nim zdołam dostrzec ich cień, przysiadają mi lekko na ramieniu, by zaraz odfrunąć. Jeśli nie pozaklejam ich ostroróżowymi samoprzylepnymi karteczkami, znikną. Albo wydziobią mi oczy. Nie wiem, co gorsze.
Takie jest moje pierwsze wrażenie z lektury.
Albo nie. Drugie. Pierwszym była myśl, że na pewno przeczytam szybko, najpewniej poświęcę tej książce jeden cichy wieczór, bo niewielka objętościowo i z niemałym drukiem. Na pewno szybko.
Tymczasem nie, wcale nie. Tę powieść należy zażywać w małych dawkach, jak ohydne, gorzkie lekarstwo, po którym chce się wymiotować. Tak ja czytałam tę powieść. Tak do dziś o niej myślę.
"Przypomnij sobie" to swego rodzaju patchwork z miłości i bólu. Cierpią tu wszyscy: narratorka - Anna, jej brat Jonasz, jej mężczyzna - Ian. Cierpią postaci drugoplanowe: rodzice Anny, rodzice Iana. Cierpi czytelnik.
Elina Hirvonen to mistrzyni słowa: oszczędna i precyzyjna. Nie czytałam dotąd bardziej poruszających wyznań miłosnych, jak chociażby to:
"Ian poczerwieniał, a jego dłonie rysowały okręgi w powietrzu. Miał chude ręce, na nadgarstkach rosły mu czarne włoski. Zapragnęłam poczuć, jakie są w dotyku" [2].
"Przypomnij sobie" jest niesamowicie, niesłychanie spójną książką, choć zawiera w sobie całe pokłady chaosu. Akcja powieści toczy się niespiesznie. Jeden dzień w kawiarni. Anna czyta książkę. "Godziny" M. Cunninghama. Akcja powieści toczy się w ciągu tego jednego dnia, nad kawą, nad "Godzinami". Całą resztę, serce "Przypomnij sobie" stanowią myśli i wspomnienia Anny, za którymi podążamy. A myśli te są najzupełniej chaotyczne właśnie, cofamy się w czasie do Anny i Jonaszowego dzieciństwa, do młodości ich matki, przenosimy do Nowego Jorku wraz z Ianem, zanurzamy się w "teraz", czyli w związku Iana i Anny, w szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywa Jonasz.
To takie obezwładniające, ta książka, to czytanie, to myślenie o niej.
"Wyciągamy języki, żeby powstrzymać elfy. Tata trzyma nas za ręce, a my wirujemy razem z płatkami, mamy zimne krople na językach i nagle, jestem tego pewna, zamiast płatka śniegu połykam gwiazdę" [3].
Brat Anny, Jonasz, ofiara domowej przemocy fizycznej (ojciec, który katuje, także był dzieckiem katowanym), trafia do szpitala psychiatrycznego ("O tym szpitalu na głos mogą mówić tylko ci, którzy nigdy nie mieli z nim nic wspólnego" [4]). Młodsza od Jonasza, niebita, lecz równie cierpiąca Anna, cierpiąca za niego i uwielbiająca brata, opiekująca się bratem, zakochuje się odtąd w podobnych Jonaszowi ofiarach, nieszczęśliwych mężczyznach ("Im bardziej ubłocony człowiek spał w moim łóżku, tym bardziej czułam się czysta" [5]). Annie przytrafia się Ian, którego historia jest równie smutna - jego ojciec jest ofiarą wojny, matka kobietą nieszczęśliwą, on sam dzieckiem szykanowanym w szkole. W życiu dorosłym doświadcza go 11 września w Nowym Jorku, choć nie ucierpiał on sam, ani jego bliscy. Mimo to wyprawia się do Finlandii, wyrażając swój sprzeciw wobec międzynarodowych gwałtów. Jednakże w Finlandii także nie może poczuć się komfortowo - jako Amerykanin, cierpi za swój naród, Europejczycy nie szczędzą mu ostrych słów, obwiniają o wojnę w Iraku. Na szczęście Ianowi przytrafia się Anna.
Powieść niezwykła, oszczędna, utkana z cierpienia i miłości. Długo pozostaje w pamięci, sam tytuł sugeruje, by stale sobie przypominać. O samotności, o nieszczęśliwych ludziach, o skutkach wielkiej polityki, o tym, co było, i o tym, co jest.
"Zamykam książkę i gładzę szorstką okładkę. Mam ochotę poprosić bohaterów powieści o wybaczenie" [6].
[1] Diane Setterfield, Trzynasta opowieść, przeł. Barbara Przybyłowska, wyd. AMBER, Warszawa 2006, s. 13.
[2] Elina Hirvonen, Przypomnij sobie, tłum. Iwona kosmowska, wyd. W.A.B., 2008, s. 12.
[3] Tamże, s. 87.
[4] Tamże, s. 60.
[5] Tamże, s. 89.
[6] Tamże, s. 15.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Trzynasta opowieść, Diane Setterfield

