piątek, 30 stycznia 2009

Zupa z granatów, Marsha Mehran

Och. Och.
Od przeczytania debiutanckiej powieści Marshy Mehran, tej młodziutkiej i ślicznej, nieznanej mi dotąd pisarki, mija już dobrych parę dni, a ja wciąż czuję się onieśmielona, zupełnie niezdolna do spisania wrażeń, zupełnie, jakbym wróciła z niezwykłej podróży, z Krainy Czarów, chociażby.
Bo czymże jest "Zupa z granatów", jeśli nie piękną, przesyconą magią baśnią, w której postaci są albo skrajnie dobre, albo najzupełniej złe, i w której właśnie dobrem zło się zwycięża.
Akcja tej niezwykłej powieści-baśni toczy się niemal równolegle w Ballinacroagh, małym, spokojnym irlandzkim miasteczku, usytuowanym pomiędzy nieco większymi Castlebar i Westport (dacie wiarę, że w obu tych miejscach byłam, zaledwie przed rokiem??) i we wstrząśniętym rewolucją islamską Iranie (który to kraj jawi nam się jedynie w retrospekcjach, i w którym, w co uwierzyć nietrudno, nie byłam). Miejsca te, tak odległe przecież, tak odmienne przecież, przenikają się, łączą, zespajają, za sprawą trzech irańskich sióstr Aminpour: Mardżan, Bahar, Leyli, z których każda posiada nie tylko bajeczną, egzotyczną urodę i niezwykły urok osobisty, ale też magiczne właściwości. O tym jednak za chwilę.
Tymczasem trzy irańskie siostry uciekają z Teheranu do Ballinacroagh. Teheran to miasto dobrych wspomnień z wczesnego dzieciństwa sióstr, kiedy z całą rodziną siadywały na dachu domu, słuchając niezwykłych opowieści, snutych przez bliskich; to także, a nawet przede wszystkim, miasto jak ze złego snu, ogarnięte rewolucją, niebezpieczne, groźne. Oba rodzaje wspomnień pojawiają się w umysłach rodzeństwa Aminpour, kiedy już osiada ono w zacisznym, niemal anonimowym miasteczku irlandzkim, jawiącym się jako oaza spokoju.
Rzeczywiście, Ballinacroagh miało stać się bezpieczną, cichą przystanią dla sióstr Aminpour, tymczasem "ich obcość budzi powszechną nieufność"[1] wśród mieszkańców. Daleko posuniętą wrogość nawet. Dziewczęta "muszą znaleźć sposób, by pokonać ludzką niechęć i zjednać sobie przyjaciół w nowym miejscu"[2].
Bohaterki powieści otwierają więc w Ballinacroagh egzotycznąCafe Babilon - kawiarnię czy też restaurację, w której serwują własnoręcznie wykonane dania kuchni perskiej (nota bene, przepisy na te potrawy otwierają każdy z 13-stu rozdziałów książki, co może stanowić nie lada gratkę dla smakoszy - ja, w każdym razie, ślizgałam się po nich jak "gwiazdy" po lodzie, nieufna swoim kulinarnym umiejętnościom).
I właśnie za sprawą Cafe Babilon w tej książce dzieje się magia. Oto wymyślne potrawy stają mi przed oczyma, nieznane dotąd zapachy pobudzają zmysł węchu (jak pachnie cząber, nie wiem, ale czytając, wyraźnie go czuję), "Jezu, Maryjo, Józefie święty. Albo tu pachnie niebem, albo nie wiem czym"[3]. Podczas lektury, przy której pogryzałam czekoladę mleczną lub biegłam podsmażać ulepione przez Babcię pierogi z soczewicą, układałam w głowie tytuł swojej recenzji: "Uwaga! Nie czytać na czczo!". Wszystko się jednak zmieniło, mniej więcej w połowie książki.
Bo nie o jedzenie tu chodzi, na co wskazywałby tytuł i porównania (nie wiem, czy trafne, bo nie czytałam), do "Czekolady" i "Przepiórek w płatkach róży". Historia tu opowiedziana, choć bez wątpienia smakowita i sugestywna, ma przecież drugie dno. Iran. Rewolucja. Ból. Strach. Każdy zapach, każda potrawa, przypomina siostrom Aminpour (a przy okazji czytelnikom) o cierpieniu i powodach, dla których wyemigrowały z rodzinnego kraju. Te fragmenty są równie sugestywne, jak opisy aromatycznych potraw, choć oczywiście w nieco inny sposób. Pełne bólu i przemilczeń, ujawniane stopniowo, aż do dramtycznego finału - wspomnienia z ogarniętego rewolucją Iranu. Myślę, że właśnie to jest w tej książce najistotniejsze. Bo nawet tytułowa zupa z granatów ma tutaj swoje znaczenie.
Niewiarygodne, jak miękko, niemal niezauważalnie, Autorka wprowadza w świat baśni fakty, historię, której sama doświadczyła: podobnie jak bohaterki powieści, rodzice Mehran i ona sama, wówczas dwuletnia, uciekli z Iranu, stali się emigrantami. Autorka mówi o sobie: "jestem Iranko – Irlandko – Amerykanką z australijskim paszportem" [4].
Mimo powagi tematu, powieść Marshy Mehran, ma w sobie dużo uroku, ciepła właściwego baśniom. I magii. Siostry Aminpour, na przykład, obdarzone zostały niezwykłymi zdolnościami i cechami: Mardżan ma rękę do roślin, pod jej dłonią, nawet na dotąd jałowej glebie, wyrasta bujna roślinność i zioła, ma niebywały talent kulinarny. Bahar jest przede wszystkim krzepka i silna jak mężczyzna, a ciało najmłodszej z sióstr wydziela przyjemną różaną woń. Niezwykle barwna jest także cała galeria innych postaci, od których rojno jest i w Ballinacroagh, i na kartach powieści; budzący sympatię i współczucie sklepikarz, tworzący encyklopedię krasnoludków, samotna wdowa, której pot ma konsystencję cukru.
Odnajdziemy tu i ciepło, i magię, i zapachy; wątki nieomal kryminalne czy romansowe. Okrucieństwa rewolucji i uroki życia w małym miasteczku, gdzie każdy o każdym wie wszystko. Może też samą Autorkę, która najbardziej przypomina mi Mardżan. I piękny, bajkowy język, momentami wulgarny, nierzadko zabawny, ironiczny.
Ja naprawdę, naprawdę nie chciałam wracać z Ballincroagh. I dlatego, czytając egzemplarz biblioteczny, postanowiłam, że muszę, muszę zaopatrzyć się w swój, absolutnie prywatny. Do przeglądania. I do wdychania tych nieziemskich aromatów cynamonowo-różano-jaśminowych, które podczas lektury wydają się tak bardzo obecne, że niemal namacalne.
[1] nota wydawcy
[2] tekst z okładki, Marsha Mehran, "Zupa z granatów", tłum. Jolanta Kozak, wyd. W.A.B., Warszawa 2006.
[3] Marsha Mehran, "Zupa z granatów", tłum. Jolanta Kozak, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 9
[4] fragment wywiadu ze strony www.refugee.pl

