wtorek, 29 grudnia 2009

Wyniki losowania, rocznica blogowania

Bez zbędnych wstępów: dziękuję. Za udział w konkursie również, ale przede wszystkim: za to, że jesteście, zaglądacie, komentujecie. Jesteście siłą napędową mojego bloxa. Dzięki. Cudownie mi się pisze: dla Was i z Wami. Życzę sobie dzisiaj kolejnej blogowej rocznicy - koniecznie w Waszym towarzystwie. I jeszcze: samych dobrych, pięknych książek i filmów, o których mogłabym Wam opowiadać.  

Tymczasem: wyniki losowania. Sierotką został mój synuś, współpracował wspaniale (patrz: dokumentacja fotograficzna). W losowaniu wzięło udział 20 blogowiczów, z których 12 miało chrapkę na "Firmina", a 8 - na "Tajemnicę rodu Hegartych". Oto, co działo się dzisiaj o godz. 17 (tuż po wyjściu księdza, który po kolędzie chodził):











Zdjęcia można powiększyć - wystarczy kliknąć.

"Tajemnica rodu Hegartych" wędruje do anulakote ,
"Firmina" wygrywa kultur-alnie . Gratuluję!!! I oczywiście poproszę o Wasze namiary na moją gazetową skrzynkę (aerien@gazeta.pl).

Wszystkim uczestnikom zabawy dziękuję.
Wszystkim stałym czytelnikom i przypadkowym gościom na moim bloxie - dziękuję po stokroć. Za obecność. Za wspólnie spędzony rok.

czwartek, 24 grudnia 2009

Prezenty!

Mrugaj mrugaj Gwiazdko ma
cudna jest uroda Twa!
*

Jestem, jestem! Mocno już spóźniona, ale za to w bardzo  świątecznym, powigilijnym nastroju, życzę Wam cudownych Świąt Bożego Narodzenia, miękkich lśniącobiałych płatków śniegu za oknem, kojących lektur w zasięgu ręki, bliskości najbliższych i zdrowia, zdrowia i spokoju przede wszystkim.


To co? To teraz już z górki. Życzenia poskładane, kolacja zjedzona, prezenty rozpakowane... Prezentów jednak nigdy dosyć. I ja, nieobecna ostatnio z powodu przedświątecznego remontu (ale warto było, cudną mam teraz podłogę), przygotowałam dla Was świąteczną niespodziankę. Okazje są dwie. Pierwsza to oczywiście Gwiazdka 2009. A druga to... pierwsza rocznica mojego skromnego bloxa, zbyt często ostatnio, co ze wstydem przyznaję, zaniedbywanego.
Proszę bardzo:



Te książki są dla Was. 

Jeśli macie ochotę na "Firmina" albo "Tajemnicę rodu Hegartych" , to ja bardzo chętnie sprezentuję :) Wystarczy komentarz ze zgłoszeniem chęci posiadania jednej z tych książek (wskazaniewybranego tytułu jest niezbędne!).
Zgłoszenia do 28 grudnia, do północy.

Losowanie odbędzie się 29 grudnia - w pierwszą rocznicę istnienia mojego wirtualnego zeszytu.

Tymczasem ja już szykuję się do świątecznego wyjazdu i znikam na dwa kolejne dni, ale zaraz po świętach mam nadzieję napisać zaległe recenzje, podsumować nareszcie peryferyjne wyzwanie, opowiedzieć o filmach, które obejrzałam (już teraz mogę zapewnić, że warto wybrać się do kina na "Mikołajka" - ja w każdym razie byłam, o wrażeniach wkrótce). A, i są już tagi na bloxie. Fajna sprawa. Ale i tym zajmę się dopiero po świętach.

Jeszcze raz zatem: Wesołych Świąt!!!

* to tekst piosenki z Ulicy Sezamkowej chyba, mój synek podśpiewywał dzisiaj cały wieczór ;)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

500 dni miłości, reż. Marc Webb (2009)




Nie, nie! Nie przewracajcie oczyma, nie umykajcie wzrokiem, nie uciekajcie wreszcie!!! Szczerze zapewniam, że ja też wprost nie znoszę ckliwych komedyjek z romansem w tle! Horrory, o czym już wiecie, jak najbardziej - ale komedii romantycznych nie lubię od, hmm, zawsze? Może kiedyś Wam wyznam, dlaczego. Tymczasem - nie ma potrzeby. Bo '500 dni miłości', wbrew cukierkowemu tytułowi i temu, co przedstawia równie przesłodki plakat, NIE jest typową komedią romantyczną. I mimo oczywistych, lukrowanych scen, jak chociażby te (nota bene, świetną ma dziewczyna sukienkę - patrz zdjęcie 1):





'500 dni miłości' obejrzałam zachęcona pozytywnymi recenzjami, których autorzy zgodnie orzekali: film ten to zupełnie nowa jakość, wreszcie coś świeżego i nieschematycznego, a w przypadku tak skostniałego gatunku jakim są komedie romantyczne, to rzeczywiście nie lada wyczyn. Postanowiłam się przekonać, bo brzmiało to wszystko szalenie zachęcająco. Przekonałam się i potwierdzam. Absolutna rewelacja! Film mnie zachwycił.

Historia banalna, historia jakich wiele: chłopak poznaje dziewczynę. Wkrótce zostają parą. Problem w tym, że on jest niesłychanie zakochany, a ona - wcale. On traktuje ich związek zupełnie poważnie, snuje wspólne plany, ona wierzy tylko w luźne związki, nie chce czy nie potrafi się angażować. Czy coś dobrego wyniknie z takiego układu? Czy możliwa jest w związku dwojga ludzi miłość jednostronna? Film daje odpowiedzi (w moim przekonaniu: poprawne, a w Waszym?) na te i inne pytania (uwierzcie mi, mnóstwo pytań z załączonym odpowiedziami, możecie się zgadzać lub nie, lub stawiać inne - film ten naprawdę zmusza do myślenia), warto więc obejrzeć.

Warto nie tylko dla samej historii - zapewniam raz jeszcze: niegłupiej. Warto dla ścieżki dźwiękowej (balsam dla uszu, rewelacja i moje pokłony), wkomponowanej idealnie w obraz, warto dla cudownych zdjęć i niesamowitej reżyserskiej pomysłowości (chociażby wprowadzenie narratora i licznych animacji oraz szereg zadziwiających zabiegów technicznych, o których uczyłam się kiedyś na historii kina i teatru, a których nazw nie pomnę po tych kilku latach), warto wreszcie dla wspaniałych kreacji aktorskich (wszyscy się spisali, drugoplanowi aktorzy także) i przede wszystkim warto dla boskiego Josepha Gordona-Levitta, choć większość widzów zachwyca się jego ekranową partnerką (hmm, co kto woli, heh):







'500 dni miłości' to rzecz zdecydowanie warta obejrzenia - niezależnie od preferowanych gatunków filmowych. Zachęcam zatem po stokroć!

sobota, 12 grudnia 2009

Paranormal Activity, reż. Oren Peli (2007)



Miało być straszno - i było. Ostatnich dziesięć minut filmu spowodowało u mnie stan bliski omdleniu. Wytrwałam jednak, ciekawość zwyciężyła, choć tę końcówkę, co muszę wyznać, oglądałam już przez palce, gotowa w każdej chwili całkowicie zasłonić oczy. Co tu dużo mówić: bałam się. Dlatego film ten oceniam jako bardzo bardzo dobry - bo trzeba Wam wiedzieć, że jestem / byłam miłośniczką horrorów od najmłodszych lat.

Pamiętacie Wasze poranki sprzed kilkunastu lat? Ja pamiętam jak dziś: 5-6 letnia dziewczynka, wskakuje do łóżka śpiących rodziców, włącza odtwarzacz video i ogląda (dzień w dzień!) "Bloba zabójcę" (klasyk klasy B, ale oglądało się świetnie), "Muchę", "Pogromców duchów", "Gremliny" (pamiętajcie, że z mojej ówczesnej kilkuletniej perspektywy to BYŁY horrory), "Koszmar z ulicy Wiązów" (mój osobisty nr 1 jeśli chodzi o gatunek, respekt do Freddy'ego czuję do dziś) i "Laleczkę Chucky". Tak, tak. A potem, przez wiele następnych lat, oglądałam kolejne tytuły. Także - dziesiątki horrorów za mną i wierzcie mi: nie łatwo mnie przestraszyć.

"Paranormal Activity" to film stylizowany na dokument - zdjęcia kręcone amatorską kamerą, przypadkowi aktorzy-amatorzy. Zupełnie jak "Blair Witch Project", który także obejrzałam w kinie, przed kilku laty, i który też mnie zachwycił.

O filmie za film.onet.pl: "Młoda para wprowadza się do nowego domu i próbuje rozpocząć spokojne życie. Wkrótce okazuje się, że w nowym mieszkaniu dzieje się coś nietypowego i przerażającego. Małżeństwo postanawia zainstalować w domu monitoring, aby zarejestrować wydarzenia. Film to zapis tego, co udało się nagrać kamerom".
(moja mała uwaga: to nie było małżeństwo, o ile dobrze pamiętam, ale szczegół to mało istotny)


Tak sobie zerkam na opinie internautów, i większość stwierdza, że "Paranormal Activity" to nie jest horror, a jedna wielka nuda. Otóż nie. Owszem, w zasadzie można uznać, że film jest najzupełniej statyczny i właściwie do samego końca nic się nie dzieje (żadnego rozlewu krwi i gęsto ścielących się trupów), ale, kurczeż, właśnie to jest najbardziej przerażające. Ten horror toczył się w moim umyśle właśnie przez to, że sam obraz niewiele wyjaśniał - dopowiadałam sobie sama. Oglądałam i myślałam: cholera, kto wie, co dzieje się w moim domu, gdy śpię. I te wszystkie odgłosy, jakieś poruszenia na ekranie - paraliżujące. I kluczowe nocne sceny, najpierw przyspieszony obraz (bo oni śpią, i nic poza tym się nie dzieje) i nagle o 1 czy 3 w nocy zegar zwalnia. A ja siedzę, patrzę i czekam. Przerażona.


Nie nowe, ale prawdziwe przecież przesłanie: strach rodzi się w naszych głowach. Wezwany specjalista od duchów stwierdza, że zła energia karmi się złymi emocjami. I na ekranie to widać. Wspaniałe kreacje aktorskie, polubiłam odtwórców ról Katie i Micah, są absolutnie wiarygodni w swoich rolach, świetnie zobrazowane jest ich zmęczenie, coraz większe wyczerpanie psycho-fizyczne nocną paranormalną aktywnością i ewolucja ich wzajemnych stosunków.





Tego oczekuję od horrorów: żeby działały na moją wyobraźnię, a nie podawały na tacy wizje krwawych rzezi. Żebym się bała. W przypadku tego filmu: bałam się, powtarzam raz jeszcze. Dlatego szczerze polecam tym, którzy lubią mocne, trzymające w napięciu kino.

Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka




"ja przepraszam państwa najmocniej
za zgrzytanie zębami" [1]

Ha! No to mam za swoje! Połasiłam się na egzemplarz recenzencki zaproponowany mi przez Wydawnictwo Magia Słów i teraz nie mam wyjścia: muszę napisać, choćby w kilku zdaniach, o powieści, której wolałabym nie pamiętać: tak była zła. Dawno (hmm...nigdy?) nie czytałam książki tak żenującej.