Ciekawi Was może, jak spędziłam kilka ostatnich wieczorów?
"Już czas. Krzątałam się pospiesznie. W łazience umyłam mydłem twarz i wyczyściłam zęby. Za trzy minuty ósma byłam już w nocnej koszuli i w kapciach, czekając, aż zagotuje się woda w czajniku. Szybciej, szybciej. Za minutę ósma. Butelka z gorącą wodą gotowa. Nalałam sobie też szklankę wody z kranu. Byle nie tracić czasu. Bo o ósmej kończył się świat. Nadchodziła pora czytania" [1].
Mniej więcej tak to się odbywało. O ósmej kończył się świat, zaczynała "Trzynasta opowieść".
Ech, "Trzynasta opowieść". Cóż za cudowne czytadło, fascynująca historia, mroczna i pełna ciepła zarazem! Właśnie tego potrzebowałam - zanurzyć się w zwykłej powieści, pogryzać kanapki z serem, malinowo-jagodowy kisiel, wreszcie jabłko; parzyć kawę za kawą, otulić się kocem i nasiąkać czytaniem.
Diane Setterfield, Autorka, wg krótkiej noty na okładce "czterdziestokilkuletnia nauczycielka akademicka, wykładająca XX-wieczną literaturę francuską" [2], a w moim przeczuciu także niepoprawny mól książkowy, wiedziała, jak mnie podejść, jak mnie uwieść: antykwariat. Zapach książek, szelest stron. "Książki, książki, ciągle książki" [3]. I narratorka powieści, Margaret Lea, pracownica antykwariatu, którego właścicielem jest jej ojciec, biografistka-amatorka, samotnica, "która bardziej kocha książki, niż ludzi" [4]. I Vida Winter, tajemnicza, ekscentryczna i uwielbiana przez czytelników pisarka: "pięćdziesiąt sześć książek wydanych w ciągu pięćdziesięciu sześciu lat; przetłumaczono je na czterdzieści dziewięć języków" [5]. Losy obu pań, tak przecież różne (czy na pewno? Wszak obie skrywają przed światem mroczne sekrety), splatają się. Oto pisarka, będąca u kresu drogi zwanej życiem, decyduje się na spisanie własnej biografii rękoma Margaret Lea. Spotkanie kobiet przenosi nas z pachnącego kurzem i czytaniem antykwariatu do surowej i cichej posesji Vidy Winter, a także do Angelfield, starej i mrocznej, pełnej tajemnic posiadłości.
Książka skonstruowana cudownie, z wyraźnym podziałem na wstęp, rozwinięcie, zakończenie, pełna retrospekcji, zamyśleń nad ludzką naturą, potrzebą samotności i potrzebą współdziałania, nad wpływem więzów krwi, które determinują nasze życie; przepełniona umiejętnie budowanym napięciem i atmosferą niezwykłości. Wrzosowiska, tajemnicze głosy, szelest papieru, kurz, wreszcie duchy... czyż w takiej książce, w dodatku sprawnie napisanej, nie można się zatracić? Ja w każdym razie czytałam z ogromną przyjemnością. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników książek! A zadanie domowe dla mnie: "Dziwne losy Jane Eyre", bo tytuł ten przewija się nieustannie na kartach "Trzynastej opowieści".
[1] Diane Setterfield, Trzynasta opowieść, przeł. Barbara Przybyłowska, wyd. AMBER, Warszawa 2006, s. 27.
[2] Tamże, tekst z okładki
[3] Tamże, s. 19.
[4] Tamże, tekst z okładki
[5] Tamże, s. 14.

piątek, 20 lutego 2009

Zaległy stosik styczniowy

Przede wszystkim: dziękujemy za ciepłe słowa i dobre myśli. Gorączka dzisiaj zelżała, Bubuś, odpukać, śpi spokojnie. O 1:00 kolejna dawka antybiotyku. Czuwam.
I prezentuję zaległy stosik, czyli książkowe łupy styczniowe:
Od góry:
1) Laura Esquivel, Przepiórki w płatkach róży - zainspirowała mnie katja  oraz tekst z okładki "Zupy z granatów" Mehran, jakoby podobne były. Pierwsze wydanie, ponoć rzadko już spotykane, upolowane na Allegro za 16zł. 
2) Marsha Mehran, Woda różana i chleb na sodzie - jedyna przeczytana i zrecenzowana książka z tego zestawu. Błogosławiony Empik. W okolicznych księgarniach nie było.
3) Lionel Shriver, Musimy porozmawiać o Kevinie - recenzjaPadmy wystarczyła. A i okazja na Allegro - 9,99 zł.
4) Marisha Pessl, Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof - zanim zaczęłam pisać, długo podczytywałam blogi i bloxy książkowe, niemal na każdym odnajdując recenzję tej książki. Nie wiem, jedne bardzo pochlebne, drugie bardzo krytyczne, ale poczułam, że muszę przeczytać, że mnie na pewno przypadnie do gustu. I znów Allegro - 12,50 zł.
5) Majgull Axelsson, Kwietniowa czarownica - nagroda ufundowana przez Biblionetkę. Mój wybór. Bloxowo-blogowe inspiracje i znów: przeczucie, że i mnie się spodoba.
6) Sue Monk Kidd, Sekretne życie pszczół - a nie wiem, czemu. Kojarzyłam tytuł, w księgarni przeceniona, to wzięłam.
7) Stieg Larsson, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - bo chyba nie wypada nie znać.
Tymczasem jest już luty i znów 7 ( jak dotąd) zakupionych książek, pewnie pokażę w marcu, bo 4 w drodze (Allegro). I pomyśleć, że przez ostatnie dwa lata nabyłam tylko kilka brakujących tomów "Jeżycjady" i książeczki dla synka. Teraz nadrabiam. I nic, że kryzys. Chce mi się czytać.