sobota, 24 stycznia 2009

Stosik i czekolada

Teraz, z ustami pełnymi czekolady, z kubkiem gorącej kawy na biurku (drugim tego wieczoru, czwartym tego dnia), z upojną perspektywą nareszcie wolnego weekendu i jutrzejszego wyjazdu na łono natury, teraz właśnie mogę napisać, że oto w miniony czwartek, późnym popołudniem, w ulewnym deszczu, wybrałam się do pobliskiej biblioteki, skąd przytargałam taki oto stosik książek:
Jestem ogromną fanką stosików demonstrowanych dumnie na blogach i bloxach książkowych, choć sama talentu do fotografowania nie mam, niestety. Aparat też zawodzi ostatnio. Także niestety.
O Mankellu napisałam wczoraj, jestem w trakcie lektury "Zupy z granatów" (stąd ta moja buzia czekolady pełna - kto czytał, wie, że przy tej książce nie sposób nie jeść. Czegokolwiek.). Lessing, jak widać, sama pcha mi się w ręce przy okazji bibliotecznych łowów. A Lewycka, bo widziałam recenzję u zosik (http://lekturki.com).
Mimo to, z biblioteki wyszłam nieszczęśliwa. Tego dnia widziałam na półkach niemal wszystko, co chciałabym zabrać ze sobą, co chciałabym przeczytać, a potem zrecenzować. Nieszczęsne, nieszczęsne limity biblioteczne. A do następnych wypożyczeń i rozkosznych dylematów "co wybrać" pozostało mi 3 i pół książki. Ech.
Poza tym nieustannie zachodzę w głowę: kiedy to wszystko przeczytam?? Jak ja nadrobię trzyletnią czytelniczą abstynencję, skoro pisarze coraz to więcej piszą, wydawcy coraz wydają, mole książkowe coraz to więcej blogują?? Czym mam się sugerować w doborze lektur? Uganiać się za nowościami, wracać do klasyki, zdać się na własną intuicję? Narazie w pełni ufam podglądanym w sieci molom książkowym. I nie zawodzę się.
Jestem też, bądźmy otwarci i szczerzy, przerażona swoją własną niepamięcią. Dziesiątki przeczytanych książek, o których mam tylko mgliste wspomnienie, których nie potrafię opowiedzieć, których nie oceniam na biblionetce, pełna nieufności i niewiary, że oto będę obiektywna. Jak dobrze, że zdecydowałam się pisać tutaj, w ten prosty sposób porządkuję czytelnicze wspomnienia, żałować tylko mogę, że nie robiłam tego wcześniej, choćby w zwykłym, a nie: wirtualnym, zeszycie.
Juro jedziemy na wieś, zabieram "Zupę z granatów", choć pewnie nakarmią nas tradycyjnym tłustym rosołem z kury.
Bardzo ładnie tu pachnie kawą, bardzo słodka ta czekolada.