"Jeszcze nikt nie zaprojektował dżinsów na mój tyłek. Dupę, która wymknęła mi się spod kontroli i zaczęła żyć własnym życiem. Czasem z nią rozmawiam, w końcu podobno należy pogadać z kimś mądrym" [2]

Fabuły (i chyba tylko fabuły) czepiać się nie zamierzam, bo zgrabnie przeplatające się historie dwóch kobiet, Mariji i Hanki, niewątpliwie mają potencjał. Jedna z pań walczy o miłość z żonatym obcokrajowcem, druga, przeżywszy stratę dziecka, próbuje poukładać swoje życie na nowo. Historia zatem jak najbardziej zjadliwa.

Niestety: język powieści przysłonił mi wszelkie inne jej walory. "Siedem kolorów tęczy" służyć może za przykład na wykładach z cyklu "jak pisać nie należy".
Nie wiem, czy to z racji mojego wykształcenia, czy z wrodzonego poczucia literackiej estetyki, słowa są dla mnie najważniejsze: kocham się w książkach pięknie napisanych. Lub choćby: napisanych przyzwoicie. Mogą być nieciekawe fabularnie, ale i tak mnie zachwycą. A tutaj? Fatalnie, fatalnie. Patos, wzniosłe słowa o poszukiwaniu Własnej Drogi, mieszają się z wulgaryzmami i żenującymi opisami męskich narządów płciowych. Dialogi bohaterów: zupełnie niewiarygodne (pisała już o tym neta). Zbyt wiele nachalnych nawiązań do współczesności (przytaczane są teksty piosenek naszych rodzimych "gwiazd", np. artystki o pseudonimie Paulla, którymi to piosenkami katowana byłam przez stacje radiowe wcale nie tak dawno temu; bohaterowie posiłkują się także cytatami ze znanych telewizyjnych reklam). Zbyt wiele...wszystkiego (listy Sobieskiego do Marysieńki, fragmenty prozy Whartona, Coelho, poradników, półnagie zdjęcie Autorki, zdjęcie jej córki, opowiadania innych autorów wyróżnione w literackim konkursie). Za mało samej książki w tej książce. Istny groch z kapustą.

Ledwo przebrnęłam.
Gniot roku.
Tak, mam za swoje.

[1] Przebijśnieg, Kasia Nosowska (fragment)
[2] Monika Sawicka, Siedem kolorów tęczy, wyd. Magia Słów, 2009, s. 31

czwartek, 10 grudnia 2009

Stosik mikołajkowy

Ech, cóż u mnie? Bubuś znowu jest chory, znowu problemy w pracy, znowu zaległe recenzje i zaniedbany blox, zimno, mokro, za mało snu i czasu.
Mikołaj jednak nie zawiódł.
6 grudnia dostarczył mi wytęskniony aparat cyfrowy i... białą różę. Tak, tak...
Książki ze zdjęcia to moje własne, późnojesienne nabytki, którymi nareszcie mogę się pochwalić.
Czwarta od góry to "Uwikłanie" Zygmunta Miłoszewskiego (allegro). "Dom z papieru" znalazłam w koszu tanich książek w tesco i nabyłam za 6zł, zdaje się, podobnie jak "Dziwne losy Jane Eyre" (nareszcie mam!). Pozostałe kupione w lokalnej księgarni.




cieszą mnie
(Biała róża też. Jeszcze pachnie. )

Tymczasem mam ochotę na jakiś film. I na czekoladę. Przede mną wolny weekend. Podczytuję "Ex libris" A. Fadiman. Rozjaśniłam włosy. 

środa, 2 grudnia 2009

To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun




Lektura obowiązkowa.
Nie wyobrażam sobie, że nie przeczytacie.

Przerażająca, porażająca, przepiękna.

I chociaż trudno w to uwierzyć (i chociaż wierzyć się nie chce), ta historia wydarzyła się naprawdę. Tutaj:


Lata 70-te XX wieku. Maroko. Za udział w zamachu na króla skazano 23* żołnierzy i osadzono ich w tajnym podziemnym więzieniu (Tazmamart), w celach wielkości grobu. Po 18 latach na
wolność wyjdzie czterech. Tylko czterej przeżyją. Jeden z nich opowie swoją historię, a Ben Tahar Jelloun ubierze ją w najpiękniejsze z możliwych słów. Efekt naprawdę porażający. Bezmiar okrucieństw i zła kontra delikatne, kruche, poetyckie zdania.

Wyobraźcie to sobie.
23 mężczyzn zamkniętych w celach wielkości grobu, w specjalnie skonstruowanej fosie, pod ziemią. Bez kontaktu ze światem zewnętrznym (to było, co podkreślam, ściśle tajne więzienie - nikt niewtajemniczony nie wiedział, gdzie znajdują się więźniowie - sprawa wyszła na jaw po 18 latach i zbulwersowała opinię publiczną. Więźniów uwolniono.), bez kontaktu ze światłem, słońcem. Powietrze docierało do nich przez niewielkie lufciki, jak ten, przy wejściu do fosy. Generalnie spowijała ich wieczna, nieprzenikniona ciemność, a nozdrza oblepiał kwaśny, ostry zapach męskiego potu, rzygowin, odchodów, wreszcie: smród rozkładających się ciał:
"Noc nie była nocą, bo nie istniały już ani gwiazdy, ani księżyc, ani niebo. My sami byliśmy nocą. Z nocy stworzone były nasze ciała, oddechy, bicie serca, dłonie błądzące po ścianach (...). Nie żyliśmy w byle jakiej nocy. Nasza była wilgotna, bardzo wilgotna, usmolona, brudna, spotniała, śmierdząca moczem ludzi i szczurów" [1].

Z tego więzienia nikt nie miał prawa wyjść żywym, ale proces umierania miał być długi. Lekarze (!) opracowali specjalną dietę (makaron, stary chleb, kawa - dzień w dzień, raz w tygodniu makaron polany wielbłądzim tłuszczem), która nie pozwalała więźniom umrzeć z głodu, ale nie zaspokajała też wszystkich potrzeb organizmu - stąd wypadanie zębów, choroby skórne, przypadek śmierci z zatwardzenia.

"Grób był urządzony (...) tak, żeby ciało musiało znosić wszelkie możliwe do wyobrażenia cierpienie i żeby mogło je znosić jak najdłużej, pozostając przy życiu, gotowe na następną porcję" [2].

Plus okrutni, bezduszni strażnicy (zatrudnieni w Tazmamart dożywotnio - tj. do śmierci ostatniego z więźniów), którzy czasem, dla rozrywki, skopali tego czy owego żołnierza, lub wpuszczali do ich cel skorpiony...

Okrutne zezwierzęcenie człowieka, nieludzkie warunki bytowania i próba walki o własną godność (i życie) nasuwają oczywiste skojarzenie z literaturą obozową, łagrową. Jednak w książce Marokańczyka nie da się nie zauważyć orientalnych naleciałości. Niesamowita mieszanka, musicie przeczytać i sprawdzić sami.

Wracając... jak poradzić sobie w tak nieludzkich warunkach? Ciemność, smród, strach, głód, poczucie beznadziei... Niektórzy pogrążali się w szaleństwie. Wariowali, po prostu. I umierali w nieświadomości. Inni ginęli od toczących ich ciała chorób (lekarstw nie było, lekarzy takoż). Natomiast pozostali próbowali stworzyć sobie w Tazmamart namiastkę normalnego społeczeństwa, funkcjonowania:
"Każdy z nas miał jakąś rolę: Gharbi w pewnych okolicznościach głośno recytował Koran, Karim był strażnikiem czasu - nazywaliśmy go gadającym zegarem albo kalendarzem - Wakrin specjalistą od skorpionów, ja zaś zostałem bajarzem" [3].

Powieść napisana jest z perspektywy jednego z osadzonych - jego uratowała modlitwa, religia i literatura. Mnóstwo w tej książce przepięknych fragmentów o słowach, powieściach, czytaniu, jak chociażby ten:
"Żałowałem bardzo, że nie czytałem "Baśni tysiąca i jednej nocy". Kwestia przypadku. Mówimy sobie, że mamy jeszcze czas, odkładamy pewne książki na później i w końcu o nich zapominamy. Mój ojciec miał olbrzymią bibliotekę. Sporą jej część stanowiły rękopisy arabskie, które kolekcjonował, pozostałą - książki wydane po angielsku i francusku. Choć nie czytał wszystkich, lubił książki kupować i ustawiać na półkach. Oddawał je do oprawy i układał tematycznie. Matka protestowała, bo nie miał pieniędzy na podręczniki dla nas, lecz wciąż myszkował u bukinistów w poszukiwaniu jakiegoś starego rękopisu, za który płacił wysoką cenę. Jednak życie w otoczeniu książek nie pozostało bez wpływu na nasze wykształcenie. Wszyscy moi bracia i siostry kochają książki i czytanie" [4].

"To oślepiające, nieobecne światło", z pozoru przygnębiające i przerażające jest lekturą niezwykle pozytywną, ciepłą i dobrą. Musicie, musicie przeczytać, bo jest tam wszystko, co najważniejsze. I warto poznać matkę głównego bohatera, nietuzinkową postać, która doskonale radziła sobie bez męża-lekkoducha i wychowała gromadę mądrych, dzielnych dzieci. Interesująca jest również relacja ojciec-syn. Bo powieść to kilkuwątkowa. Barwna, orientalna (ujmujące opisy marokańskich potraw i sceny z pogrzebów), poetycka.

To "arcydzieło, które pokazuje - a udaje się to tylko nielicznym książkom - co powinno być celem literatury" [5].

Musi się znaleźć na Waszych półkach.

* gwoli ścisłości: więźniów było 57, przeżyło 28 - wspomina o tym bohater powieści, ale pisze głównie o swoim więzieniu, z 23 więźniami, zwykłymi żołnierzami - drugie było tuż obok (dla oficerów i wyższych rangą zbrodniarzy politycznych)

[1] Tahar Ben Jelloun, "To oślepiające, nieobecne światło", przeł. Małgorzata Szczurek, wyd. Karakter, Kraków 2008, s. 11
[2] Tamże, s. 12
[3] Tamże, s. 103
[4] Tamże, s. 104
[5] Tamże, tekst z okładki

czwartek, 26 listopada 2009

Śniadanie u Tiffanyego, reż. Blake Edwards (1961)


PROLOG

Tak, wiem, jestem niemożliwa. Cóż ze mnie za blogowiczka, jeśli wobec własnego bloxa dopuszczam się właśnie najstraszliwszego w sieci grzechu: grzechu zaniedbania. I to wcale nie dlatego, że nie czytam, bo czytam w każdej wolnej chwili (dwie cudowne powieści i jedna okropnie zła cierpliwie czekają, aż zachce mi się o nich opowiedzieć). Sama nie wiem. Jesień. Osławione długie chłodne wieczory mijają mi przeraźliwie, zatrważająco szybko: kiedy położę dziecko spać, sama nie wiem, co najpierw: czy czytać, czy posiedzieć w sieci, czy w simsy pograć, czy nareszcie coś obejrzeć. Właśnie: obejrzeć. 
Stwierdziłam ostatnio, że jestem przeokropną ignorantką, jeśli chodzi o film. W tym roku obejrzałam...hmm...może jeden? Bo raz, że nie mam czasu (naprawdę wolę książkę...), a dwa: nie chce mi się. Z kinem (starym, niemym, współczesnym, klasy B, jakimkolwiek wreszcie) jest mi zwyczajnie nie po drodze. Niedawno jednak poczułam głód obrazów - nie wyobrażonych, bo tych pod wpływem rozlicznych lektur naprawdę mam pod dostatkiem, ale namacalnych, podanych na tacy, na ekranie. Naczytałam się także na różnych blogach różnych filmowych recenzyj i stwierdziłam, że (uwaga! złota myśl!) książka książką, ale film filmem, i nie powinno się bojkotować jednego na rzecz drugiego. Trochę równowagi. Dlatego też dodaję na swoim stricte książkowym bloxie kategorię: kino i postanawiam sobie, że oglądać będę. Bo zaniedbuję nie tylko bloxa, ale też własny duchowy rozwój - między innymi przez ignorancję względem kina. Tym samym postanawiam też wyleczyć się z chronicznego rozleniwienia. Chcę czytać, oglądać, pisać. Moja afirmacja na najbliższy czas.