czwartek, 19 lutego 2009

40,3 C

40,3 C - to temperatura 3-letniego ciałka mojego synka, Bubusia. Utrzymuje się od dwóch dni. Zapalenie migdała, jedziemy na czopkach i antybiotyku. W pracy skamlę o wolne.
To jedna z nielicznych sytuacji, w której czytanie książek, choćby tak zajmujących jak "Trzynasta opowieść", nie przynosi ukojenia.
Bardzo się boję, i kiedy patrzę w te niewidzące, przekrwione oczka mojego dziecka - mam ochotę wyć. Dzieci nie powinny chorować, gorączkować, cierpieć. Tak bardzo, bardzo nam źle.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Szczelina, Doris Lessing

Fascynująca opowieść!
Właśnie tak: opowieść, legenda-nie-legenda, mit-nie-mit, historia z ust do ust, zasłyszana, przekazywana pokoleniom, spisana i zorganizowana ostatecznie przez starożytnego Rzymianina, któremu Doris Lessing oddaje w "Szczelinie" głos. Lecz cóż to za opowieść, cóż to za Lessing, Autorka przewszechstronna, o stu dwunastu twarzach! Kiedym już myślała, że oto, po przeczytaniu 3 powieści Lessing, oto odnalazłam kod do jej pisarskiego szyfru - wpadłam w "Szczelinę", i kajam się, i chylę głowę, Lessing jest absolutnie niesamowita, co dotąd przeczuwałam, oczywiście, a teraz już wiem na pewno.
Do "Szczeliny" podchodziłam trochę jak do jeża.  Po "Lecie przed zmierzchem" musiałam odetchnąć Lewycką i Mehran, kupić kilka nowych książek, przygotować gorące kakao.
Pierwszych kilka stron i poczucie, że nie, nie podołam lekturze. Nie wiem, kto tu jest narratorem, kto snuje opowieść, a kto tylko wtrąca wtręty, jakieś absurdalne określenia płci żeńskiej i męskiej, obcinanie jąder, strach i zgroza, niezrozumiały fantastyczny bełkot. A potem, nie wiem sama kiedy, przepadłam na dwa czy trzy wieczory. I nagle rozumiem, wiem już, wiem, że...
Jestem Szczeliną, z innej Szczeliny zrodzoną. Rządzą nami fazy księżyca, zapładnia nas księżyc lub morska fala. Wylegujemy się na skałach i pływamy, rodzimy inne Szczeliny. Jesteśmy tu od zawsze, jedyne i samowystarczalne, choć nie musimy się nad tym zastanawiać, nie zastanawiamy się wcale. Po prostu: wylegujemy się na skałach i pływamy, rodzimy inne Szczeliny...
"Mówimy też o sennej niezmienności, o egzystencji podobnej do życia ryb, które przypływy i odpływy wyrzucają na brzeg i znowu zabierają w głąb morza, a wszystko to w odpowiedzi na zmiany faz księżyca. I nagle zdarzyła się prawdziwa zmiana, zmiana zasadnicza - narodziny zdeformowanych dzieci, Tryskaczy, Potworów. Początek niepokojącego moralnego dyskomforu, niezadowolenia, frustracji - narodziny świadomości samych siebie i życia. Na razie dopiero początek, coś w rodzaju wzburzenia, jakie schwytana ryba czuje w kontakcie ze szturchającym ją patykiem" [1].
Dopiero niespodziewane narodziny osobników płci męskiej zmieniają bieg życia Szczelin i rozpoczyna się trwający po dziś dzień konflikt płci, wzajemne badanie się psycho-fizyczne,  wzajemne odkrywanie. Lessing piórem starożytnego Rzymianina opisuje rodzenie się stereotypów: kobieta - strażniczka domowego ogniska, mężczyzna -myśliwy, niespokojny duch, rodzenie się świadomości społecznej, poczucia indywidualności i przynależności, zaczątki budowania rodzinnych więzi. Autorce zarzuca się zwykle feministyczny sposób widzenia, ale ja odnajduję w "Szczelinie" zwykłą sympatię do mężczyzn, bez których ród kobiecy, Szczeliny, wyginąłby, po prostu. Mężczyźni i kobiety, tak różni i w budowie ciała, i w podejściu do życia, zależą od siebie nawzajem; różnice tworzą harmonię. Muszą nauczyć się, wciąż się uczą, współdziałać, bo "jest nas tak mało, tak łatwo umieramy..."[2]
Ale, jak widać, u Lessing to nie mężczyzna, a kobieta pojawia się pierwsza. Nie wiem, czy jako kobiecie, czy jako czytelnikowi, ale naprawdę podoba mi się ta "rewolucyjna teoria o pochodzniu człowieka -ironiczna, prowokacyjna, epicka, barwna". [3] Myślę, że warto się z nią zapoznać. Ja osobiście bardzo bym chciała, żeby to Lessing miała rację. Jej wizja jest co najmniej przkonująca.
Napisana swobodnie, niemal wyśpiewana i budząca czytelniczą ufność opowieść. Okrutna i bezwględna, jak to u Lessing bywa, momentami nie do zniesienia w bulwersujących opisach znęcania się Szczelin nad pierwszymi przdstawicielami płci męskiej. Pełna dosadnych słów i dzikiego seksu, ciągłej kopulacji Szczelin i Tryskaczy, pierwotnych, nieuświadamianych sobie jeszcze instynktów. A przy tym piękna. Historia, w której zanurzałam się jak Szczeliny w morskich falach. Bardzo, bardzo. Polecam.
[1] Doris Lessing, "Szczelina", tłum. Anna Dobrzańska-Gadowska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 42.
[2] Tamże, s. 178.
[3] Tamże, tekst z okładki
A zainteresowanym, acz niezdecydowanym, polecam dwie świetne recenzje i, dodam, dwie zupełnie różne recenzje. Z każdą z nich warto się zapoznać: na "tak" - recenzja matyldy , na "nie" recenzja Jarka . A dosłownie przed chwilą, z komentarza peek-a-boo (dzięki) dowiedziałam się o krytycznym nastawieniu do "Szczeliny" Kazimiery Szczuki . Też można przeczytać, ale do serca nie brać ;) Ot co.