czwartek, 22 stycznia 2009

Mężczyzna, który się uśmiechał, Henning Mankell

Cały tydzień czytania. Bynajmniej nie dlatego, że lektura okazała się nużąca, nie, wręcz przeciwnie, przepadłam już po kilku pierwszych stronach. To proza, życia proza odrywała mnie od książki. Bywa. Są dni, kiedy ucieczka w literaturę nie jest możliwa.
Mankella spotykałam zwykle na podglądanych przeze mnie blogach i bloxach książkowych. I zwykle oceniany był tam nad wyraz pozytywnie. Zapamiętałam nazwisko i w miniony czwartek, w bibliotece, wypatrzyłam na ulubionej półce z nowościami. I wzięłam, oczywiście, choć po powrocie do domu długo zastanawiałam się czy warto, czy można, rozpoczynać czytanie serii o Kurcie Wallanderze tak po prostu: od środka. Bo że to seria - wywiedziałam się z blogów, oczywiście.
A jednak przeczytałam. Po Doris Lessing miałam ochotę na coś lżejszego, a kryminały, jak sądzę, pełnią funkcję relaksująco-rozrywkową. Z tym gatunkiem literackim zetknęłam się niegdyś, w licealnych latach, za sprawą A.Christie. Poza tym - wcale. Toteż zadziwił mnie Mankell, nastawiony nie li i jedynie na zbrodnię i wspólne z czytelnikiem szukanie sprawcy, ale też na dydaktyzm, naukę moralności i próby formułowania sądów o współczesnej Szwecji, o dzisiejszych czasach. Dodając do tego pełnowymiarowych, wyrazistych bohaterów i szczegółowe opisy - otrzymujemy kryminał doskonały. Kryminał nad kryminały.
O czym że to czytamy? Najprościej i chyba też najsensowniej będzie przytoczyć słowa wydawcy:
Na bezdrożach Skanii ma miejsca tragiczny wypadek samochodowy, w którym ginie znany prawnik. Jego syn, Sten Torstensson, jest przekonany, że doszło do morderstwa, i opowiada o swoich przypuszczeniach komisarzowi Wallanderowi. Ten jednak nie chce mu pomóc, pogrążony w depresji po tym, jak na służbie zabił człowieka. Kiedy Torstensson zostaje zastrzelony, Wallander decyduje się poprowadzić śledztwo. Wkrótce wychodzi na jaw, że ze sprawą wiążą się inne zagadkowe zabójstwa, a każdy krok komisarza śledzi tajemniczy potentat finansowy.
Więcej zdradzać nie trzeba. Nie odbierajmy innym przyjemności z lektury. W każdym razie - fabuła wydawać się może banalna, ale jej przebieg jest tak zgrabnie przez Mankella poprowadzony, że książkę czyta się z wielką przyjemnością.
Przede wszystkim, Mankell pozwala swoim bohaterom żyć własnym życiem; za sprawą lekkiego pióra jego postaci wydają się autentyczne: "Jedną ze szczególnych cech Wallandera jest to, że stale się zmienia. W ten sposób różni się od wielu tzw. bohaterów, którzy są identyczni na pierwszej i na tysięcznej stronie książki. ja takich książek nie lubię. Nikt z nas nie będzie jutro taki sam" - jak napisał sam Mankell.
A'propos Kurta Wallandera. Pokochałam go, autentycznie. W "Mężczyźnie.." ma trochę ponad 40 lat (hmm, ciekawi mnie, jaki był za młodu - w pierwszych częściach cyklu) i jest okropnym, bezwstydnym kawoszem. Do tej pory sądziłam, że tylko ja potrafię wypijać dziennie hektolitry kaw, ale nie, Kurt pod tym względem jest bezkonkurencyjny. Parzy kawę nieomal każdego ranka, nie odmawia filiżanki małej czarnej proponowanej przez kolegów z pracy i/lub przesłuchiwanych świadków, w małych przydrożnych barach zawsze zamawia kawę. I, podobnie jak ja, czuje się samotny. I lubi kaszankę.
To teraz a'propos kaszanki. Podoba mi się ta Mankellowska dbałość o szczegóły. Autor nie ściga się z czasem, rozciąga fabułę do ponad 380 stron drobnym drukiem, ale pamięta przy tym o głodnych detali czytelnikach: znajdziemy więc w książce dokładne opisy policyjnych zebrań, najdrobniejsze szczegóły śledztwa (naprawdę, czułam się, jakbym i ja zasiliła nagle szeregi władzy) i takie banalne informacje, jak ta o smażeniu kaszanki czy zjadaniu kolejnych kanapek przez Wallandera (kolejna słabość komisarza - zawsze kupuje kanapki - raz jeden zamówił kebab). Albo o tym, że Wallander ubierał choinkę.
Akcja toczy się więc niespiesznie, ale i nie ma powodów, by ją przyspieszyć: czytelnik już na pierwszych stronach poznaje ofiarę i mordercę. Dziwne tylko, że przez kolejnych grubo ponad 300 stron ekscytuje się tropieniem mordercy zupełnie jak Wallander i jego koledzy. Ale na tym chyba polega wielkość Mankella, którą od dzisiaj i ja głosić będę na swoim książkowym blogu.
Na zakończenie zacytuję jeszcze Mariusza Czubaja z "Polityki":"Mankell jest kontynuatorem tej tradycji, w której literatura popularna sprowadza się nie tylko do wartkiej fabuły, ale jest także formą diagnozy społecznej". To prawda. Kryminał Mankella to nie tylko literatura lekka, nastawiona na bawienie czytelnika - tutaj narrator, bohaterzy, a w końcu i czytelnik - są istotami myślącymi; oserwują zmiany, jakie zachodzą w ludziach, a co za tym idzie - w świecie i próbują je choćby nazywać, bo oceniać jest zdecydowanie trudniej.
Ze wszech miar polecam lekturę cyklu o Wallanderze, zwłaszcza w te mgliste zimowe wieczory. Z kawą, rzecz jasna. I z kanapkami.