PROLOG 2

Jak już wspomniałam, filmy oglądam niezwykle rzadko, nazwiska wielkich reżyserów znam, ale ich twórczość to już niekoniecznie. Nie chadzam do kina, telewizor włączam rzadko. Dlatego proszę o wyrozumiałość - postaram się na bieżąco spisywać wrażenia po każdym obejrzanym seansie, ale nie będą to typowe recenzje. Bo ja na kinie zwyczajnie się nie znam. Chociaż...wszystko przede mną, prawda? ;)

CZĘŚĆ ZASADNICZA, NAWIĄZUJĄCA DO TYTUŁU NOTKI

Na pierwszy ogień - "Śniadanie u Tiffany'ego", bo właśnie ten film miałam wczoraj pod ręką. O 1 w nocy ryczałam jak bóbr na wzruszających scenach końcowych - łzy jak grochy po polikach, no mówię Wam! Świetny film.



"Śniadanie u Tiffany'ego" Trumana Capote'a czytałam dobrych parę lat temu, na pierwszym roku studiów, zdaje się. Wspomnienia z lektury mam raczej mgliste, pamiętam jednak ogólne wrażenie: przeciętna. Nic specjalnego. Po obejrzeniu ekranizacji z roku 1961 wciąż nie rozumiem fenomenu głównej postaci: młodziutkiej, prześlicznej Holly Golightly, której podejście do życia budziło niegdyś kontrowersje (czy nadal budzi? nie wiem). Dziewczyna bawi się dobrze, imprezuje, wyłudza pieniądze od kolejno uwodzonych mężczyzn, nie przywiązuje się do ludzi, przedmiotów i miejsc. Jej sposób na życie to oczywiście przykrywka: Holly jest istotą zagubioną i dalece nieszczęśliwą. Nie wie, jak żyć, i próbuje tę niewiedzę ukryć właśnie przez lekkie wszystkiego traktowanie. Wszystko to, dopóty nie przytrafi jej się Paul Varjak, nowy sąsiad, przystojny pisarz, zagubiony podobnie jak Holly i pewnie przez to tak wyrozumiały (uwaga! piszę o filmie, już nie o książce, bo nie pamiętam książkowego zakończenia i nie mam pojęcia czy obraz Edwardsa to wierna adaptacja, czy nie. Coś mi się roi, że u Trumana Capote'a nie było happy endu, ale mogę się mylić - z resztą: sprawdzę, bo po filmie, który wydał mi się bardziej oczywisty niż książka, nabrałam ochoty na ponowną lekturę).

Nie chciałabym niepotrzebnie spoilerować, więc miast o samej fabule, napiszę o tym, co mi się podobało, a co nie.
Zatem... Audrey Hepburn (nota bene, to pierwszy film z Audrey Hepburn jaki miałam okazję obejrzeć i cieszę się, że jednak obejrzałam, bo ostatnio o aktorce pisała Orchiss, recenzując biografię) jest faktycznie śliczna. Ale nie zagrała doskonale, o co absolutnie nie mam żalu, bo postać Holly, jak już wspomniałam, to dla mnie zwykła, niewiarygodna kreacja, taki wymyślony twór, nie ważne, czy w wersji pisanej czy filmowej właśnie. Kogoś takiego ciężko byłoby zagrać, więc nie dziwię się, że Audrey wypadła tak nieprzekonująco. A może to ja nie lubię Holly i tylko wydziwiam (wspominałam, że nie znam się na kinie?). Podobał mi się za to George Peppard w roli Paula - wizualnie nie w moim typie, ale cudownie męski.
Świetny był też sprzedawca u Tiffany'ego, zagrany przez Johna McGiver'a. I bezimienny Kot, cudownie rudy. I kochanka Paula, zagrana przez Patricię Neal, o cudownie brzmiącym głosie.

Najlepsze sceny: przyjęcie u Holly ( szaleństwo, pełno dymu, "zwałka" pijanej modelki, histeryczny płacz przed lustrem jednej z zaproszonych kobiet, ujęcie roztańczonego tyłka, plotki i zwyczajowy podryw), scena u Tiffany'ego, powtarzalność ujęć przy głównych (zielonych!) drzwiach wejściowych do budynku zamieszkanego przez Holly i Paula i skrzynkach na listy, no i sceny końcowe, które są oczywistym tandetnym wyciskaczem łez, tak typowych dla romansideł, ale które wzruszyły mnie bardzo i, jak już napomknęłam, wyłam o 1 w nocy jak bóbr, a łzy jak grochy po polikach. Potem poszłam spać, ale wspomnienie filmu prześladuje mnie do teraz.

Mimo że schematyczne, przewidywalne i aktorsko nie powalające - "Śniadanie u Tiffan'yego" ma w sobie pewną świeżość (co ważne, gdyż jest to film nie nowy - z 1961), bawiło mnie i wzruszało. Podobało się, jednym słowem. No i kilka tekstów, które pamiętam z książki Capote'a, a które przypomniały mi, co jest ważne. I w pewnym sensie zmobilizowały do działania (czytaj: do popełnienia tego wpisu na bloxie, po dłuższej, chyba niepotrzebnej przerwie).

Mój ulubiony dialog (adekwatny, biorąc po uwagę jaki mamy dzień tygodnia...):
-Dzisiaj czwartek?
-Tak.
-Niemożliwe! To potworne!
-Co jest takiego potwornego w czwartku?
-Nic, ale zawsze nadchodzi niespodziewanie.

Ach, zapomniałabym o najważniejszym: muzyka! Przepiękna, absolutnie klimatyczna (choćby ta wprowadzająca, w scenie początkowej), uhonorowana w 1962 roku Oscarem.

I na koniec, kilka ujęć:








niedziela, 15 listopada 2009

Biegnij, Ann Patchett




Niekoniecznie.
Niekoniecznie, bo to bardzo przeciętna książka.

W pewną zimową i niezwykle śnieżną noc na zdradliwej, oblodzonej drodze dochodzi do wypadku, którego ofiarami stają się Tip - adoptowany syn byłego burmistrza Bostonu oraz Tennessee, matka jedenastoletniej Kenii. Losy obu rodzin krzyżują się, a ich niefortunne spotkanie okazuje się zupełnie nieprzypadkowe. Dramatyczne zajście na drodze implikuje też stopniowe odkrywanie tajemnic rodzinnych i próbę rozrachunku z przeszłością u każdego z bohaterów.

Brzmi ciekawie? I mogło być ciekawie, ale Autorka, tak przeze mnie chwalona za "Asystentkę magika", tym razem zdecydowanie przedobrzyła z mnogością poruszanych problemów (kwestie właściwego wychowania dzieci, zagadnienia polityczne, realizacja marzeń, adopcja, rasizm i mnóstwo innych jeszcze), które w tej niedługiej przecież opowieści potraktowane zostały dość powierzchownie - właśnie przez nadmiar. Szkoda, bardzo szkoda, bo to historia z potencjałem.

Głównym plusem jest przede wszystkim styl opowiadania - to wciąż ta sama Ann Patchett, z dobrymi pomysłami, z lekkim, ciepłym piórem. Czytelnik mimowolnie zapada się w te łagodne miękkie zdania, a lektura "Biegnij" sprawia mu przyjemność. Tym, co najbardziej pamiętam z lektury była pasja głównych bohaterów, ich poświęcenie dla hobby - Tip marzył o ichtiologii, Kenia uwielbiała biegać i właśnie ze sportem wiązała swoją przyszłość. Bardzo cenię u ludzi pasję i determinację, więc te wątki w powieści wydały mi się najgodniejsze uwagi. Ale to wszystko. Przynajmniej u mnie tak było. Naturalnie, dostrzegam też inne problemy poruszone przez Autorkę i rozumiem, że książka ta winna skłaniać do głębszych przemyśleń, ale jak dla mnie: za dużo tu dydaktycznego smrodku i ewidentnego, uporczywego wskazywania palcem na kolejne ważkie kwestie poruszone w powieści. No i postaci... Papierowe, mało wiarygodne. I dość pokraczny happy end. I trochę metafizyki (znanej mi już z "Asystentki magika"). Jednym zdaniem: za dużo wszystkiego, więc sens gdzieś się rozmywa.


Czy warto sięgnąć? Jak już wspomniałam: cóż, niekoniecznie. Przede mną jeszcze "Belcanto" - ostatnia z wydanych w Polsce książek Ann Patchett i najbardziej z tych trzech chwalona. Oby rzeczywiście okazała się warta uwagi. Bo "Biegnij" to rzecz przeciętna i chyba trochę szkoda czasu na zaprzątanie sobie głowy.

piątek, 13 listopada 2009

Jabłko, Michel Faber

Och, krótko będzie. Krótko, bo i forma krótka (niewielki zbiór opowiadań), a i czytane dawno temu, jeszcze w sierpniowym słońcu (ach, kiedyż to było? w ponurą noc listopadową sierpniowe słońce to pojęcie odległe i prawie absurdalne).
Zatem: krótko i niekoniecznie na temat, bo Faberowskie "Jabłko" połknęłam w pewien sierpniowy wieczór i następnego dnia już niewiele z tej błyskawicznej lektury pamiętałam. Ja po prostu nie lubię opowiadań, a te pomieszczone w "Jabłku" są, było nie było, zupełnie przeciętne. Książeczkę tę potraktowałam więc jako literacki kompres, który skutecznie złagodził mój ból po rozstaniu z bohaterami "Szkarłatnego płatka". Bo w "Jabłku" oni wracają. Niekiedy cofamy się w czasie i poznajemy ich wcześniejsze dzieje (te sprzed wydarzeń opisanych w "Szkarłatnym płatku i białym'), lub podglądamy, co porabiają teraz. Niestety, nie dowiedziałam się niczego nowego o tych bohaterach, których losami przejęłam się najbardziej. Może dlatego poczułam się tak rozczarowana? W każdym razie, zbiorek jest niewielki, każde opowiadanie stanowi zamkniętą całość i może je przeczytać każdy, również ten, kto nie czytał "Szkarłatnego płatka". Ale naprawdę: niekoniecznie. 
Tym, co najbardziej pamiętam z lektury "Jabłka" jest...przedmowa samego Autora, który wyjaśnia czytelnikom dlaczego zakończył "Płatka" właśnie w taki sposób, cytuje także morze listów od swoich czytelników (ich fragmentami posiłkowałam się recenzując swego czasu "Szkarłatnego płatka") oraz tłumaczy genezę powstawania kolejnych opowiadań. To fajna, barwna i ciepła przedmowa, która czyni z "Jabłka" deser nie do pogardzenia, zwłaszcza dla tych, którzy umiłowali bohaterów 800-stronicowego "Płatka". Osobiście zajadałam się "Jabłkiem" ze smakiem, lecz ostatecznie uważam ów zbiór opowiadań za przeciętny, zbyt przeciętny.
A tak a 'propos "Szkarłatnego płatka" - wkrótce po lekturze zakupiłam swój własny egzemplarz, bo pomyślałam, że chętnie doń wrócę. I teraz leży na półce, a ja codziennie nań patrzę. I codziennie, gdy tak patrzę, to czuję jakąś ulgę, jakieś kojące działanie wywiera na mnie ów czerwony grzbiet tej niesamowitej powieści. Jest jedną z ważniejszych książek, jakie mam. Każdego dnia powstrzymuję się przed sięgnięciem i przejrzeniem chociażby - powstrzymuję, bo mam podstawy, by twierdzić, że znów zagubię się w XIX-wiecznym Londynie, a przecież mam tyle nowego do przeczytania... ech.
Podsumowując: 'Jabłko" można przeczytać, ale nie trzeba. A 'Płatka" warto. O.