sobota, 14 lutego 2009

Kreativ Blogger, zaległy stosik i pusty kubek po kawie

Otóż, kilka dni temu nutta wyróżniła mnie pewną bloxowo-blogową nagrodą:
Bardzo Ci, nutto, dziękuję. Mój wirtualny zeszyt funkcjonuje w sieci zaledwie od nieco ponad miesiąca, ale mam nadzieję, że z czasem uda mi się tak naprawdę, tak w pełni zasłużyć na powyższy znaczek. W każdym razie, przez ten miesiąc zdążyłam osiąść w stricte książkowej społeczności blogowiczów i czuję się tu dobrze, zupełnie jak w bibliotece - ciepło, swojsko, i całe mnóstwo książek, które koniecznie trzeba przeczytać. Bardzo się cieszę, że założyłam swój sieciowy dzienniczek lektur. Cieszę się tym bardziej, że poznaję coraz to więcej dusz bliźniaczych.
Zgodnie z zasadami gry, powinnam i ja wyróżnić kilka osób. I zrobię to, rzecz jasna, bo szkoda przerywać ów sympatyczny łańcuszek.
Od razu jednak zaznaczam: wszystkie zalinkowane u mnie blogi, a także te pozostałe, spokrewnione tematycznie, które pewnie istnieją, których istnienie przeczuwam, lecz do których nie zdążyłam dotrzeć - wszystkie one, bez wyjątku, zasługują na wyróżnienie.
Ale wybrać trzeba siedem, wybieram zatem i jednocześnie zapraszam do zabawy:
1. mary
4. matylda
6. bospa
Zasady przyznawania wyróżnienia:
- na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger, oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie
- nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link każdego z tych blogów
- informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.
Uff, to teraz już na spokojnie, zaległy biblioteczny stos:
Przytargałam toto już jakiś czas temu, zdjęcie jak zwykle nieudolne, choć miało pachnieć kawą i czekoladą. Od góry:
1. Elina Hirvonen, Przypomnij sobie - seria z miotłą, która przez Mehran kojarzy mi się dobrze. Ktoś chwilę wcześniej oddał, więc pospiesznie przygarnęłam. Aktualnie jestem w trakcie lektury. Rany, rany. Niesamowita! Już się biedzę: jak ja opowiem Wam o takiej książce?!
2. Joanne Harris, Czekolada - bo nigdy wcześniej, bo lubię słodycze, bo ponoć klimaty "Zupy" Mehran.
3. Sonia Raduńska, Białe zeszyty - bo zawsze chciałam, czytywałam w "Zwierciadle" felietony Raduńskiej, no i była na półce.
4. Doris Lessing, Szczelina - musiałam przedłużyć termin oddania, po "Lecie przed zmierzchem' bałam się sięgnąć po kolejną książkę tej Autorki, ale już przeczytałam, a recenzja wkrótce.
5. Diane Setterfield, Trzynasta opowieść - lubię książki o książkach, o bibliotekach, księgarniach, czytelnikach i pisarzach.
Tymczasem przede mną weekend w pracy. Już się czuję zmęczona. Wypiłam właśnie ostatnią kawę tego wieczoru. Jutro dużo herbaty.