niedziela, 18 stycznia 2009

Chłopiec w pasiastej piżamie, John Boyne

"Chłopca w pasiastej piżamie" przeczytałam jakieś dwa tygodnie temu. Dwa tygodnie minęły, a ja wciąż nie potrafię myśleć o tej książce inaczej niż: urocza. Właśnie tak: urocza, choć właściwie, a nawet z całą pewnością, nie jest to najszczęśliwsze określenie dla powieści, która dotyka spraw trudnych i bolesnych, która traktuje o hitlerowskich zbrodniach i obozach koncentracyjnych.
Bohaterem powieści jest młodziutki mieszkaniec Berlina - dziewięcioletni Bruno. Cała historia pomieszczona w tej niewielkiej objętościowo książeczce opowiadana jest z jego perspektywy, choć (nie dajmy się zwieść) to nie Bruno jest tu narratorem. Narrator jednak, nie dość, że wszechwiedzący, potrafi nadążyć za tokiem myślenia Bruna, potrafi zaangażować się w rolę dziecka. A dziecko rzeczone mieszka wygodnie w ogromnym berlińskim domu, dziecko jest dobrze wychowane, rozumie, że matce nie wchodzi się w słowo, a do pokoju ojca nie należy zaglądać bez zaproszenia, grzecznie dyga na widok ojcowskich gości, wspaniale spędza czas z przyjaciółmi, ma komplesky z powodu zbyt niskiego, jak na swój poważny dziewięcioletni żywot, wzrostu, nazywa złośliwą starszą siostrę Beznadziejnym Przypadkiem i bardzo, ale to bardzo pragnie zostać Wielkim Odkrywcą, jak na dziewięcioletniego chłopca przystało. Żądny przygód, już wkrótce będzie miał możliwość realizowania się jako Wielki Odkrywca, bo oto, po awansie ojca, z całą rodziną przenosi się nasz Bruno do smutnej, szarej Polski, gdzie w smutnym, małym domku będzie podglądał przez okno smutnych ludzi w pasiastych piżamach, przchadzających się z wolna po bezkresnym szarym polu za wielkim, kolczastym ogrodzeniem. Bruno, początkowo oszołomiony utratą dotychczasowego poczucia stabilizacji, spokojnego, wielkiego domu, gwarnych berlińskich ulic i trójki najlepszych przyjaciół, z czasem oswaja się z nową sytuacją i postanawia wcielić w rolę Wielkiego Odkrywcy. Tak naprawdę wciąż nie wie, gdzie jest, po co i dlaczego wyjechali z Berlina, i kim, do stu diabłów, są ci wszyscy ludzie w pasiastych piżamach. Rodzice wyraźnie unikają odpowiedzi, na powrót do domu raczej się nie zanosi, więc Bruno-Odkrywca zaczyna badać teren na własną rękę, zwyczajnie: z nudów. I wtedy spotyka Szmula, swojego rówieśnika, sąsiada zza kolczastego ogrodzenia, chłopca w pasiastej piżamie. Młodzi panowie zaprzyjaźniają się. Bruno przestaje tęsknić za berlińskimi kolegami, a nowy, smutny dom, nie wydaje się już tak okropny. I coraz więcej nasz dziewięciolatek rozumie.
Ot - cała historia. Prawda, że urocza? Spotkanie rówieśników - to nic, że tak skrajnie różnych, dwujęzycznych i odgrodzonych od siebie kolczastym płotem. Zaprzyjaźniają się, tak po prostu, tak serdecznie. A jednak - to nie jest książka, którą swobodnie można nazwać uroczą. To książka wstrząsająca. Widzimy świat oczami dziecka, niewinnego, nieskażonego historią (i wiedzą też, niestety, choćby podstawową - dziewięcioletni uczeń niemieckiej szkoły, syn zaufanego podwładnego Hitlera, nie ma pojęcia, kto jest głową państwa, kto odwiedza jego ojca w domu i kto awansuje tegoż). Taki bajkowy, taki nieco odrealniony świat. Cała reszta jest w cieniu. Bruno mówi o lalkach siostry, a obok dzieją się dzieje potworne. I my to wszystko widzimy oczyma chłopca. Ale chłopiec, choć przecież widzi, to nic tak naprawdę nie dostrzega. Całe zło znajduje się pod upiornie mroczną woalką, aż chce się ją zerwać i krzyczeć: to okrutne, nieludzkie, ale nie możemy, niech chłopiec nie wie, zgodnie z wolą swych rodziców i zgodnie z prawem do beztroskiego dzieciństwa i infantylnego świata. I to jest właśnie przerażające. Świat zza obu stron kolczastego ogrodzenia. Tam tragedia, tu fałsz i nieświadomość. Tu chęć przeżycia przygody, tam chęć PRZEŻYCIA.
A mimo wszystko, wciąż myślę o tej książce: urocza. Rzeczywiście, kojarzyć się może z przypowieściami (czytałam o tym tu i ówdzie), napisana jest w oszczędnym, prostym, porażająco chłodnym stylu, zupełnie jakby od niechcenia, obojętnie, bez emocji, choć emocje niewątpliwie budzi.
Warto przeczytać. Warto podumać. Ja dumałam przez dwa tygodnie. O tej książce naprawdę nie jest łatwo zapomnieć.