środa, 28 października 2009

Sesja książkowa (stosiki!!!)

(to najpierw o nieszczęśliwej księżniczce - przyjemności później)
Dżizys! 
Jestem taka...zmęczona. Autentycznie zmęczona. Ostatnie tygodnie: jak z koszmarnego snu. Bo najpierw intensywne i długotrwałe zapalenie oskrzeli z wszelkimi możliwymi poantybiotykowymi powikłaniami, potem spięcia i napięcia w pracy, wreszcie: kłopoty rodzinne. Chcę już do ciepła, do słońca, do wiosny.
I jeszcze te zakupy natury odzieżowej (nie znoszę!), w ramach przygotowań do srogiej (wg prognoz) zimy. A księgarnie - szerokim łukiem muszę. Przynajmniej do kolejnej wypłaty.

(przyjemności)
Mimo tych nieszczęsnych przeciwności losu w październiku nabyłam "Uwikłanie" Miłoszewskiego (9zł) i "Kwas siarkowy" Nothomb (5zł), bo nie mogłam się oprzeć tak cudownym okazjom.
A że trafił mi się także uprzejmy rodzony brat - pożyczyłam odeń komórkowy aparat i obfotografowałam wszystko, co w zasięgu wzroku, i o czym dotąd pisywałam w ramach serii "Co mam" (moje półki są dwurzędowe - czyli książki z przodu, i te, które za nimi, niestety, schowane).
Oto, co mam, w zdjęciowo-stosikowym skrócie (kliknij, a powiększysz):













+ najnowsze biblioteczne łupy


No!

A teraz czytam sobie "To oślepiające, nieobecne światło". Niezwykła rzecz. 

środa, 14 października 2009

Zniknięcia Esme Lennox, Maggie O Farrell


To mój ogromny wyrzut sumienia: ta książka. Potraktowałam ją zupełnie po macoszemu. A przecież to wcale niezła powieść jest. Nie zasłużyła sobie Maggie O'Farrell najpierw na moją nieuważną lekturę, a potem na totalny brak jakiejkolwiek oń wzmianki. Wzmiankuję więc dzisiaj, bo trzeba wreszcie nadrobić recenzyjne zaległości. Zaraz koniec roku. I może jeszcze zdążę kogoś skusić, by po "Zniknięcia Esme Lennox" jednak sięgnął. Bo warto.
Zacznijmy od początku.
Bo na początku przeczytałam fantastyczną i wiele obiecującą recenzję Padmy , odnotowałam w pamięci nazwisko autorki, a po trzech dniach, ku swej niezmiernej radości, "Zniknięcia Esme Lennox" odnalazłam na bibliotecznej półce z nowościami. Nie musiałam się rozglądać - to była pierwsza książka, jaka wpadła mi wtedy w oko, i zaraz potem: w wygłodniałe czytelnicze ręce. A był to czas bardzo chaotyczny, bo przedurlopowy. Pomyślałam, że skoro książka niedługa (ledwie ponad 200 stron - niedługa, niekrótka lecz w sam raz!), zdążę przeczytać przed wyjazdem. Zaczęłam. I (płonę właśnie ze wstydu) pierwszych 100 stron zupełnie nie doceniłam. Męczyłam się, mając wciąż w głowie niedawno przeczytany "Dom Augusty" i "Przypomnij sobie" (bo "Zniknięcia Esme Lennox" to jest książka, która strasznie mi się kojarzy z tymi dwiema wspomnianymi - zarówno tematyką, jak i stylem wypowiedzi; urywane zdania, krótkie, oszczędne, dość chłodna proza), zarzucając Maggie O'Farrell wtórność. Nieudolną wtórność. Przeczytałam pierwszych 100 stron i wyjechałam na urlop, zabierając ze sobą Fabera. Po tygodniu, po powrocie, miałam oto dwie napoczęte książki (a nie zdarza mi się to czesto), z których ta pierwsza ("Zniknięcia...") domagała się natychmiastowego przeczytania, z racji wyrzutów sumienia, jakie ogarniały mnie, gdy tylko nań spojrzałam. I wtedy dopiero, wtedy: doceniłam. 
Pamiętam, że czytałam na działce, w sierpniowym słońcu, że bzyczały osy; pamiętam smak grillowanej wówczas kiełbaski, i że Bubuś podlewał z dziadkiem ogród, i jak wówczas piszczał głośno z uciechy. I że do samego końca nie byłam pewna, jak potoczą się losy Esme, jej siostry i wnuczki owej siostry, Iris. Musiałam wracać do domu akurat wtedy, gdy zostały mi 2 albo 3 strony do końca lektury. I zastanawiałam się całą drogą: co się jeszcze wydarzy. I pamiętam uczucie rozeźlenia, gdy w końcu doczytałam. Nie takiego finału się spodziewałam. Nie przewidziałam zakończenia, nie sprawdziła się żadna z moich teorii, zawiodły wszelkie przeczucia. To chyba najważniejsza cecha tej powieści: jest zaskakująca. "Zniknięcia Esme Lennox" to książka-pułapka. Zaskakiwany jesteś co stronę. 
W czym rzecz?
Iris, kobieta dorosła, ale wciąż niedojrzała, nieustatkowana, spotykająca się z żonatym facetem i doglądająca schorowanej babki w domu opieki dowiaduje się nagle, że ma oto drugą babcię - cioteczną (siostrę jej własnej babci). Cioteczna babka znajduje się w zakładzie psychiatrycznym, który wkrótce zostanie zlikwidowany. Dochodzi do spotkania Iris z Esme - cioteczną babką. Wychodzą na jaw mroczne sekrety i brzydkie rodzinne tajemnice.
"Zniknięcia Esme Lennox" to książka, w której narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy trzech kobiet: Esme, jej siostry Kitty, i najmłodszej z kobiet w rodzinie: Iris. Zabieg, który uwielbiam, a w tym przypadku jest nad wyraz cudowny: każda z postaci jest ogromną indywidualnością, i każda postrzega świat nieco inaczej. Widzimy więc świat oczami młodej, chwiejnej Iris, oczami chorującej na Alzheimera Kitty oraz (najciekawsze!) oczyma Esme, która w zakładzie zamkniętym spędziła aż 60 lat!!! Niesamowicie zgrabnie przedstawiła nam Maggie O'Farrell punkt widzenia każdej z tych kobiet. Każdej przypisała też indywidualny język i ton wypowiedzi. Choćby dla tego niespotykanego zbyt często zabiegu - warto sięgnąć po powieść Maggie O'Farrell.
Co jeszcze? Zakład psychiatryczny. Dlaczego zamknięto w nim nastolatkę, a wypuszczono starowinkę? Co było przyczyną, że nastoletnią Esme umieszczono w zakładzie? O, straszny był los indywidualistek w latach trzydziestych XX wieku. Warto poczytać.
Nie doceniłam uroku tej książki od razu, przyznaję. I żałuję. I w myślach wciąż powracam do słów Eliny Hirvonen: "Zamykam książkę i gładzę szorstką okładkę. Mam ochotę poprosić bohaterów powieści o wybaczenie" [1]. Niech moim zadośćuczynieniem stanie się ta oto recenzja - polecanka. Bo polecam "Zniknięcia Esme Lennox" z czystym sumieniem, jako powieść niezwykle interesującą - zarówno od strony technicznej (język, klimat, konstrukcja, sposób stopniowania napięcia, nieustanne zaskakiwanie czytelnika), jak też ze względu na ciężki, ale wart przemyślenia temat.
[1] Elina Hirvonen, Przypomnij sobie, tłum. Iwona Kosmowska, wyd. W.A.B., 2008, s. 15.

poniedziałek, 12 października 2009

Zatrute ciasteczko, Alan Bradley




"To nie była bajka braci Grimm, ale historia kryminalna Flawii de Luce!" [1]

Taaak. Flawia de Luce. Genialna jedenastolatka, cudowne dziecko, półsierotka zamieszkała z owdowiałym ojcem i dwiema starszymi siostrami w starej posiadłości Buckshaw w sennej angielskiej wiosce Bishop's Lacey. Flawia de Luce - bystra i dowcipna, nad wyraz inteligentna specjalistka od wszelakiej maści trucizn, z tablicą Mendelejewa w małym paluszku, spędzająca dni w ogromnym laboratorium chemicznym odziedziczonym po ekscentrycznym wujku. Słodkie dziecko. Mogłabym ją adoptować.
"Jesteś całkiem sama z Flawią de Luce" [2] - tak mówi do siebie sama Flawia, i takie uczucie towarzyszyło mnie samej przez całą lekturę. Bo to nie kto inny, a Flawia właśnie prowadzi urzekającą narrację w "Zatrutym ciasteczku" i to z jej perspektywy oglądamy przebieg wydarzeń i prowadzimy śledztwo ręka w rękę - z Flawią właśnie.

A śledztwo dotyczy znalezionego przez naszą czarującą bohaterkę trupa - trupa, którego Flawia odnajduje o poranku na grządce z ogórkami, tuż pod swoim oknem. Kim był denat? Co robił na terenie posiadłości de Luce'ów? Wreszcie: kto zabił?
Czy to są pytania, na które znajdzie odpowiedź jedenastoletnia dziewczynka? Nie? Ha! Zdziwicie się. Ku utrapieniu miejscowych władz, Flawia de Luce rozpoczyna śledztwo na własną rękę - to zajęcie o wiele ciekawsze niż zastawianie pułapek na nieznośne siostry. I z pewnością bardziej odpowiednie dla dziecka genialnego. Cała fabuła to jeden wielki wyścig - kto rozwiąże sprawę zagadkowego morderstwa pierwszy: policja, czy depcząca im po piętach jedenastolatka?

Nie spodziewajcie się jednak szaleńczych zwrotów akcji i zawiłej intrygi kryminalnej. "Zatrute ciasteczko" to powieść senna i niespieszna, napisana pięknym, stylowym językiem, w której nacisk położono, wzorem kryminałów Aghaty Christie, na siłę dedukcji i logicznego myślenia. Nie ma tu absurdalnych rozwiązań, sprawa morderstwa wymaga czasu, cierpliwości i wnikliwego zbadania. Razem z Flawią (która, co stwierdzam ze wstydem, o wiele szybciej kojarzy fakty niż ja) prowadzimy żmudne dochodzenie. Zdziwiło mnie, że aż tak żmudne, i pierwsza połowa książki trochę mnie znużyła, czytanie -nie ukrywajmy- szło mi początkowo bardzo opornie, za to później akcja przyspiesza i już nie mogłam się oderwać, dopóki nie doczytałam.