czwartek, 12 lutego 2009

Zarys dziejów traktora po ukraińsku, Marina Lewycka

A teraz właśnie, odziana w miękki kremowy szlafrok, z mokrymi jeszcze włosy po odprężającej wieczornej kąpieli i tuż po lekturze "Szczeliny" Doris Lessing, teraz właśnie gotowam napomknąć o książce Lewyckiej, przeczytanej dobry tydzień temu, jak mniemam, o ile dobrze mniemam, o ile mnie pamięć nie zwodzi.
Napomknąć - to, zdaje się, najwłaściwsze słowo, gdyż rozpisywać się nie zamierzam, przynajmniej tym razem. Po prostu: nie bardzo jest o czym, choć "Zarys dziejów traktora po ukraińsku", przeczytany w dwa krótkie zimowe wieczory, spodobał mi się, tak zwyczajnie.
Mam ochotę powtórzyć za zosik (http://lekturki.com/2009/01/zarys-dziejow-traktora-po-ukrainsku-marina-lewycka/) : nic epokowego,ale skoro przyjemniesię czytało, więc czemu nie?
Idąc na łatwiznę, przytoczę też za wydawcą:
Co zrobią dwie zupełnie różne od siebie i wiecznie skłócone siostry, córki ukraińskich emigrantów, gdy ich ponadosiemdziesięcioletni owdowiały ojciec nagle oznajmi im, że oto znalazł miłość swojego życia?
Wychowana w Anglii Nadia jest przeciwieństwem starszej wiekiem apodyktycznej Wiery, na której ciążą doświadczenia komunizmu. Osiągnięcie porozumienia wydaje się niemożliwe. Do czasu. Gdy w domu pojawi się ponętna, odziana w minispódniczkę Walentina, która kosztem Nikołaja chce realizować marzenie o zachodnim stylu życia, siostry postanawiają zewrzeć szyki, by pozbyć się jej raz na zawsze.
Ot i cała fabuła. Prawda, że brzmi zachęcająco, jak zapowiedź dobrej zabawy, lekkiej rozrywkowej lektury na kilka mile spędzonych godzin? Nic bardziej mylnego, chociaż rzeczywiście: Lewycka napisała powieść lekkim piórem, z uśmiechem, w którym jednak nie sposób nie wyczuć ironii. Bo Autorka najwyraźniej i jak najczytelniej (?) drwi: i ze swoich bohaterów, i z krytyków, którzy po wydaniu książki okrzykną ją mianem przezabawnej. A przecież nie jest zabawnie. Jest upiornie, i może uśmiechem właśnie próbuje Lewycka przysłonić tę gorzką historię, te gorzkie historie.
Bo cała rzecz dotyczy spraw smutnych: mocno nadszarpniętych więzi rodzinnych, niezrozumienia dla, owszem, zniedołężniałego starca, ale przecież starca natchnionego, pełnego pasji, zgłębiającego i spisującego historię maszyn, bez istnienia których nie sposób wyobrazić sobie rozwoju rolnictwa (notabene, fragmenty te, pozornie nudne, czyli tytułowy "Zarys dziejów traktora po ukraińsku", są naprawdę fantastycznie napisane - czytając, myślałam ciepło i z szacunkiem o Autorce, która dla potrzeb powieści surfowała po całej sieci w poszukiwaniu informacji o traktorach i zebrała je później w zgrabną, przyjemną i łatwą w odbiorze całość), a przede wszystkim: smutnego losu emigrantów, których "parcie na Zachód" przedstawiła Lewycka w formie tak skrajnej, że aż przerażającej, budzącej śmiech, ale taki nerwowy, z zaciśniętymi usty.
Ucieczka przed biedą, przed losem smutnej ukraińskiej dziwki, ale także zwyczajna pazerność, marzenia o ziszczeniu się "amerykańskich snów" (choć akcja powieści osadzona jest w Anglii) powodują, że trzydziestoparoletnia Walentyna decyduje się na związek z osiemdziesięcioparoletnim mężczyzną, o którym sama myśli i mówi: obwisły zwis, sflaczały flak. Och, jak bardzo żal mi obojga, niemal w równym stopniu. A jednocześnie: nie znoszę i Walentyny, i jej małżonka. Żaden z bohaterów powieści Lewyckiej nie wzbudza mojej sympatii, nawet narratorka - Nadia, jedna z tych wiecznie skłóconych sióstr. Rzadko mi się to zdarza: nie polubić nikogo. Ale tutaj się nie da. Podziwiam pasję staruszka, jego umiłowanie dla traktorów i sprawne pióro, ale był on złym ojcem, złym mężem. Walentyna jest wiedźmą, zdecydowanie czarnym charakterem tej powieści, ale też matką, która chce dobrze, ale też jestem w stanie zrozumieć pobudki, dla których zdecydowała się na fikcyjne małżeństwo, skazane na klęskę. Wiera i Nadia chcą chronić ojca, pokonują wzajemną niechęć, jednoczą siły, by ratować staruszka przed chciwą Walentyną, ale żadna z nich tak naprawdę nie ma ochoty opiekować się na wpół oszalałym, w ich mniemaniu, ojcem.
"Zarys dziejów traktora po ukraińsku" podobał mi się głównie z powodu silnego przeczucia, że oto Autorka nie chciała napisać komedii, że sama drwi z tej narzuconej sobie formy, celowo przerysowując postaci, przejaskrawiając fabułę. Uśmiechem stara się pokryć zmieszanie. Bo to smutne są historie. Tak smutne, że aż wyśmiane. I chyba tylko traktor wychodzi z nich obronną ręką. Albo kołem.
I co, i co, i co? Miało być krótko, a wyszło jak zawsze.