sobota, 17 stycznia 2009

O kotach, Doris Lessing

Przeczytanie tej niewielkiej objętościowo książeczki mogło zająć mi najwyżej jedno popołudnie - dwie wypite kawy, wieczór, ostatnia strona, recenzja, komentarze, nagroda w biblionetce [;)]. Tymczasem - przedłużyło się, rozciągnęło w czasie, z powodów niezależnych ode mnie, a także - tu uwaga - zależnych jak najbardziej. Kilka stron, szklanka w oczach, kilka stron, książka sru na półkę, kilka stron, wzburzenie, niesmak, mdłości, kilka stron...Męczyłam się, uch, jak ja się męczyłam, miałam nieznośne wrażenie, że wkrótce zacznę się lenić, wypadnie mi sierść, napijmy się mleka, czy można stać się kotką czytając o kotach? A jednak - nastąpił przełom, nie wiem kiedy, sama nie wiem, wsiąknęłam, chłonęłam, czytałam zajadle, przepadłam. Bo warto. Książka jest niezwykła.
Książka jest niezwykła, powtarzam. Bardzo fragmentaryczna. "Migawki pamięci. Historie bez początku czy końca"[1]. Doris Lessing, którą, przestudiowawszy uprzednio stosowną biografię, można uznać za narratorkę powieści, tworzy na kolejnych jej stronach swoisty patchwork ze wspomnień, wspomnień wybiórczych, tyczących się li i jedynie kotów, które pamięta i/lub z którymi obcowała. Ona sama, narratorka, pozostaje w cieniu, jest cichym obserwatorem, bardzo uważnym, lecz cichym, niemal przeźroczystym. Jednak i jej portret można bez trudu nakreślić na podstawie tego, co i jak pisze ("łaaadna kicia, śliiiczna kicia"), doświadczenia kształtują jej wrażliwość i postrzeganie rzeczywistości, a koty uczą ją kociego sposobu odbierania świata. Efekt? "Nikt dotąd tak prawdziwie i rzetelnie nie przedstawił wzajemnego przenikania się niezależnej natury kociej i ludzkiej" [2].
O czym jest książka? O kotach. O niezliczonych kotach, żywych i martwych, wśród których Lessing wyróżnia te, z którymi przebywała najdłużej, najbliżej, które dane jej było głaskać, karmić i obserwować. Ich historie przenikają się. Pisząc o smutnym, dzielnym rudzielcu, Autorka cofa się myślami do dumnej, acz tchórzliwej szarej kotki, porównuje, podziwia skrajności kociej natury, właściwie cała powieść to jeden wielki zachwyt i jedno zdumienie: "jakim rozkosznym stworzeniem jest kot"[3].
Warto było czytać, warto było pozachwycać się z Autorką. Ja również spędziłam kiedyś całych 7 lat z kotką imieniem Panczis vel Misia, było mi dane oglądać codziennie jej kocią naturę, więc wszystko, absolutnie wszystko rozumiałam i nic mnie nie dziwiło. Wyobrażam sobie, że ci, którzy z kotami styczności nie mieli, będą zachodzić w głowę, ile jest prawdy w tym, co napisała Lessing, a ile sobie biedna pisarka zmyśliła ("Większość uczonych poddałaby to pod dyskusję, jestem o tym przekonana. To znaczy, jako uczeni, dyskutowaliby, ale jako właściciele kotów, prawdopodobnie nie"[4].)
Podsumowując: utwierdzam się w przekonaniu, że Lessing jest pisarką trudną i niejednoznaczną, to druga jej książka, którą czytałam, i druga, która mną silnie wstrząsnęła. No i druga - dobra. Bardzo dobra.
[1] Doris Lessing, "O kotach", przeł. Anna Bańkowska, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s.14
[2] Tamże, z okładki
[3] Tamże, s.190
[4] Tamże, s.176
Jako bonus : ś.p. Misia. Kochana.

wtorek, 13 stycznia 2009

Wygrałam! (bardzo ale to bardzo się chwalę, jak również bardzo cieszę)