Sama intryga kryminalna (jak już wspomniałam - żaden szał), choć bez wątpienia stanowi trzon fabuły, zdaje się być jeno pretekstem do malowniczego sportretowania sennej angielskiej prowincji z lat 50-tych XX wieku. Kalejdoskop barwnych charakterów (każda z postaci ma własne unikatowe rysy), ździebko z historii Poczty Angielskiej, ciekawe zagadnienia natury chemicznej, plastyczność opisów i trochę psychologii. To wszystko kryje w sobie "Zatrute ciasteczko" - książka dla każdego, kto ceni sobie niespieszną narrację, piękny język i klimat sennej prowincji.

Mnie osobiście przyćmił wszystko inne wątek samej Flawii. Jej samotność. Owdowiały ojciec, pasjonat i kolekcjoner znaczków pocztowych, izoluje się od swoich trzech córek i odcina od powinności rodzicielskich kryjąc się w zaciszu własnego gabinetu. Siostry Flawii, Dafne i Ofelia, które nasza bohaterka scharakteryzowała tak: "Nie rozśmieszajcie mnie! Jedna jest tak pochłonięta książkami, a druga lustrem, że żadna z nich nie zabiłaby karalucha we własnej zupie. (...) Sprawa obu idiotek zamknięta" [3]. Umknął mi gdzieś fragment, w którym Flawia stwierdza, że najprawdopodobniej cały ród de Luce'ów nie jest zdolny do okazywania uczuć. A to jest przecież 11-letnia mała dziewczynka, która nie pamięta dawno zmarłej matki, która tęskni do ojcowskiej opieki i chciałaby przyjaźnić się z własnym rodzeństwem. W rodzinie jednak nie znajduje wsparcia ani ciepła, którego tak potrzebuje. Jest zdana sama na siebie i świetnie z tym sobie radzi - poświęca się własnemu hobby (chemia), zaprzyjaźnia z mieszkańcami Bishop's Lacey. Smutny to wątek, ale podejrzewam, że będzie się rozwijał przez kolejnych pięć zaplanowanych tomów serii. Następne ("Kukiełeczki" i "A Cygankę powiesili...") wg informacji wydawnictwa Vesper - już wkrótce. Cieszę się więc na kolejne spotkanie z Flawią de Luce.

Kończąc, przejdę wreszcie do rzeczy. To niewątpliwie przyjemna książka i jesienne wieczory z pewnością umili. Ale... po tylu entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się jakby...czegoś więcej? Jak już napisałam, początkowo książka nużyła mnie niemiłosiernie, niezdrowo kojarząc się z Caroline Graham , głównie za sprawą języka - eleganckiego i pięknego, owszem, ale stylizowanego na staroświecki (swoją drogą - brawa dla tłumacza). Senność angielskiej wioski udzieliła się i mnie. Lektura szła marnie. A potem zapadłam na zapalenie oskrzeli (wciąż jestem na chorobowym i na antybiotyku) i kończyłam "Zatrute ciasteczko" w łóżku. Okazało się świetną kuracją, zwłaszcza druga połowa książki, gdy akcja wreszcie przyspieszyła. W ogólnym rozrachunku: podobało się, ale też żaden szał. Następny tom przeczytam chętnie, choć głównie po to, by nadal móc śledzić rodzinne relacje Flawii. Jak nic się nie zmieni - wystąpię o tę adopcję! ;)

[1] Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2009, s. 328.
[2] Tamże, s. 321.
[3] Tamże, s. 256.

Serdecznie polecam wywiad z Autorem "Zatrutego ciasteczka", który znajdziecie w Dzienniku Literackim. Warto przeczytać!!!

niedziela, 11 października 2009

Domofon, Zygmunt Miłoszewski




"Lepiej uważaj. Anuszka już rozlała olej" [1].

UWAGA: pieję z zachwytu!*

Absolutnie rewelacyjny! Dobry, bo polski? Nie! Dobry i polski!
Nie sądziłam nigdy, że tego doczekam. W latach szczenięcych rozczytywałam się namiętnie w amerykańskich powieściach grozy i rzeczą niemożliwą wydawała mi się wówczas lektura horroru mocno osadzona w polskich realiach, z polskimi, pospolitymi nazwami i nazwiskami. Przecież musiałyby brzmieć groteskowo - myślałam. Bo co innego taki mroczny i daleki stan Maine z powieści Stephena Kinga... co innego taki Janek Kowalski, zamiast melodyjnie brzmiącego Ralpha Cartera. Tymczasem...tymczasem... myliłam się! Zygmunt Miłoszewski napisał rzecz bezwzględnie cudowną i niezaprzeczalnie, na wskroś polską. Czytało się toto rewelacyjnie!!! I wszystkim bardzo polecam! Warto, naprawdę warto się przekonać, że Polak potrafi. I że straszy nie tylko na amerykańskich pustkowiach i w tamtejszych nawiedzonych posiadłościach. Straszy też u nas. A zatem...

Miejsce akcji: Warszawa, Bródno, zwykły 10-piętrowy blok (ja takowe nazywam wieżowcami). Czas akcji: rzecz zdecydowanie współczesna, rok 2002. Bohaterowie: mieszkańcy rzeczonego bloku. Bloku pozornie zwykłego, szarego, z dwiema mocno podniszczonymi windami, zadymioną klatką schodową i popisanymi przez wandali ścianami. Blok jak blok, lecz wkrótce się okaże, że nawiedzony. Że to blok-pułapka, i że życie dotąd niczego nieświadomych mieszkańców zamieni się w koszmar...

W fabułę wnikać nie będę, żeby, prawda, nie wypaplać niechcący tego czy owego, w każdym razie: ja się bałam. Czytałam nocami, przy małej lampce i zwyczajnie się bałam. To jedna z takich książek, od których nie sposób się oderwać, których ciąg dalszy chcesz znać teraz, natychmiast, i kartki przewracasz łakomie, z pośpiechem, martwiąc się na zapas, że niedługo koniec. 381 stron radości i strachu. Poezja! I ileż ja sobie cytatów poznaczyłam pomarańczowymi karteluszkami! I jakaż to szkoda, że książka nie moja, lecz biblioteczna!

Ci, którzy za horrorami nie przepadają, niechże czytają bez obaw. Ta książka to zdecydowanie coś więcej niż tylko próba nastraszenia spragnionych mocnych wrażeń czytelników.

"Zabawne, (...), jak podniosły i szlachetny jest strach opisywany w powieściach. (...) Papierowi bohaterowie potrafią zaniemówić z przerażenia, przeszywa ich lodowaty chłód, małe włoski na karku stają dęba, a w ich żołądkach pojawia się kamień ciężki jak czarna dziura (ostatnie porównanie nie było nawet takie złe). We wszystkich tych opisach śmiertelnego przerażenia, kiedy staje się oko w oko z Odwiecznym Złem, brakuje podstawowego elementu. Tego, że człowiekowi potwornie chce się kupę" [2].

Cudownie czarny humor. I mnóstwo psychologii. Fenomenalny przekrój polskiego społeczeństwa i możliwość podglądania tego, co za sąsiedzkimi drzwiami. Galeria barwnych, wspaniałych i wiarygodnie nakreślonych postaci: nowożeńców, którzy uczą się żyć ze sobą pod jednym dachem i którzy odkrywają nagle, że "miłość - to nie pluszowy miś" [3], nastolatka, który nie potrafi porozumieć się z rodzicami, fałszywej dewotki, samotnej matki, pisarza - alkoholika, który podejmuje próbę odbicia się od dna, dociekliwych policjantów i wielu wielu innych. Warto ich wszystkich poznać. Warto ich spotkać na literackiej wersji ulicy (realnie, nota bene, istniejącej) Kondratowicza 41.

Poza tym: fantastyczna konstrukcja powieści, każdy rozdział zapoczątkowuje cytat "z życia wzięty" (spisany przez Autora a to z cmentarnej bramy, a to wypatrzony na przystanku tramwajowym), a kolejne wątki przeplatają się - zaglądamy do coraz to innych mieszkańców (a nad każdą z postaci, choćby drugoplanową, Autor pochyla się czule), po czym wracamy do już poznanych. Zupełnie jak w bloku. Wchodzenie po schodach i zjeżdżanie windą. No dla mnie bomba!

Coś na zachętę?
"Młoda damo, proszę posłuchać rady starszej kobiety. Niech pani przestanie mówić cały czas "my" o sobie i o mężu. Z tego zawsze są kłopoty. Niech pani nie schodzi do piwnicy i niech pani na siebie uważa"[4].

Proszę posłuchać rady aerien, skromnej autorki tej recenzji: czytajcie Miłoszewskiego!!! Ja już się czaję na jego "Uwikłanie", wydane ostatnio w serii Polityki Lato z kryminałem, bo czytałam, że równie dobre, choć w nieco innym klimacie, a już niebawem ma się ukazać kontynuacja "Uwikłania". Przeszczęśliwam.

I na zakończenie, bo skończyć niestety muszę, mój ulubiony fragment. Nie wiem, jak zabrzmi wyrwany z kontekstu, ale ja przy lekturze uśmiałam się jak bóbr. Gwoli leciuchnego wprowadzenia w temat (bez spojlerów, bez obaw - o tym dowiecie się też z noty na okładce): policja prowadzi przesłuchanie jednej z lokatorek, gdyż trwa śledztwo w sprawie mężczyzny, któremu winda obcięła głowę - od tego wydarzenia zaczyna się "Domofon"

"- I jeszcze jedno: czy pani w ogóle nie używa windy?
- Oczywiście, że używam, jak niosę ciężkie zakupy lub jestem zmęczona.
- Czy coś panią tam spotkało, jakieś dziwne wydarzenie, albo może spotkała pani kogoś...kogoś, kogo nie powinno tu być?
- Nie, przykro mi. Jedyne moje wrażenia związane z windami to te, że wciskam guzik i jadę" [5].

No, mnie się podobało!

* zwrot zapożyczony od germini ;)
[1] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 9.
[2] Tamże, s. 356.
[3] fragment tekstu Miłość grupy Happysad
[4] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 57.
[5] Tamże, s. 62.

piątek, 2 października 2009

Co mam, część czwarta


Mam dzisiaj urodziny. Mam gorączkujące dziecko. Mam brzuch pełen motyli (jak je wytruć??). Mam wolny weekend nareszcie.

We wrześniu obłowiłam się na allegro. Co mam?
1) Szkarłatny płatek i biały, M. Faber (bo genialny, twardookładkowy i kiedyś raz jeszcze przeczytam)
2) Zerwać pąki, zabić dzieci, K.Oe (jakiś czas temu czytałam oń na biblionetce i zapragnęłam przeczytać)
3) Groteska, N. Kirino ("Ostateczne wyjście" czytało się rewelacyjnie, liczę na powtórkę z tej mrocznej rozrywki)
4) Pchli Pałac, E. Safak (obiecałam sobie kiedyś, że nabędę, a że trafiła się super okazja - nabyłam)
5) W imię miłości, J. Picoult (książka, która wkrótce ukaże się pod tytułem "W karuzeli życia" - to rzecz wydana w 2000 r. przez wydawnictwo Libros - w każdym razie nie ta z chłopcem na okładce)
6) Śmierć ma 143 cm wzrostu, S. Fitzek (Mary kiedyś pisała, że rewelacja, i zapadła mi w pamięć jej opinia, poza tym coraz częściej słyszę o tym autorze)
7) Terapia, S. Fitzek (jak wyżej)
8) Twarzyczka, S. Hannah (pod wpływem recenzji Padmy, no i ostatnio mam ochotę na coś z klimatem i niedopowiedzeniami)
9) Echo winy, Ch. Link (do kompletu jej powieści brakuje mi już tylko "Przerwanego milczenia", ostatnio Mary zachwycała się tą książką, więc już się cieszę, że mam)
10) Wyjście z Egiptu, A. Aciman (nie z allegro, ale od wydawnictwa. Dziękuję pięknie!)