wtorek, 10 lutego 2009

Woda różana i chleb na sodzie, Marsha Mehran

"Posadzę własne dłonie w ogrodzie
przyjmą się wiem wiem wiem" [1]
Ostatnia strona "Wody różanej" sprawia mi przedziwny i przedokuczliwy ból, chociaż jest pełna wyczuwalnego (pod palcami, pod oczyma), ciepła; nie potrafię tak po prostu wstać, w bladoróżowych, rozczłapanych kapciach przemieścić się do kuchni, aby nastawić czajnik na jakąś kawę czy jakąś herbatę. Nie mam wcale ochoty na rozstanie z tą książką, jeszcze nie: jeśli to zrobię, jeśli ją teraz zamknę, zatrzasnę tym samym symboliczne, wymyślone wrota do Ballinacroagh, miasteczka, w którym już się zadomowiłam, tak na dobre.
Oto stałam się bardzo ciężka, nasiąkłam "Wodą różaną". Mój absolutnie prywatny egzemplarz nosi niechlubny ślad czekolady i ołówka. Znowu dałam się uwieść.
"Woda różana i chleb na sodzie" stanowi kontynuację pierwszej powieści Mehran - "Zupy z granatów". Ten, kto "Zupy" nie czytał, niech oczywiście bardzo żałuje, ale też i nie zraża - Mehran oswaja debiutujących tu czytelników z fabułą poprzedniej książki, cierpliwie przedstawia wszystkich wspomnianych weń bohaterów, przytacza to, co w "Zupie" najistotniejsze. Rozwija też, nauralnie, nowe wątki, wprowadza nowe postacie. Naprawdę, nie sposób się pogubić. Każdą z tych książek śmiało można odczytać jako odrębną, samodzielną powieść, choć razem stanowią zdecydowanie smakowitszą, dopełniającą się całość.
Jako ta, która "Zupę z granatów" przeczytałam, cała w zachwytach z resztą, myślę sobie teraz: jak dobrze jest wrócić do Ballinacroagh, tej maleńkiej, irlandzkiej, uroczej mieściny. Cafe Babilon, kawiarnia prowadzona przez trzy irańskie siostry: Mardżan, Bahar i Lejlę Aminpour, funkcjonuje już od przeszło roku, lecz nieprzerwanie budzi silne emocje w lokalnej społeczności. Jedni są pełni zachwytu i uwielbienia dla perskiej kuchni, urody i osobistego uroku młodych Iranek, drudzy nadal nie mogą znieść powiewu egzotyki w spokojnym dotąd miasteczku. Faktem jest jednak, że siostry Aminpour czują się w Ballinacroagh zupełnie dobrze: nareszcie odnalazły swoje miejsce na ziemi, choć ich wewnętrzne poszukiwania nie ustają. Każda pragnie teraz wsłuchać się w swoje prywatne potrzeby - wspomnienia z Iranu, choć nadal bolesne, choć pewnie nie ma przed nimi ucieczki nawet tutaj, zostają zdecydowanie przytłumione potrzebami innej natury, takimi na "tu i teraz", kiedy dziewczęta wreszcie poczuły się pewne i bezpieczne. Lejla, najmłodsza z sióstr, poznaje smak fizycznej miłości. Bahar, ta średnia, znajduje ukojenie w modlitwie, otwiera się na Boga. Mardżan, jako najstarsza, jako wiecznie stropiona matka dla swoich sióstr, zaczyna myśleć także o własnym szczęściu, które, być może, ukrywa się pod postacią pewnego powieściopisarza i klienta Cafe Babilon zarazem. Każda z tych kwestii: seks, wiara, miłość, jak również kwestia aborcji, kłamstwa, prawdy, poruszona w tej książce przez Mehran, przybliża "Wodę różaną" do powieści z gatunku obyczajowych - tym się różni od "Zupy", tego w "Zupie" nie było. Była za to szczypta realizmu magicznego, który pojawia się i tutaj, pod postacią 'syrenki", tajemniczej Irlandki o zrośniętych palcach u rąk, pod postacią smakowitgo, cukrowego potu jednej z mieszkanek Ballinacroagh. A jednak, co przyznaję z żalem, brakuje mi tej naprawdę magicznej atmosfery z "Zupy", tej baśniowości, do której przyzwyczaiła mnie Autorka. Baśniowość przytłumiła tematyka. To nie magia, cuda i dziwy, nawet nie smaki i zapachy perskich potraw, które wciąż się pojawiają, stanowiąc trzon powieści, ale kwestia moralności, obyczajowości jest w "Wodzie różanej' najistotniejsza.
Styl pisania Mehran, wciąż miękki i łagodny, wydaje się jednak nierówny: były w powieści takie momenty, które pisała Autorka w ogromnym natchnieniu, zachwycałam się wówczas słownym dowcipem, bajecznymi, gładkimi zdaniami. Zakończenie jednak, ostatnie rozdziały, rozczarowały mnie bardzo - jakby Mehran goniły terminy, skończyły się też pomysły, niemal namacalne jest tutaj poczucie pośpiechu. Nie czuję się nasycona, pewnie dlatego nie chcę kończyć lektury, brakuje mi tej magii, już tęsknię za Ballinacroagh. Mimo tych kilku rozczarowań, narracyjnych niedociągnięć, powieść podobała mi się bardzo. Zanurzyłam się w "Wodzie różanej' i ciężko mi teraz wypłynąć: do banalnej kuchni, do zwykłej herbaty ze zwykłego czajnika. W Cafe Babilon używa się przepięknego samowara, tam wszystko pachnie bergamotką i jaśminem, tam chciałabym teraz być.
[1] F. Farrochzad, "Kolejny dzień" [w: M.Mehran, "Woda różana i chleb na sodzie", tłum. T.Tyszowiecka-Tarkowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s.6]