Wygrałam! Wygrałam! Nie do wiary, ale wygrałam!! W konkursie biblionetkowym! Na recenzję tygodnia! O proszę:
Nie spodziewałam się, nie marzyłam, nie oczekiwałam, a jednak! I oto w nagrodę mogę sobie wybrać dowolną książkę z biblionetkowej księgarni! Ale jaką, jaką? (wszelkie sugestie mile widziane)
...
Przez ostatnich kilka dni śliniłam się na widok napoczętej Lessing, ale kłopoty rodzinne nie pozwoliły na zagłębienie się w lekturze. Nie mogłam czytać, nie mogłam. Ale dzisiaj odwilż, od dzisiaj wszystko winno zmierzać ku dobremu, dzisiaj za Lessing się wezmę, zmierzę się z historiami jej kotów, dzisiaj wygrałam książkę, dzisiaj wyjaśniło się kilka ważnych bardzo spraw, do piątku muszę dotrzeć do biblioteki po nowe książkowe łupy, co by je obfotografować i wchłonąć, zgodnie z noworocznym postanowieniem. Od dzisiaj MUSI być dobrze.
Piję bardzo mocną kawę i uśmiecham się. Do siebie, do monitora. Do Was.

czwartek, 8 stycznia 2009

Merde! rok w Paryżu, Stephen Clarke

Nie ocenia się książki po okładce? Szkoda, bo może czasami warto odstąpić od podobnych zasad. Świeżo po lekturze doskonałej powieści (doskonałej w swoim gatunku, gatunku lektur lekkich i zabawnych), nie mogę się nadziwić większości m.in. biblionetkowych recenzji. Niepochlebnych recenzji, gorzkich recenzji, recenzji złorzeczących.
Matko! Ich Autorzy, jak sami przyznają, oczekiwali nietuzinkowego, a przy tym najlepiej w pełni wiarygodnego przewodnika po Paryżu i jakiejś ukrytej weń głębszej myśli, zapewne w formie zdań - perełek, godnych podkreślenia, zapisania w kajeciku i zapamiętania. Oraz cytowania w sprzyjających okolicznościach. Arcydzieła. Za trochę ponad 30zł., w miękkiej okładce.
A tu co zastają, pod adresem "Merde! rok w Paryżu"? Seks i kupę, w wymiarze jak najbardziej dosłownym i cuchnącym, i oczywiście skrajnie obrzydliwym . Masa dzikich Francuzek w stringach, transwestyci i oszuści. Rzeczywiście, rzecz bardzo gorsząca. A przewodnik po Paryżu z tego żaden, choć wydawca obiecywał, że jakiś jest. I ja też twierdzę, że jest.
Stephen Clarke zafundował czytelnikom zupełnie nietypowy przewodnik po Paryżu: zamiast zwiedzać Luwr, odwiedzamy podejrzane lokale, stoimy w kolejce do jedynej otwartej w Paryżu apteki (dziesiątki innych akurat strajkują), siedzimy na ławce na cmentarzu Pere-Lachaise popijając kawę (o zgrozo!) i skubiąc croissanty.
Bardzo to rzecz przykra, takie rozczarowanie i pieniężne marnotrawstwo, ale wystarczyło zerknąć na okładkę od strony wierzchniej, nie zadniej, nie tej z kłamliwym opisem. Przyjrzeć się właśnie okładce, gdzie pod nazwiskiem autora i tytułem powieści widzimy rzecz zgoła zabawną, niecodzienną i już zapowiadającą śmichy-chichy: oto ślimak o nadąsanej ludzkiej twarzy, w skorupie o barwach stricte francuskich, nadziewany na widelec. Dla mnie wszystko było już jasne, właśnie po tej okładce, więc po lekturze "Merde! rok w Paryżu" oczekiwałam jedynie rozrywki. I dostałam. W najlepszym z możliwych wydań. 
Bohaterem i narratorem powieści, budzącym równie silne emocje (i moją bezgraniczną sympatię) jak sama książka, jest tutaj pewien "anglosaski barbarzyńca"[1], o wdzięcznym nazwisku: Paul West. Młody i przedsiębiorczy specjalista od marketingu przybywa do Paryża na roczny kontrakt: wraz z właścicielem jednej z francuskich firm zamierza rozpowszechnić angielskie "five o'clock", zakładając w Paryżu sieć herbaciarni. Mnie ostatnimi czasy herbata jest bardzo bliska, zdarzyło się, że oto sama pracuję w herbacianej branży, więc automatycznie temat wydał mi się fascynujący i na czasie. Powieść jednakże rozwinęła się w innym kierunku - bo jak można pisać o herbaciarniach, gdy nad ich projektem, wraz z Paulem, czuwa "banda nierozgarniętych współpracowników, nadzorowanych przez dwulicowego szefa"[2]? Paul West zatem w pracy popija kawę, flirtuje z sekretarką i czyta żarty o żabojadach, nadesłane w licznych mailach od przyjaciół - rodaków. Za to po pracy...
Jak już pisałam - kupy i seks. Przelotne znajomości z pięknymi francuskojęzycznymi kobietami, wdeptywanie w rozliczne psie odchody rozlicznie ulokowane na paryskich chodnikach, popijanie piwa w knajpkach, czyli z pamiętnika młodego, jurnego turysty, rzecz zgodna z mottem opowieści, zaczerpniętym z "Trzech panów w łodce, nie licząc psa" Jerome’a . I rzecz opowiedziana w sposób tak zabawny i przewrotny, pięknie prztłumaczona z angielsko-francuskiego na nasze (pomijając nieprzetłumaczone "billingi" telefoniczne), że nie sposób nie uśmiechać się do tej książki. Ja się uśmiechałam. Cały czas. I wiem, że będę nadal, albowiem "Merde" ma swoją kontynuację. W równie zabawnych i bardzo-wiele-mówiących okładkach.
---
[1] Stephen Clarke, „Merde! Rok w Paryżu”, przeł. Agnieszka Barbara Ciepłowska, WAB, Warszawa 2006, s. 235.
[2] Tamże, tekst z okładki.