W październiku nie planuję książkowych zakupów - najwyższy czas się ubrać. No, chyba że trafi się okazja...

środa, 30 września 2009

Czarna dziewczyna, biała dziewczyna, Joyce Carol Oates



Modliła się do Boga,
modliła gorąco,
żeby z niej zrobił
białą, szczęśliwą dziewczynę*

Przebrnęłam. Ku swej uciesze: przebrnęłam. Bo cóż to za nudna, męcząca i ciężkostrawna rzecz! Kawał obłędnie ponurej prozy plus to nieznośne wrażenie, że ja już to przecież czytałam, w wersji co najmniej wdzięczniejszej, lżejszej i przyjemniejszej (patrztutaj). Pióro Oates zupełnie mnie nie przekonało - ten twardy, rzeczowy styl, surowy, konkretny język. I tematyka, o której już napomknęłam (przy okazji powyżej zalinkowanego zbioru opowiadań "Pijąc kawę gdzie indziej"), że bliższa Amerykanom, niż polskiej społeczności. Rasizm. O rasizmie przewrotnie.

Genna Meade - tytułowa biała dziewczyna - spisuje swoje wspomnienia z wczesnych lat studenckich. Jako osiemnastolatka zamieszkała w akademiku z czarnoskórą Minette Swift, bogobojną córką pastora, która zginęła po kilku miesiącach od rozpoczęcia nauki w wyższej szkole. Genna, która po wielu latach nadal nie może pogodzić się ze śmiercią szkolnej koleżanki, próbuje porządkować wspomnienia i oczyścić własne sumienie. Przy okazji rozlicza się z ojcem, matką, ze swoim dotychczasowym sposobem na życie.

Genna i Minette - nieskończenie antypatyczne bohaterki, które połączył nie tylko wspólny pokój w akademiku, ale i wzajemna fascynacja. Odmiennym kolorem skóry - zwłaszcza. Przyznaję, że Oates zgrabnie nam przedstawiła niesprawiedliwość stereotypów i wszelkie ich konsekwencje. Czarna dziewczyna perfidnie wykorzystuje fakt, że czarnoskóra mniejszość jest zwykle dyskryminowana. Sama zastawia na siebie pułapki (niszczy własne książki, gubi rękawiczki, wysyła sama sobie anonimy z pogróżkami), aby biali wykładowcy litowali się nad nią. Czerpie wszelkie możliwe korzyści (odroczone egzaminy, pojedynczy pokój) z faktu, że jest czarna, a czarnych nie należy dyskryminować. Z kolei biała dziewczyna tak bardzo przejmuje się losem czarnoskórej Minette, ponieważ została wychowana w rodzinie hołdującej poglądom, iż "żeby być człowiekiem, trzeba wyjść poza rasę". I nic, że czarna jest nieznośna, uciążliwa, opryskliwa, grymaśna - takiej osoby nie polubiłby nikt, nawet gdyby była biała, żółta, fioletowa. Dla białej Genny jednak antypatyczna Minette jest "nietykalna" - Genna znosi wszelkie upokorzenia, byle tylko jej czarna współlokatorka poczuła się komfortowo, byle by poczuła pełną akceptację, a sama Genna miała spokojne sumienie: oto potrafi być tolerancyjna.

Tym, co trzeba oddać Joyce Carol Oates, jest właśnie owo nietypowe podejście do kwestii zakorzenionych od wieków stereotypów - odwrócenie kota ogonem. Tym, co nie spodobało się mnie, była cała reszta. Podczas lektury czułam się jak na wykładzie z historii Ameryki. Czułam, że jest to wykład zbyt nachalny. Zbyt wiele smęcenia, wałkowania wciąż jednego tematu. Duszna atmosfera, drętwy język powieści, niesympatyczni bohaterowie. Zdecydowanie jestem na nie. Męczyła mnie ta książka. I piszę o tym z przykrością, bo nie znoszę pisać źle o swoich lekturach. Nie chcę nikogo zniechęcać, bo przecież znajdą się i tacy, których "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" najzwyczajniej zachwyci. Dlatego serdecznie polecam zachęcającą i entuzjastyczną recenzję Ani. Ale ja: jestem na nie. I nieprędko sięgnę po kolejną książkę Oates. Zniechęciłam się.

*fragment wiersza W.Szymborskiej "Ella w niebie" z tomiku "Tutaj" 

Kolorowe czytanie - podsumowanie wyzwania


30 września - terminu dotrzymałam. Cieszę się. Bardzo, bardzo. Pamiętam, z jaką ochotą podjęłam się wyzwania (pierwszego czytelniczego wyzwania w jakim wzięłam udział), i jak później, w lipcu, podczas dłuuugiej lektury książki Fabera, rozważałam ewentualność wcześniejszego wycofania się - z obawy, że nie zdążę, że nie mam szans dotrzymać terminu, że nie zrealizuję planu. A plan był taki:
1) CZERWONY: Michael Faber "Szkarłatny płatek i biały"
2) ZIELONY: Susan Fletcher "Eve Green"
3) SREBRNY: Jojo Moyes "Srebrna zatoka"
Przeczytałam wszystko. I właśnie w takiej kolejności, choć to akurat mało istotne. Dodatkową lekturą była książka Joyce Carol Oates, czyli
4) CZARNY: Joyce Carol Oates "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna"
Jestem zadowolona. Wiem, że żaden to wyczyn: ledwie cztery wyzwaniowe książki, ale i tak - puchnę z dumy. Udało się! Zaplanowane lektury okazały się powieściami wymarzonymi, ta ostatnia, bonusowa - mało trafionym wyborem. Ale udziału w wyzwaniu nie żałuję. Bardzo się cieszę, że mogłam zamieszczać swoje skromne recenzje w gronie bliskich mi moli książkowych. Fajnie jest móc porównywać swoje wrażenia z lektury. Dziękuję Padmie za organizację. Wyzwanie niniejszym uważam za zamknięte, choć już teraz wiem, że z miłą chęcią sięgnę po inne "kolorowe" tytuły, które wynotowałam sobie po Waszych recenzjach.
Było super! :) Dzięki.

wtorek, 8 września 2009

Srebrna Zatoka, Jojo Moyes



Jaka fajna! Jejku jejć! "Srebrna Zatoka" podobała mi się bardzo, całą minioną niedzielę spędziłam z nosem w książce, nieomal czując zapach i bliskość morza, a wynurzyłam się zeń dopiero, gdy doczytałam epilog. I mówcie sobie, co tam chcecie. I krytykujcie. I zarzucajcie Jojo Moyes banał, przewidywalność i ckliwość. "Srebrna Zatoka" to opowieść prawdziwie porywająca. A że czytadło? Owszem, za to pełne uroku. Ja w każdym razie nie byłam w stanie oderwać się od lektury choćby na chwilę. Chociaż przyznaję - nie tak od razu mnie zachwyciła.

Zacznijmy jednak od początku.
Bo na początku pojawiły się niezwykle zgodne i zachęcające recenzje PadmyNety i Annie . A zaraz potem: ruszyło Kolorowe Wyzwanie. Książkę nabyłam, zadeklarowałam, że będzie jedną z trzech wybranych przeze mnie kolorowych lektur wyzwaniowych. Lecz kiedy stała na półce, czekając, aż poń sięgnę - ni stąd, ni zowąd, na blogach i bloxach książkowych rozpanoszyły się mało pochlebne recenzje "Srebrnej Zatoki", ostrzegające przed zupełną stratą czasu. Więc u mnie: konsternacja. Przedwczesny (jak się okazało) żal za niefortunnie wydanymi pieniążkami. W efekcie do lektury zasiadłam nastawiona dość, można powiedzieć, sceptycznie.

Czytam, czytam. I- wyobraźcie sobie! - z każdą stroną słabnę. Po zachwycającej prozie (prawie poetyckiej!) Susan Fletcher, język Jojo Moyes wydał mi się zupełnie ubogi, wręcz kaleki. Męczący, toporny styl, rozczarowujące, banalne zdania, ba, nawet fabuła nijaka (walenie? nigdy mnie nie pasjonowały!). W duchu zgadzałam się już z falą krytycznych recenzji, zalewającej blogi. Jednak kiedy dotarłam (z bólem!) do 70 strony (dokładnie pamiętam!) - akcja zdecydowanie przyspieszyła. A ja nie spoczęłam, póki nie skończyłam!!! Ponad 400 stron! Migiem!

Historia, jak to w czytadłach bywa, banalna. I zmierza, jak to w czytadłach, do nieuchronnego happy end-u. A jednak nic w tej powieści nie było dla mnie oczywiste. Jojo Moyes nieustannie mnie zaskakiwała, i co chwilę (a rzadko mi się to zdarza - nie pomnę, kiedy ostatnio) niecierpliwie zaglądałam na następną stronę, nie doczytawszy poprzedniej, by zaraz, już na spokojnie, wrócić i doczytać, pewniejsza o wiedzę z kolejnych stron. W miarę postępu akcji i mojego wzmożonego zainteresowania lekturą (co dalej? co będzie dalej??!!), nawet Autorka upłynniła swój toporny styl pisania, który nagle przestał mi przeszkadzać. A może to ja tylko, pochłonięta błyskawicznym rozwojem wypadków w "Srebrnej Zatoce", przymknęłam oko na językowe niedoskonałości Moyes.

Rzecz cała ma miejsce w pięknym, cichym, dalekim zakątku Australii, gdzie po szerokich wodach kursują wielorybnicy, obwożący w swych łodziach turystów spragnionych kontaktu z morskimi ssakami. I gdzie mieszkają, prowadząc wspólnie podupadły hotel: 76-letnia Kathleen, legendarna poławiaczka rekinów, jej siostrzenica, 32-letnia, piękna i tajemnicza Liza oraz córka Lizy, 11-letnia Hanna. Ich spokojne, monotonne życie zakłóca przyjazd nowego hotelowego gościa. Mike, bo o nim mowa, to wciąż młody kawaler, chociaż już (czyjś) narzeczony. W dodatku - rekin biznesu, pewny siebie i zdeterminowany, by w okolicach Srebrnej Zatoki wznieść zupełnie nowy hotel - nowoczesny i luksusowy. Jak się okazuje, jego projekt to ogromne zagrożenie zarówno dla morskich stworzeń, skromnego hotelu Kathleen oraz dla Lizy, skrywającej mroczną tajemnicę. A Liza niewątpliwie przyciąga uwagę Mike'a, delfiny i wieloryby takoż. I co z tego wyniknie? Czy dojdzie do budowy nowego hotelu? Czy Mike zwiąże się z Lizą? Co ukrywa Liza? Heh, banalne pytania, ale odpowiedzi nie są już tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.