niedziela, 8 lutego 2009

Lato przed zmierzchem, Doris Lessing

Mogę to stwierdzić, już na pewno: czytając Lessing, czuję się zawsze jak zbity pies. Autorka ta i Noblistka zarazem posiada bowiem irytującą zdolność oddziaływania na ludzkie (na moje) emocje, choć sama wydaje się tych emocji zupełnie pozbawiona. Wszystko, o czym pisze, wynika li i jedynie z przeuważnej obserwacji zjawisk, zachowań, uczuć. Lessing analizuje, rejestruje (robi to fenomenalnie, dodam), lecz nie osądza (jak, dajmy na to, ja przed chwilą). A biedny czytelnik(biedna aerien) nie wie, co myśleć. Dystans i chłód Autorki, a także jej nadzwyczajna przenikliwość, trafność jej spostrzeżeń oraz dosyć ciężkie, przynębiające pióro, wywołują w czytelnikach pewną dezorientację, tym samym dzieląc ich na zniewolonych zwolenników, jak i niechętnych podobnej prozie krytyków (za co ten Nobel?!).
Po prostu: Lessing podoba się lub nie. Jej, wydana w 1973 roku,  powieść: "Lato przed zmierzchem",  także: podoba się lub nie. A mnie (och, naturo przedziwna) podoba się i nie podoba jednocześnie.
I całą sobą zgadzam się z pochlebną recenzją Jarka Czechowicza (http://krytycznymokiem.blogspot.com/2008/02/lato-przed-zmierzchem-doris-lessing.html), jak również z pełnym zrozumieniem przeczytałam inne dwie recenzje: (http://2lewastrona.wordpress.com/2009/01/22/ja-sie-nie-znam-no/ ; http://papilotyciotkimatyldy.blox.pl/2009/01/Lato-przed-zmierzchem-Doris-Lessing.html) Naturalnie, wszystkie trzy polecam jako warte przeczytania.
Zasiadając do lektury oczekiwałam zwyczajnej powieści, może nawet z lekka pikantnej, jak sugerowała nota na okładce:
Czy kobieta - matka potrafi przemienić się w kobietę - kochankę? Czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? Czy kobieta po czterdziectce ma w sobie dość odwagi, by zdrapać pieczołowicie pielęgnowaną maskę? Kate Brown zgadza się współpracować jako tłumacz na ważnej konferencji. Jest lato; mąż, córka i synowie porozjeżdżali się w różne strony świata. Kate nawet nie przypuszcza, że będzie to najważniejsze lato w jej życiu.
"Lato przed zmierzchem" nie jest jednak zwyczajną powieścią. Pierwsze 150 stron męczyłam przez ponad tydzień, drugie tyle połknęłam w jeden wieczór. A czytając, chorowałam razem z główną bohaterką. Nieomal fizycznie.
Pokrótce zatem, co by nie powtarzać za wydawcą: Kate Brown, zapracowana gospodyni domowa, wzorowa żona, matka czworga, ma tego lata nieco więcej czasu na myślenie (kluczowe słowo, proszę zwrócić nań uwagę) - oto rodzina rozjeżdża się po świecie, oto (po raz pierwszy od zamierzchłych panieńskich czasów) zostaje sama. Kilka tygodni przepracowuje jako tłumaczka na konferencji "Żywność dla świata" (Kate jest bowiem uzdolnioną poliglotką), następnych kilka musi zorganizować sobie sama. A jako że sama nie bardzo wie, co chce robić (efekt długoletniego uzależnienia od decyzji innych), decyduje się na wspólną, zupełnie spontaniczną wyprawę do upalnej Hiszpanii razem z nowopoznanym, młodzszym od niej mężczyzną. Prawda, że to ciekawy materiał na intrygujące romansidło? Nic bardziej mylnego.
Jak już wspomniałam, zasadniczą treścią tej książki jest myślenie - nie działanie. W "Lecie przed zmierzchem" nie doszukamy się wartkiej akcji - jest to najbardziej statyczna powieść, z jaką miałam kiedykolwiek do czynienia. Dla Kate każdy gest (parzenie kawy, pocałunek kochanka, podglądana i podsłuchiwana z balkonu rozmowa sąsiadów, szum wiatru, a przede wszystkim: powracający, symboliczny sen), każde najbłahsze nawet zjawisko staje się pretekstem do (kilkustronicowych) rozważań.
A o czym tak rozmyśla czterdziestoparoletnia Kate? O życiu, oczywiście. O swoim życiu, które przez cały wieloletni okres małżeństwa, przestało do niej należeć. Kate podporządkowała się rodzinie, opinii społecznej, panującym stereotypom o roli kobiety w rodzinie ( lub / i sama narzuciła na siebie takie ograniczenia), najogólniej mówiąc: przestała być sobą, w każdej sferze życia. I choć, jak stwierdza, nie podoba jej się taki stan rzeczy, nie potrafi / nie chce nic zmienić. Jest tak samo statyczna, jak cała powieść.
Jednak potrafiłam się z Kate utożsamić, współodczuwać z nią to osamotnienie na rodzinnym łonie. Czy to zasługa faktu, że też jestem kobietą (choć cokolwiek, było nie było, młodszą), że także mam dziecko? Wydaje mi się, że nie tylko. To powieść uniwersalna, chociaż, ze wzgędu na temtykę i główną bohaterkę, uchodzić może za stricte kobiecą. Lessing bezlitośnie odkrywa przed nami te proste prawdy, których na codzień nie dostrzegamy, a jeśli nawet, to wówczas ze strachu zamykamy oczy. Każdy z nas uwikłany jest w zależności społeczne i mało kto potrafi pozostać w pełni sobą. Żyjemy głównie dla innych, prawda? Kate jest bardzo wyrazistym, choć pewnie nie skrajnym na to przykładem.
W powieści poznajemy także dwie inne bohaterki: wyzwoloną (w oczach Kate) Mary, która w przeciwieństwie do głównej bohaterki "Lata przed zmierzchem" nie wpadła w sidła społecznego zniewolenia oraz młodziutką Maureen, stojącą na tak banalnym w swej nazwie rozstaju życiowych dróg. Maureen nie potrafi się zdecydować, czy chce żyć tak, jak dotychczas, wolna, odpowiedzialna sama za siebie, czy założyć rodzinę, która kojarzy jej się (za sprawą Kate, jak i własnej matki) z całkowitym obezwładnieniem, niemocą, życiem dla i pod innych.
Dwie różne drogi (Kate/Mary) i niepewność (Maureen/czytelnik/aerien). To bolesny wybór, ciężkostrawna lektura, ale naprawdę: warto. Lessing jest bezlitosna w swych obserwacjach, wnikliwych, acz chłodnych opisach kobiecego wnętrza (męskiego, notabene, też - czytaj: kochanek Kate), ale nie osądza, nie wybiera za czytelnika, nie wskazuje właściwej drogi, nie faworyzuje żadnej z bohaterek swej powieści. Ten jej dystans straszliwie mnie drażnił, powieść oceniam najwyżej jak mogę, a jednocześnie czuję, jak bardzo nie znoszę tej książki, wciąż pamiętam, jak mnie zmęczyła. Okrutna Lessing, okrutne lato. Zwłaszcza w zimowy wieczór.