środa, 7 stycznia 2009

Nazywam się czerwień...

Ech, tytuł wpisu przewrotny, bo chodzi o moje poliki, a nie o Pamuka (jeszcze go nie poznałam). Otwieram przed chwilą Biblionetkę, a tam ... redakcja Biblionetki poleca recenzję aerien: "Dziennik ciężarowca". Ło matko! Swój blogowy wpis sprzed trzech dni posłałam, licząc na to, że trafi choćby do szuflady, jak przypadkowa kartka z brudnopisu. I wyjść z podziwu nie mogę, że oto tak szybko uznany został za recenzję (! nie umiem pisać recenzji!), i oto jest polecany. A teraz czytam raz jeszcze, w wersji biblionetkowo-opublikowanej i poliki mnie palą. Nazywam się czerwień.

wtorek, 6 stycznia 2009

Czytanie, bloxowanie oraz statystki

Czytam tak zachłannie, że aż sama się sobie dziwię - 3 stycznia przeczytałam "Chłopca w pasiastej piżamie" (wkrótce szerzej o tej książce, oczywiście - póki co, nie mam nastroju na pisanie), obecnie prawie już kończę "Merde! Rok w Paryżu".
I pomyśleć, że w roku 2008 przeczytałam li i jedynie "Sprężynę" M. Musierowicz (Lessing i Marqueza nie liczę, bo to raz, że pod sam koniec roku, a dwa - rezultat noworocznego postanowienia).
Obawiam się, że ta pasja czytania ma dla mnie wartość stricte terapeutyczną. Czytam, kiedy w pracy nie ma co robić. Czytam, kiedy wychodzę na papierosa. Czytam, kiedy męczy mnie mój prawie-trzylatek. Czytam, bo chcę stąd uciec.
I czytam, bo czuję potrzebę. Stricte intelektualną. Jestem głodna wiedzy. Skończyłam studia 2,5 roku temu i od tej pory cierpię na niepamięć i roztargnienie.
A blox dodatkowo organizuje mnie - pozwala pamiętać o treści i wrażeniach z przeczytanych książek, samym swym istnieniem prosi o nową notkę, więc także mobilizuje. Tylko że nie ma swoich czytelników. A ja bym bardzo chciała włączyć się w bloxowo-książkową społeczność, która zainspirowała mnie do pisania w sieci. Mam nadzieję, że ktoś tu zagląda.