Co trzeba oddać Jojo Moyes? Umiejętność budowania napięcia, prowadzenia narracji tak, że odrywa uwagę czytelnika od swej, bądź co bądź, dość kulejącej pisaniny i skupia się na gwałtownych i - jak dla mnie - dość brutalnych i niespodziewanych zwrotach akcji. Owszem, "Srebrna Zatoka" nie jest epokowym arcydziełem, zawiera wiele uproszczeń i sporą dawkę nieprawdopodobieństw, przez co faktycznie przypomina raczej bajkę niż wartościową prozę, ale - czyśmy za starzy na takie bajki? Nie! I dlatego gorąco namawiam do lektury, na jesień będzie w sam raz - takie ostatnie podrygi lata, do których wielu z Was zatęskni czytając tę sympatyczną opowieść. A czyta się naprawdę przyjemnie - zwłaszcza ze świadomością, że nie jest to proza wybitna, a zwyczajny, lecz mocno pochłaniający, umilacz czasu (nota bene, osobiście uważam, że mimo wszystko można odnaleźć w tej książce rzeczy ciekawe i wartościowe, a także przejmujące, jak rozpacz matki po utracie dziecka, lub proekologiczne nastawienie Autorki - lubię też, kiedy pisarz wykazuje się w swojej prozie jakąś wiedzą, a o delfinach, rekinach i wielorybach oraz ich zwyczajach pisze Moyes dużo -widać, że zasięgnęła języka, że poszperała w bibliotece, w sieci - nie jest to wiedza przebogata, ale przynajmniej widać, że Autorka oprócz dość ckliwej historyjki starała się przemycić do swojej powieści rzeczy cenne i przydatne. I chwała jej za to. I pewnie dlatego tak mi się podobało.) Podsumowując: ja jestem na tak!

czwartek, 3 września 2009

Eve Green, Susan Fletcher

"znów płakałam
wczoraj znów płakałam
że nie umiem na skrzypcach grać
i że wszyscy umrzemy, wszyscy
i że któregoś dnia
mój syn zostanie całkiem sam"
 [1]
Jak miękki, ciepły koc.
To opowieść o miłości i utracie. O miłości najbardziej, najszerzej, najdelikatniej. I o godzeniu się z tym, że przemija. Ba - że może zniknąć nagle, niespodziewanie, boleśnie.
To jest książka o przyrodzie. O źdźble trawy wplątanym we włosy, o rześkim powietrzu po deszczu, o wschodach słońca. O kryjówkach w starej szopie. O poczciwych, brązowych oczach krów. O strzyżeniu owiec i podglądaniu nagich ślepych kociąt. O wszystkich kolorach tęczy.
To kryminał wreszcie. Tajemnicze zniknięcie dziewczynki. Dochodzenie. Mroczne sekrety. Spory zwaśnionych stron. Rozkwaszony nos, brzęk tłuczonego szkła. Zagadki i niedopowiedzenia.
To jest historia Evangeline Green, 29-latki, oczekującej narodzin swojego pierwszego dziecka. Impulsem do uporządkowania i spisywania wspomnień jest przede wszystkim ciąża ( "ostatnio zaczęłam przeciągać podniszczony brązowy fotel z sypialni na drugą stronę domu, pod okno nad gankiem. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie czuję się teraz wygodnie - stopy na parapecie, poduszka pod krzyżem, kubek czarnej herbaty, pióro i notes. Czasami przyłącza się do mnie kotka. Kiedy piszę te słowa, ugniata mi uda łapkami" [2]) oraz wiek bohaterki - 29 lat miała bowiem matka Eve, gdy umarła, osieracając 7-letnią wówczas córkę. Eve po śmierci ukochanej mamy trafia na walijską farmę dziadków, gdzie uczy się radzić sobie z bólem i poczuciem osamotnienia, zawiera przyjaźnie, doznaje pierwszych upokorzeń, zakochuje się, a wreszcie odkrywa rodzinną tajemnicę. 
Powieść jest zupełnie achronologiczna. Najpierw dowiadujemy się o skutkach, potem, wraz z niespiesznie snującą wspomnienia Eve, dociekamy przyczyn. Napięcie i ciekawość czytelnika wzmaga się z każdą stroną. Opowieść Eve jest jak dym, jak mgła. Liryczna, pełna cudownie brzmiących metafor i bajecznych porównań. Dawno nie czytałam tak delikatnej, przepięknej historii. Język Susan Fletcher zwyczajnie mnie uwiódł, wbił w tak zwany fotel (bo zwykłam czytać na kanapie) - jeśli taki jest styl tej Autorki (a po dobrych recenzjach 'Ostrygojadów' mniemam, że tak) - to chcę przeczytać wszystko, absolutnie wszystko, co wyszło spod jej pióra.
"Eve Green" to powieść dla każdego - wszyscy znajdą weń coś dla siebie, choć to tak niewielka objętościowo historia, rozpisana na zaledwie 260 stron. Dla jednych będzie przyjemnym czytadełkiem na dwa popołudnia (zarysem przypomina "Anię z Zielonego Wzgórza"), inni z lubością odkrywać będą rodzinne sekrety z pudełka po butach, odgadywać, co zaszło, mierząc się z wątkiem kryminalnym. 
Dla mnie samej jednak to powieść o pierwotnej więzi, instynktownym uczuciu łączącym matkę i dziecko. O sile macierzyńskiej miłości. Powieść ta była dla mnie śnieżną kulą, w ten chłodny przeddzień 1 września, gdy pierwszy raz, pełna niepokoju, odprowadzałam dziecko do przedszkola. Trafiła prosto w serce. I absurdalnie - rozgrzała.
Najpiękniejszy fragment na świecie - o nieskończonej miłości rodzicielskiej. o strachu, który ta miłość rodzi:
"Stworzenie z zębami i pazurami, mawiała moja babcia. Wierzę jej. Będę matką, która nie spuszcza z oczu zegara, gdy dziecko ma wrócić do domu. Będę wpatrywała się w powierzchnię wody, dopóki nie wypłynie. Będę zabijała wszystkie osy w okolicy, nauczę go zasad poruszania się po drodze, przeczytam wszystko o zapaleniu opon mózgowych, odrze, wszawicy i mononukleozie. Będę się zastanawiać, czy nie dręczą go koledzy. Będę go całować z całej siły w najmniej spodziewanych momentach. Będę pilnowała zapinania pasów, nie pozwalała na kłamstwa. Przez cały czas będę przy tym doskonalić udawanie swobody i beztroski, aby nie zauważył, że nie mam zaufania do świata. wróć o piątej, będę rzucała pogodnie przez ramię, myśląc o piątej, o piątej, albo przed" [3].
Wszystko to prawda, najprawdziwsza.
A książka doskonała. Doskonale napisana. To jest taka powieść, jakie lubię najbardziej - zawiera wszystko to, co urzeka mnie w literaturze. Bardzo dla mnie ważna. Poważna kandydatka do mojej Książki Roku. Polecam. Bardzo bardzo.
[1] tekst jednej z cudownych piosenek Kasi Nosowskiej
[2] Susan Fletcher, "Eve Green", przeł. Magdalena Sommer, wyd. MUZA SA, Warszawa 2006, s. 23.
[3] Tamże, s. 257.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Szkarłatny płatek i biały, Michel Faber

"Spomiędzy kartek sypią się z szelestem leciutkie płatki zasuszonych kwiatów, szkarłatne i białe" [1].
Uch, uch. Nieznośnie piękna rzecz. Michel Faber to geniusz. Chylę czoła przed jego sprawnym piórem, literackim rozmachem, bogactwem detali, absolutnie zachwycającym poczuciem humoru. I będę sławić jego talent po wsze czasy, jakkolwiek pompatycznie to brzmi.
"Szkarłatny płatek i biały", liczący ponad 830 gęsto zapisanych stron, zajął mnie na blisko miesiąc. Wokół wznosiłam stosy z nowozakupionych książek, zerkałam, niekiedy z utęsknieniem, na przepełniony regał, obchodziłam dookoła bibliotekę, a powieść Fabera zdawała się nie mieć końca (podobne odczucia podczas lektury towarzyszyły vmr, której recenzję "Szkarłatnego płatka' bardzo bardzo polecam). Ostatnia strona jednak, ostatnia kropka, napełniła mnie takim żalem, że bezzwłocznie sięgnęłam po Faberowskie "Jabłko"- zbiór opowiadań, w którym znów mogłam spotkać ulubionych (?) bohaterów. 
Po prawdzie jednak: nie polubiłam żadnej postaci wykreowanej przez Fabera. Wszystkie są...takie ludzkie. Antypatyczne, pełne wad. A jednak (albo dlatego) przeżywałam ich losy jak już dawno żadnych nie. Pisząc kolokwialnie: wpadłam w tę opasłą powieść jak śliwka w kompot. I nie żałuję ani jednej minuty nań poświęconą. Nie tylko ja. Wszak "Szkarłatny płatek i biały", przetłumaczony na wiele języków, dość szybko stał się "bestsellerem na całym świecie, również w Polsce przez wiele tygodni utrzymywał się na listach najchętniej kupowanych tytułów" [2].
Na czym polega fenomen tej książki? Jeśli miałabym odpowiedzieć jednym zdaniem, to napisałabym, że polega on na wiernie oddanym klimacie XIX-wiecznego Londynu. To znaczy - zdaje się, że wiernie: ostatecznie nikt z nas nie może pamiętać tych czasów. W każdym razie, wszechwiedzący i zadziwiająco władczy narrator płci żeńskiej prowadzi nas po "(...) zatłoczonych korytarzach teatrów, słonecznych ogrodach i pawilonach oświetlonych lampionami" [3]. Wkraczamy na salony, stołujemy się na proszonych, wykwintnych obiadach u możnych ludzi, podziwiamy ówczesne kreacje dam i poznajemy ówczesne obyczaje (dłonie w rękawiczkach, koniecznie!, a ciastka nie wypada jeść na ulicy). Poznajemy też Londyn "od kuchni", gdzie "kamienie bruku pokrywa kraciasty deseń jakby kosmatej mazi; jest to końskie łajno o wysokiej zawartości niestrawionego ostu albo zwłoki rozjechanego psa" [4], i gdzie spotkamy ulicznych handlarzy, głodujące dzieci i setki prostytytutek, bo wiktoriański Londyn to "symbol obłudy, seksu, przemocy i pieniądza, miasto o podwójnej moralności, w 1874 roku miejsce pracy osiemdziesięciu tysięcy prostytytutek" [5]
Jedną z tych prostytutek, a zarazem główną bohaterką powieści jest osiemnastoletnia Sugar. Dziewczyna oczytana, inteligentna, zmuszona do pracy w domu publicznym przez własną matkę. Sugar co wieczór, uporawszy się z wymagającymi klientami, marzy o cudownej odmianie swojego losu. Zabawia się pisaniem powieści, w której dokonuje słownej zemsty na męskim gatunku. Pewnego razu trafia się Sugar klient równie nieszczęśliwy jak ona - William Rackham, niedoszły powieściopisarz, mąż obłąkanej Agnes, ojciec brzydkiej i nijakiej sześciolatki, zakompleksiony i zmęczony życiem właściciel sieci perfumeryjnej. Sugar wyczuwa, że ten człowiek to dla niej szansa na wyrwanie się z piekła, jakie zgotowała jej rodzona matka. Zostaje guwernantką córki Williama. To główny wątek w historii opowiadanej kwieciście przez Fabera. Ale są tam również dziesiątki innych. Faber czule przygląda się każdej postaci, dowiadujemy się wielu szczegółów, często zupełnie zbędnych, bo po kilku stronach nasz władczy narrator płci żeńskiej oświadcza: zapomnijcie o tych dygresjach, o tym wątku, o tej postaci, bo jest wam zbędna, bo więcej oń nie napiszę.
Język powieści... Po prostu szał. Na początku czułam się zaszokowana i zażenowana - tyle wulgaryzmów, sprośności, dosadności, naturalistycznych opisów. Potem - przyzwyczaiłam się i nawet mnie to bawiło. Ów soczysty język (szacunek dla tłumacza) dla tej akurat powieści uważam za całkowicie trafiony i uzasadniony, choć wiem i rozumiem, że znajdą się i tacy, którzy nie zmogą przekleństw, ironii, seksu tak obficie wypełniających jeden tekst.
Emocje... Ci, którzy czytali moje wcześniejsze recenzje, dobrze wiedzą, że mam dużą skłonność do książkowych wzruszeń. Przy "Szkarłatnym płatku" śmiałam się w głos, uśmiechałam pod nosem, ryczałam jak bóbr, dziwiłam się, obruszałam i doznałam czegoś niesłychanego i bardzo bardzo intensywnego: napadu najprawdziwszej wściekłości. Jeszcze nigdy żadna książka nie wyprowadziła mnie z równowagi - tylko ta.  Trudno mi to wyjaśnić, ale zaczęło się od tego, że ilekroć oswajałam się z jakąś sytuacją przedstawioną w książce, z bohaterem, kiedy myślałam, że znam jakiś ciąg dalszy - autor/narrator zaczynał podążać innym tropem, odbierał radość z obcowania z nowopolubioną postacią i zwyczajnie grał mi na nerwach. Natomiast największym zaskoczeniem okazało się zakończenie powieści. Nie mogłam się zeń otrząsnąć i chciałam krzyczeć jak jeden z czytelników Fabera: "Jak pań śmie? Cóż to za zakończenie!" [6]. Uspokoiło mnie "Jabłko" i czas. Upływ czasu. Teraz rozumiem, że Faber postąpił genialnie kończąc swą powieść w tak oryginalny, nieprzewidywalny sposób.
Konkludując: "Szkarłatny płatek i biały" urzekł mnie i zachwycił, a Michela Fabera w mig zaliczyłam w prywatny poczet najcudowniejszych pisarzy. Mimo to... nie polecam tej książki jako bezwzględnie koniecznej do przeczytania. Choć jest niezwykła, pochłaniająca, wszechogarniająca wreszcie - to tylko ambitniejsze czytadło, nic epokowego, nic, co mogłoby wstrząsnąć światem.
A wreszcie: "Szkarłatny płatek i biały to niewątpliwie najbardziej irytujące i wkurzające arcydzieło, przez które w życiu przebrnąłem..."[7]. Mimo to - a może właśnie dlatego, dziękuję Autorowi, że mogłam przeżyć tak intensywną podróż w czasie i najwspanialszą z możliwych przygodę literacką.
Cudna, cudna rzecz.
[1] Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 771
[2] Michel Faber, "Jabłko", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007, tekst z okładki
[3] Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 806
[4] Tamże, s. 746
[5] Tamże, tekst z okładki
[6] Michel Faber, "Jabłko", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007, s. 9.
[7] Tamże, s. 10.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Co mam, część trzecia (wpis cokolwiek snobistyczny, ale nareszcie wpis!)