Gwoli wyjaśnienia

A, dziękuję, dziękuję, czuję się wcale dobrze. Przede mną wolny weekend, a więc dużo prania, mycia podłóg, podlewania kwiatów, spacerów z Bubusiem i beztroskiego wylegiwania z książką.Bosko.
Dokończywszy "Lato przed zmierzchem", w dwa wieczory łyknęłam "Zarys dziejów traktora po ukraińsku" (wiem, wiem, dwie zaległe recenzje), z biblioteki dobrałam dziś sobie 4 nowe lektury (dokumentacaja fotograficzna wkrótce), aktualnie nasiąkam już "Wodą różaną" Mehran. Jest jak najbardziej pozytywnie.
W pracy obdarowana zostałam pluszową myszką i dwiema plastykowymi rybkami, jedną z nich ukryłam w czeluściach czarnej torby, drugą w kieszeni kurtki. Myszka została w pracy.
Na allegro zamówiłam kolejną książkę. Pozostałe dotarły, na inną czekam od 3 tygodni.
Moje przedwczorajsze odkrycie:

poniedziałek, 2 lutego 2009

Co tam słychać, co tam czytam

Ta nieszczęsna, nieszczęsna Doris! Nie wiem, co boli mnie bardziej: brzuch czy głowa. Sączę niegazowaną wodę mineralną, pieką mnie oczy. Powinnam się już położyć. Włóczę się po bloxach i allegro. Naprawdę, nie wiem, kiedy się wyśpię. "Lato przed zmierzchem" zdaje się nie mieć końca, to taka mdląca, irytująco sugestywna powieść. Nie chcę mieć z Lessing nic do czynienia, a jednocześnie: nie potrafiłabym się oprzeć; cóż za brutalny magnes.
18 godzin w pracy, 8 kubków marcepanowej herbaty, 3 kubki herbat innych, 4 kawy; nerwowo i apatycznie, niezwykle męcząco - oto bilans weekendu.
W styczniu przeczytałam sześć książek, siódmą zaczęłam, jestem w trakcie lektury. Kupiłam sześć innych, wygrałam jedną (zafoliowaną, przeczuwam, że cudowną, twardookładkową "Kwietniową czarownicę"), obfotografuję wszystkie, gdy tylko dotrą ostatnie przesyłki (magia allegro). Chyba nie jest tak źle,prawda, aerien?
Z księgarń wychodzę chora, zupełnie, jakbym zostawiła w szpitalu bliską osobę, która wymaga stałej opieki, mojej opieki. To uczucie jest mi bliżej nieznane, nigdy nie miałam tak dramatycznie rozwiniętego pragnienia własności, jeśli chodzi o książki, doceniałam przede wszystkim biblioteki i prywatną kolekcję Jeżycjady.
W dniu premiery nowej książki Marshy Mehran odwiedziłam trzy okoliczne księgarnie, sprzedawcy zadziwieni, niedoinformowani, niesympatyczni, zakłopotani, sklep ewidentnie niezaopatrzony. Po dwóch dniach, w akcie (zaskakującej mnie samą) desperacji, pofatygowałam się do empiku w centrum miasta, oczywiście była, była pewnie i w dniu premiery, błogosławię empik, klnę na okoliczne księgarnie, w empiku wszyscy kupują Emily Giffin, ja wzięłam Mehran - czeka teraz, aż uporam się z Lessing. Ta nieszczęsna, nieszczęsna Lessing!
Chadzam spać bardzo późno, włosy myję o świcie, pada brzydki, drobny, wilgotny śnieg, a Bubuś zaczął łączyć pojedyncze wyrazy w zdania; kolorując - uważa, by nie wyjechać flamastrem za linie. Jestem zachwyconą matką.