sobota, 3 stycznia 2009

Dziennik ciężarowca, Tomasz Kwaśniewski

Zgodnie z planem, sylwestrowy wieczór spędziłam nad książką. O 23:27, kiedy za oknem zaczęło już naprawdę regularnie pohukiwać, a ja dobrnęłam do 77 strony - położyłam się spać. Po 20 minutach, wybudzona, przez parę chwil postałam w oknie i pooglądałam sobie fajerwerki. I nawet się wzruszyłam ludzką solidarnością i pijackimi zaśpiewkami na chodnikach. I znowu poszłam spać. A 1 stycznia czytałam dalej.
Właściwie to wcale nie miałam ochoty na lekturę "Dziennika ciężarowca". W bibliotece na półce z nowościami od razu rzuciła mi się w oczy ta okładka - czerwono-żółta, pstrokata, roześmiana. I tytuł, który znałam ze słyszenia. Autora nie kojarzyłam. Bubuś się niecierpliwił, więc, wybrawszy wcześniej Lessing i Marqeuza, sięgnęłam w locie po "Dziennik". I tym samym zapewniłam sobie bardzo przyjemny czytelniczy początek roku 2009.
Po pierwszych kilku stronach byłam rozczarowana. I wyrzucałam sobie, że mogłam odpuścić już wtedy, w bibliotece (bo teraz nie mogłam odpuścić - trzeba skończyć, co zaczęte - teraz taką wyznaję zasadę). Moje podejrzenia okazały się słuszne - nudna fabuła, słaby język, postaci z kosmosu, Wielka Miłość, w którą ja wierzyć nie mam podstaw, przesadnie troskliwy przyszły tatuś (jakże różny od ojca mojego dziecka, który zostawił nas, gdy tylko usłyszał o ciąży). Wszystko mdłe, przesłodzone i niewiarygodne, po prostu niestrawne. I tak się nakręcałam, czytając, aż wreszcie, dotarłszy do tej 77 strony (ostatniej w noc sylwestrową), ze zdziwieniem stwierdziłam, że oto racji nie mam: oto polubiłam Agę i Tomka - przyszłych rodziców, oto podoba mi się ten potoczny, swobodny język Autora, i bohaterom "Dziennika" wierzę, bo czułam/mówiłam/myślałam podobnie będąc niegdyś (prawie przed trzema laty!!) w stanie "błogosławionym".
O czym jest książka? Wiadomo: o następstwach i skutkach uprawianego seksu. Seksu z miłości szczerej, wzajemnej i pewnej i odpowiedzialnej - dodajmy, bo inaczej nie powstałby dziennik ciężarowca, tylko uciekiniera, tylko tchórza. Albo samotnej matki.
Aga i Tomek zachodzą w ciążę. Razem. Bo Tomek to nie tchórz i nie ma zamiaru uciekać. Zostaje przy Agnieszce, którą wkrótce poślubia (i bynajmniej nie tylko z powodu ciąży - data ślubu ustalona została wcześniej). Od nowa uczą się siebie. Aga wsłuchuje się w swoje ciało, uczy rezygnacji z tego, co było dlań ważne, Tomek dojrzewa: dotąd nieodpowiedzialny hazardzista, próbuje stawić czoło nowemu zadaniu, jakim jest wspieranie ciężarnej żony. Oboje uczą się też nowej roli - najważniejszej, priorytetowej jak się ma okazać - roli rodziców. Ich związek dojrzewa, przeżywają wzloty i upadki, które Aga odreagowuje na basenie, a Tomek - na blogu (bo to blog i felietony w "Wysokich Obcasach" pojawiły się najpierw. Dopiero potem zapiski przyszłego taty wydano w formie ponad 300-stronicowej książki). Oczywiście, jak w każdym przyzwoitym czytadle, wszystko kończy się happy-endem, w tym przypadku- blisko czterokilogramową Tosią.
W tej książce nie ma akcji jako takiej. Tutaj dzieje się tylko ciąża, tu rośnie brzuch, przychodzą i przechodzą mdłości, są wspólne spacery, wybieranie imion dla chłopca i dziewczynki, kłótnie, huśtawki nastrojów raz u przyszłej mamy, a raz u taty, a raz u obojga. Życie, życie. Wszystko to, przez co przechodzi każda kobieta w ciąży. Tylko, niestety, nie każda może przechodzić ciążę w towarzystwie takiego super faceta jak Tomek, niestety, bardzo szkoda. I chyba tego bałam się najbardziej rozpoczynając lekturę: że oto będę przyszłej matce zazdrościć faceta, z którym poczęła nowe życie, że będę czuła się jeszcze bardziej samotna niż jestem, zraniona, że wrócą dawne żale, poczucie niesprawiedliwości: ale nie. Nic z tych rzeczy. Nie ma w "Dzienniku" podziału na lepszych i gorszych. Nie ma słowa o samotnych matkach, ale nie ma też poczucia wyższości z powodu wspólnego donaszania ciąży. Książka jest - musi być, mam nadzieję, że jest - jak najbardziej autentyczna. Ja tu we wszystko wierzę, całość kupuję.
I jeszcze dużo się śmiałam. Bo i język, i bohaterowie "Dziennika": przesympatyczni, zabawni, fajni. Bardzo przyjemne czytadło. Na pięć. Na dobry początek roku. I na cały okres ciąży, żeńskiej i męskiej, dzień po dniu.

czwartek, 1 stycznia 2009

Czy panowie muszą tak n., od bladego świtu?!*

Ponoć Sylwester, wiem i słyszę, staram się być wyrozumiała, piję kawę z mlekiem, mam na sobie bluzę i ufajdany czekoladą polar; na biurku leży nowy terminarz, na terminarzu długopis, oto postanawiam pamiętać o Bardzo Ważnych Datach, adresach i numerze konta; w formacie a5 i w sztywnej okładce bez problemu zmieści się w mojej czarnej niemodnej torbie kupionej lata temu w tesco, będzie mi doskonale siniaczył uda na fioletowo, niebiesko i żółto, przypominając o przeczytanym Marquezie i pogodnej starości.
Koło południa, starannie omijając zwłoki petard, poszliśmy z Bubusiem do biblioteki, przykładnie świecącej pustkami. Sylwester. Rano nie mogłam znieść myśli, że oto mam do czytania  wyłącznie "Dziennik ciężarowca" i żadnej możliwości wyboru. A lubię mieć jakiś wybór, perspektywę jakąś. Lessing, Marqueza oddałam, przedłużyłam "Dziennik" (już napoczęty, już nadgryziony zębem czytelniczym moim), i dokonałam nowego wyboru:
Oczywiście wciąż czytam "Dziennik...", bo nie potrafię przerywać lektury lub sięgać po kilka książek jednocześnie. Ale naprawdę, naprawdę musiałam gdzieś wyjść. Choćby do biblioteki, jeśli już nie na bal.
I na tym, uznajmy to, pogódźmy się z tym, zakończył się mój dzisiejszy Sylwester, wypiłam kawę, poszwędam się jeszcze po allegro, postoję trochę w oknie między dwunastą a pierwszą, rozboli mnie głowa, zasnę. I wstanę dopiero w Przyszłym Roku. No co, fajnie jest, nie?
*tytuł zaczerpnięty z filmu "Dzień Świra"