Urlop? A tak, dziękuję - był cudowny! A kolejny - znów dziewięciodniowy - właśnie się rozpoczął! Tym razem nie wyjeżdżam, tym razem zajmę się myciem okien, praniem, parzeniem kawy, intensywnym, mam nadzieję, czytaniem, buszowaniem w sieci. Motylami w brzuchu. Dzieckiem, które 1 września odprowadzę po raz pierwszy do przedszkola (!!!).
Tymczasem czytam sobie "Eve Green", najzupełniej niespiesznie. Mam ochotę złożyć na tej książce głowę - tak jest ciepła, delikatna, miękka. Jak poduszka. A myślałam, że po "Szkarłatnym płatku i białym" nic mnie już nie zachwyci, że żadnym bohaterem literackim nie przejmę się tak, jak losem Sugar. Aerien. Księżniczka na ziarnku grochu. Z opowieści w opowieść, jak z puchowej kołdry na przytulny koc. Czytanie sprawia mi ostatnio dziką przyjemność. Nie spieszę się. Każda kolejna strona to kostka najsłodszej czekolady. Czekam, aż się rozpuści na języku, aż ją przetrawię, nim sięgnę po kolejną. Ale tak właśnie ma być, prawda? Nie ilość, ale jakość. Jakość a nie bylejakość. Ot co.
Sierpniowe zbiory. Nie wiem jakim cudem nazbierałam tyle książek. Przez miesiąc!! Nie mieszczą się na półkach. A sierpień przecież trwa! Wyliczanka? No to lecimy!
Z księgarń:
1) Srebrna Zatoka, Jojo Moyes (zaplanowana lektura wyzwaniowa, a także wpływ licznych pozytywnych recenzji, w tym Padmy i Nety )
2) Eve Green, Susan Fletcher (w czytaniu. w zachwycaniu. I znów: kolorowe wyzwanie, i znów: Padma )
3) To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun ( bo bardzo chciałam. I do wyzwania peryferyjnego)
4) Zdążyć przed zmrokiem, Tana French ( zasugerowałam się opinią dededan  )
5) Nell, Anna Rybkowska ( bo zaintrygowały mnie pierwsze zdania, opis na okładce, a przeważyła recenzja kalio)
6) Zatrute ciasteczko, Alan Bradley (bo zaciekawiło. a po recenzjiAnnie nie mogłam nie kupić, prawda?)
Od wydawnictwa Nowy Świat:
7) Radio Yokohama, Marcin Bruczkowski, Monika Borek (dziękuję! a recenzja germini dodatkowo rozbudziła mój apetyt na tę książkę)
Z Allegro:
8) Biała wiedźma, Adam Zalewski (cudowna recenzja dededan. Nie wahałam się długo)
9) Czas burz, Charlotte Link (pierwsza wydana w Polsce - w 1991 roku - powieść tej autorki. Zekranizowana, ale o samej książce wiele nie słychać)
10) Dom sióstr, Charlotte Link (bo dużo dobrego czytałam o tej pani, o tej powieści)
11) Teraz, Agnieszka Drotkiewicz (po świetnej recenzjiProwincjonalnej Nauczycielki )
12) Ta, którą nigdy nie byłam, Majgull Axelsson (nie planowałam zakupu tej książki, ale jak zobaczyłam cenę: 9zł !!! to grzechem by było przepuścić taką okazję, zwłaszcza po tym, jak zachwycił mnie "Dom Augusty", a "Kwietniowa czarownica", niegdysiejsza nagroda biblionetkowa, czeka na półce)
To chyba wszystko. Bo nie wspominam o książkach z serii Klasyka Romansu, którą kolekcjonowałam. Ale się skończyło, na "Pani Bovary". Bardzo szkoda.
Przede mną perspektywa wielu (dziewięciu, przypomnijmy- a dla mnie to bardzo dużo) wolnych dni, więc mam nadzieję nadrobić swoje recenzenckie zaległości. Niniejszą, wybaczcie, że dość snobistyczną, notką, otwieram ponownie swój wirtualny zeszyt: uznajmy, że powakacyjnie. Zapomnijmy, że milczałam jak zaklęta przez ponad miesiąc. Odwiedzajmy się nadal i czytajmy książki ;))
Witam po przerwie :) Kawy?

sobota, 15 sierpnia 2009

800 kilometrów stąd

Przyznaję: nie czytam. W okresie na-tuż-przed-urlopem zupełnie nie mogę się skupić. Jutro fryzjer, ostatnie zakupy, pojutrze Wielkie Pakowanie i w drogę. 12 h w autokarze wywożącym mnie i Bubusia bardziej i bardziej na Zachód, 800 km, nocną porą. Na blisko 10 dni zapadnę na zupełne bezInternecie, a zatem uroczysty wpis pourlopowy powstanie nie wcześniej jak 26-27 lipca.
A tę proszoną kawę, o której napomknęłam, wypiłam dzisiaj. Jestem wstrząśnięta i zmieszana. Było dokładnie tak, jak w filmach, których nie oglądam, i jak w książkach, których nie czytam, bo są zbyt słodkie i mdłe, bym mogła w nie uwierzyć. A przecież... to się dzieje. Nie do wiary. Dzieje się.
Porzebuję urlopu.
Plany mam ambitne. "Szkarłatny płatek i biały" - tę właśnie książkę zabieram.
Wyjeżdżam w najbliższy piątek, wracam w następną niedzielę. Bądźcie zdrowi, opaleni i czytajcie książki.

sobota, 11 lipca 2009

Co mam, część druga

Dawno się nie chwaliłam.
Co mam?
Mam cudowne, wymarzone, ostroróżowe trampki, przed sobą weekend w pracy, a za tydzień - blisko 10 dni urlopu. Mam zaproszenie na kawę od... .
Mam książki wreszcie. Zdjęcia nie będzie, bo aparat jak nie żył - tak nie żyje. Będzie wyliczanka.
OSTATNIE NABYTKI :(niektóre już zrecenzowane)
Z księgarń:
1) "Dziecię boże" Cormac McCarthy (po genialnej "Drodze" musiałam, po prostu musiałam)
2) "Kartki z białego zeszytu" (zachwycił mnie egzemplarz biblioteczny, więc pobiegłam po swój)
3) "Deszczowa noc" Jodi Picoult (prezent na "Dzień Dziecka")
4) "Dziewiętnaście minut" Jodi Picoult (też)
Z antykwariatu:
5) "Emilka ze Srebrnego Nowiu" Lucy Maud Montgomery (zaczytywałam się w dzieciństwie, ale nigdy nie miałam na własność)
6) "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery (mój egzemplarz zwyczajnie się rozpadł, a kartki pogubiły)
7) "Ból kamieni" Milena Agus ( lubię serię z miotłą, a serię z  miotłą za 15 zł najszczególniej)
Prezenty, wygrane:
8) "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny." Goławska, Lindenberg ( od Inblanco. Dziękuję!)
9) "Historia małżeńska dla dorosłych" Radosław Antczak (od Zosik. Dziękuję!)
10) "Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko (od Wydawnictwa Nowy Świat. Dziękuję!)
Allegro:
11) "To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy (z sympatii dla Autora )
12) "Belcanto" Ann Patchett (9zł)
13) "Dom w Riverton" Kate Morton (całe 10zł, a przyszło w jednej paczce z Ann Patchett)
14) "Powrót do domu" Bernhard Schlink (też jakoś tanio, a na "Lektora" wciąż nie mogę się zdecydować)
15) "Mała Ikar" Helen Oyeyemi (seria z miotłą za 9zł? czemu nie?)
16) "Moje skradzione życie" Renée Villancher (pod wpływemrecenzji Joli )
17) "Bez mojej zgody" Jodi Picoult (pod wpływem licznych recenzji na blogach, głównie pozytywnych)
18) "Zagubiona przeszłość" Jodi Picoult (przyszło w jednej paczce z "Bez mojej zgody")
19) "Morderca bez twarzy" Henning Mankell (bo chcę chronologicznie)
20) seria z Emmą Marthy Grimes ("Hotel Paradise", "Stacja Cold Flate Junction", "Hotel Belle Rouen") - (bo zachwalana)
21) "Amatorki" Jelinek (za 5zł!) (bo kiedyś zaczęłam, byłam zachwycona, ale nie doczytałam, sama nie wiem czemu)
Z biblioteki:
1) "Łaskawe" Jonathan Littell
2) "Prowadził nas los" Kinga & Chopin
3) "Biegnij" Ann Patchett
4) "Szkarłatny płatek i biały" Michel Faber
5) "Zniknięcia Esme Lennox" Maggie O'Farrell (aktualnie w czytaniu)
Uff. A w zakupowych planach "Srebrna Zatoka", "Biała wiedźma", "Eve Green" i "Ostrygojady", "To oślepiające, nieobecne światło". Ale dopiero po urlopie. Natomiast otwartą pozostaje kwestia: kiedy ja to wszystko przeczytam?!
Miłego weekendu!!!